czwartek, 8 czerwca 2017

ULUBIEŃCY MAJA.


 Maj był miesiącem niezwykle niezdecydowanym jeśli chodzi o pogodę. Jednego dnia padał śnieg i było strasznie zimno zaś parę dni później witało mnie słońce i było wręcz upalnie. Niestety na moją skórę nie wypływają za dobrze takie zmiany temperatur gdyż są one naprawdę ekstremalne. 
Maj jednak był miesiącem, gdzie przystopowałam z pielęgnacją twarz...odstawiłam na bok tak uwielbiane przeze mnie maski(od czasu do czasu jakąś tam nałożyłam), ani nawet do demakijażu jakoś się nie przykładałam...być może popadłam w jakąś pielęgnacyjną depresję :D Bałam się, że przez to nie przedstawię Wam ulubieńców miesiąca maja, ale mimo wszystko znalazły się u mnie nowe perełki które są warte tego aby napisać o nich post.

O dziwo będą aż dwa produkty do makijażu oraz tylko jeden do pielęgnacji.


 Zacznę więc od pielęgnacyjnego ulubieńca którym jest woda różana od mojej ukochanej, polskiej marki Fridge-którą zapewne każda z Was zna :)
Od bardzo długiego czasu jestem wierna wodzie różanej od Ministerstwa Dobrego Mydła-która dodatkowo pojawiła się w ulubieńcach roku 2016-ale chciałam spróbować czegoś nowego. Wypadło na markę Fridge oraz ich 3.2 rose water tonic,bo miałam już wiele kosmetyków owej marki i wiele pojawiło się w ulubieńcach, nigdy nie byłam nimi rozczarowana poza tym są one naturalne, czyste i to już przemawia do mnie. 


Co zauważyłam już po pierwszej aplikacji to głębokie nawilżenie skóry oraz jej odżywienie. Tonikiem spryskuje twarz od razu po drugim myciu twarzy-tutaj do akcji wkracza mydło ryżowe od MDM-gdyż wtedy skóra na niej jest delikatnie ściągnięta a owa woda neutralizuje owe uczucie. Zauważyłam również, że z każdym użyciem twarz wydaje się coraz to gładsza. Pamiętajcie, że zarówno olejek różany ale i woda działają na naszą skórę odmładzająco :) 
Tonik przepięknie pachnie różami-bardzo świeżo, czysto i naturalnie. Dokładnie tak jakbyście w dłoniach rozdarły liście róży, owy zapach po każdej aplikacji niezwykle mnie koi ale i odpręża. 
Jest mi go tak bardzo szkoda, że aplikuje go tylko i wyłącznie pryskając nim twarz, ale zdarza się, że również przecieram nasączonym nim płatkiem kosmetycznym twarz i świetnie radzi sobie z usuwaniem resztek makijażu. Jest niezwykle delikatny toteż  sprawdza się w domywaniu okolic oczu.
No i ta przepiękna, biała, minimalistyczna buteleczka która zdobi moją toaletkę(tego kosmetyku nie musicie przechowywać w lodówce ale w okresie letnim jest to wskazane).
Tonik kosztuje 87 złotych za 100g

Skład: Water (Aqua), Rosa Damascena Flower Water, Glycerin, Panthenol, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract.







Kolejnym kosmetykiem jest już podkład. Niezwykle mnie cieszy, że znalazłam już idealne zastępstwo za 
podkład marki Sappho(recenzja tutaj)którego formuła moim skromnym zdaniem została zmieniona na gorsze, przez to nie sprawdza się u mnie tak dobrze jak poprzednik. Był to mój idealny podkład, pięknie wyglądał na skórze, świetnie krył i pielęgnował...początkowo bałam się podkładu marki Inika ale w końcu postanowiłam zamówić zestaw startowy gdzie był wśród innych cudowności ten podkład w formie próbki.
Podkład ten to wybawienie dla mojej suchej skóry, gdyż w swoim składzie posiada kwas hialuronowy który zapewne wiecie ma wspaniałe właściwości nawilżające. Podkład ten jest niezwykle lekki, niewyczuwalny wręcz na skórze i nazwała bym jego krycie średnim-ukrywa delikatne przebarwienia i radzi sobie z moim rumieniem więc dla mnie jest idealny. Podkład dzięki zawartości przeciwutleniaczy, witamin i minerałów przepięknie rozświetla skórę-daje takie wykończenie o które mi chodzi. Idealnie stapia się ze skórą-wygląda niczym jej lepsza wersja, jest długotrwały, nie zatyka porów, nie pozostawia na skórze tłustej poświaty oraz jest niewyczuwalny na skórze. Nie osiada się na suchych skórkach, świetnie się rozprowadza pomimo iż w składzie nie posiada sylikonów...no co mam jeszcze o nim pisać? Jest świetny i wiem, że idealnie sprawdzi się na lato, choć jest jeden minus-dla innych będzie to plus. Nie ma filtra przeciwsłonecznego w sobie, ale przez to nadaje się podczas wypadów gdzie wiecie, że w ruchu będzie aparat. Miałam go na sobie, gdy byłam na imprezie i makijaż przez całą noc wyglądał idealnie-delikatnie przypudrowany w miejscach strategicznych. 
Podkład w składzie posiada organiczny wyciąg z soku aloesowego, olejek arganowy, witaminę E oraz wyciąg z dzikiej róży. Podkład intensywnie nawilża skórę przez cały dzień, delikatnie wygładza zmarszczki-nie osiada w żadnych załamaniach czy liniach-zauważyłam również, że przy jego użyciu moja skóra z dnia na dzień wygląda coraz to lepiej. Cera wygląda przez cały dzień niezwykle świeżo i promiennie, dla mnie podkład ma chronić skórę i przez długi czas nadać jej perfekcyjny wygląd i to cudo właśnie to wszystko robi. Polecam, polecam(zaznaczę jednak, że jest to podkład dla osób które nie mają większych problemów z cerą-nie wymagajcie od niego ogromnego, pełnego krycia, dodatkowo jest niewyczuwalny na skórze i czuje, że najlepiej sprawdzi się u osób z wrażliwą i suchą skórą.)
Za 30ml podkładu musimy zapłacić ok. 155 złotych co uważam, za dobrą cenę.

Zobaczcie tylko ten cudowny skład: Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice *; Titanium Dioxide; Persea Gratissima (Avocado) Oil *; Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil *; Cetearyl Alcohol; Glyceryl Stearate Citrate; Cetearyl Olivate; Aqua; Glycerin; Butyrospermum Parkii (Shea) Butter



Ale się na chwaliłam jednak to nie koniec na dziś bo teraz pora na szminkę. Tak, tak na produkt do ust...nie jestem ich wielką fanką, bo dla mnie to trochę bez sensu nakładać coś co za chwilę zniknie z moich ust. 
Ale od kiedy dowiedziałam się, że Kjaer Weis do swojej oferty wprowadziła szminki wiedziałam, że choć jedna musi pojawić się w mojej kolekcji. Mówię od razu nie należy ona do tanich(ale to w głównej mierze wina przepięknego, ciężkiego opakowania)ale jest warta zainteresowania. Ja posiadam kolor Honor i nazwałabym go odcieniem nude wchodzącym w różowe tony, na pewno nie wygląda niczym róż lalki barbie. Początkowo nie byłam do niego przekonana uważając, że nie pasuje do mojej karnacji ale z każdą aplikacją lubię go coraz bardziej. 
W swoje kolekcji posiadam już Lip Tints tej samej marki i tak naprawdę to ta sama formuła ale w formie szminki i lepiej kryjąca. Daje niezwykle aksamitne, gładkie wręcz wykończenie na ustach. W składzie znajdziemy same bogate, nawilżające składniki takie jak masło shea i olej jojoba, które są uruchamiane ciepłem naszych warg. Jak każdy produkt marki Kajer Weis i ten jest do wielokrotnego napełnienia(następnym razem nie muszę wydawać 44 funtów a jedynie 29.
Odcień Honor jest w 100% naturalną szminką(nie posiada sztucznych odcieni)
Na pewno przed aplikacją szminek marki Kjaer Weis warto jest zrobić dokładny peeling ust, gdyż szminka lubi osiadać na suchych skórkach. Jej trwałość jest o dziwo zadowalająca ale i tak wszystko wygrywa to jak przepięknie wygląda opakowanie no i oczywiście szminka na ustach.
Za szminkę w przepięknym opakowaniu musimy zapłacić ok. 220 złotych, zaś za sam wkład już 145 złotych.

Skład: Ricinus Communis (Castor) Seed Oil**, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Wax, Caprylic/Capric Triglyceride, Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter**, Cera Alba (Beeswax)**, Mica, Zea Mays (Corn) Starch**, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil**, Rosa Rubiginosa (Rose Hip) Seed Oil**, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil**, Gardenia Florida Fruit Extract, Tocopheryl Acetate, Ammonium Glycyrrhizate, Limonene*, Dextrin, Citral*, +/- CI 75470 (Carmine), CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77491 (Iron Oxide).


To już wszyscy ulubieńcy. Podzielcie się proszę ze mną w komentarzach jacy byli Wasi ulubieńcy poprzedniego miesiąca :)


wtorek, 6 czerwca 2017

BŁĘDY KTÓRE POPEŁNIA KAŻDY Z NAS APLIKUJĄC KREM Z FILTREM.



 Pogoda coraz to piękniejsza, jesteśmy również coraz bliżej lata. To czas podczas którego chcemy cieszyć się piękną opalenizną-ona mimo wszystko również może być zdrowa. Bez poparzeń i dodatkowych zmarszczek.
Tak naprawdę kremy z filtrem powinnyśmy używać przez cały rok, aczkolwiek zapewne niewiele z Was tak robi. Ja staram się przez cały rok używać podkładu czy kremu BB który daje mi ochronę przeciwsłoneczną a w okresie letnim wzmacniam to kremem z filtrem(aktualnie używam kremu marki John Masters Organics który szczerze wam polecam). 
Czasami zdarza się tak, że pomimo iż nałożymy na twarz czy ciało krem z filtrem bardzo mocno wręcz się spalamy na słońcu lub pojawiają się na skórze przebarwienia. Postaram się przedstawić Wam dlaczego właśnie się tak dzieje.

Po pierwsze być może źle dobierasz faktor. Od tego jaki faktor będzie dla nas idealny, zależy od stopnia nasłonecznienia(tzw. indeksu UV) danego miejsca, tak więc gdy krem z SPF 20 wystarcza tobie w Karwi nie oznacza, że sprawdzi się na Wyspach Kanaryjskich. Im wyższe nasłonecznienie miejsca tym większego filtru potrzebujesz. 

UWAG: wybierając preparat zwracaj uwagę na to jaki filtr zawiera-chemiczny czyli syntetyczny czy też fizyczny-filtr mineralny(jeśli będziecie zainteresowani mogę zrobić oddzielny post o różnicach między filtrem chemicznym oraz fizycznym). Kremy z oznaczeniem "broad spectrum" dadzą Ci najlepszą ochronę słoneczną ,gdyż chronią przed promieniowaniem UVB(powodują poparzenia) oraz UVA(które przyśpieszają starzenie się skóry).

Ważne jest aby filtry były przechowywane w chłodniejszych pomieszczeniach(lodówka czy łazienka-tam nic im się nie stanie)bo jeśli przeleżały wraz z Tobą na słońcu to produkt może przestać działać lub też o połowę słabiej czy też krócej. 



Jeśli chodzi o kremy z filtrem w tym przypadku mniej wcale nie oznacza więcej. Zbyt mało preparatu oznacza spadek wysokości ochrony słonecznej i tak oto nakładając SPF 50 możesz uzyskać ochronę poniżej SPF 10. Aby zapewnić ochronę nakładaj krem grubą warstwą, odpowiednia ilość to ok. pół łyżeczki na twarz i szyję. Wiesz jaka ilość jest odpowiednia na pokrycie całego ciała jednorazowo? 30 ml. To naprawdę dużo tak więc jeśli to dla Ciebie za dużo zawsze możesz nałożyć dwie warstwy, lub po prostu nałożyć tyle kremu ile jesteś w stanie rozprowadzić. 

Krem z filtrem chroni jedynie przez dwie godziny od aplikacji, tak więc bardzo ważne jest aby reaplikować owy produkt. Aplikację ponawiamy również po każdej kąpieli- jedna butelka emulsji na całe wakacje to jednak za mało, nie uważacie?

Tak naprawdę żaden filtr nie ochroni Cię w 100% tak więc unikaj przebywania na słońcu pomiędzy 11 a 16.
Nie obawiaj się również, że wrócisz z wakacji cała biała, gdyż nawet SPF 50 nie daje pełnej ochrony.

To, że nałożysz bluzkę z długim rękawem oraz dżinsy wcale nie oznacza, że nie musisz stosować już kremu z filtrem. Ubranie w zależności od rodzaju tkaniny często chroni przed promieniowaniem w zaledwie kilku procentach. Promieniowanie przepuszczają również szyby, toteż uważaj siedząc w pociągu czy samochodzie toteż chroń się nawet wtedy przed słońcem.

Dodatkowo polecam Wam łączyć SPF  z naturalnymi olejkami które również same w sobie posiadają SPF ale również ochronią waszą skórę przed utratą wody w ciągu dnia spędzonego na świeżym powietrzu. 


Oto różnice pomiędzy danymi faktorami:

OCHRONA PRZECIWSŁONECZNA:

SPF 2- 50%
SPF 8- 87%
SPF 15- 93%
SPF 30- 97%
SPF 50- 98%

Różnice pomiędzy poszczególnymi wartościami nie są jakieś duże, aczkolwiek wobec czynników które mogą obniżać ich działanie, nakładanie najwyższego filtra nie wydaje się być bezpodstawne. 
Pamiętajcie, że ścieranie się produktu, mniejsza ilość nakładanego produktu, brak możliwość reaplikacji w ciągu dnia automatycznie osłabia działanie filtru tak więc dla bezpieczeństwa postaw na najwyższy faktor.

Mam nadzieje, że post w jakikolwiek sposób się Wam przyda i może choć trochę pomoże w tym roku cieszyć się przepiękną opalenizną bez plam czy poparzeń.

Ochrona jest ważna przez cały rok ale miejmy na nią szczególny nacisk podczas gorących, pełnych słońca dni aby długo cieszyć się zdrowiem i piękną, młodą skórą.






środa, 31 maja 2017

MAHALO RARE INDIGO BALM



 Nawet jeśli nie jesteście takimi maniaczkami jeśli chodzi o kosmetyki pielęgnacyjne do twarzy zapewne macie jeden kosmetyk czy to krem czy serum który nie koniecznie chcecie ażeby się skończył. Może był za drogi, gdy go nakładacie czujecie się niezwykle a może po prostu jest tak genialny, że chcecie mieć go zawsze przy sobie. Powodów może być wiele, ale właśnie te trzy powody które przed chwilą wypisałam tak bardzo trzymają mnie osobiście przy kosmetyku marki Mahalo jakim jest The Rare Indigo Balm.



Wspominałam już o nim w ulubieńcach bodajże stycznia, kupiłam go w okresie świąt Bożego Narodzenia i pamiętam, że bardzo szybko do mnie dotarł pomimo iż kupowałam go w sklepie internetowym który znajduje się w Anglii(o ile pamiętam chyba w tym czasie była darmowa wysyłka ekspresowa). Koszt tego kosmetyku nadal jest ogromny ale ja parę miesięcy wcześniej(przed zakupem kosmetyku) wykupiłam taki pakiet z próbkami który oferuje sklep alyaka.com za 31 euro,a potem mogłam kupić jakikolwiek kosmetyk marki Mahalo taniej o ową kwotę. Niezmiernie się ucieszyłam, bo wypróbowałam wszystkie kosmetyki marki na tamtą chwilę a potem mogłam kupić taniej kosmetyk który sprawdził się u mnie najlepiej. Nie powiem, że tak było...bo kupiłam po prostu najdroższy kosmetyk z lini(wykluczając olejek bo jakoś mnie nie przekonał). Cena balsamu to koszt ok. 480 złotych ja po obniżce zapłaciłam ok 340 złotych. Niezła obniżka nie uważacie(oczywiście ceny są uzależnione od aktualnego kursu euro), tylko to skłoniło mnie do zakupu owego balsamu.

Wcześniej czytałam o nim jakieś opinie i każdy, ale to każdy był nim zachwycony....pomyślałam, że muszę przetestować go na własnej skórze bo to co drogie nie oznacza wcale dobre(przekonałam się osobiście chociażby na toniku marki Tata Harper którego recenzja tutaj).

Nie ukrywam byłam podekscytowana gdy paczka do mnie dotarła....na samym początku wspomnę, że kosmetyki Mahalo nie mają żadnych opakowań dodatkowych(mówię tutaj o kartonikach). Przychodzi do w głównym opakowaniu bez dodatkowego, co jest bardzo fajne, gdyż nie przepadam za tymi kartonikami, ale nie ukrywam początkowo mnie to przeraziło, gdyż nie za często spotykam się, że produkt nie ma kartonika.
Opakowania kosmetyków marki Mahalo są przecudowne, gdyż są wykonane z bambusa. Niezwykle wytrzymałe, przemyślane i cieszące oko opakowania.

Ale wracam do samego produktu oraz do jego działania...czy to co obiecuje nam producent naprawdę się dzieje.

Powiem Wam tak według zapewnień Maryny(założycielki marki Mahalo) balsam nadaje się do każdej skóry ale głównie jest stworzony dla skór normalnych po tłuste. Na te z trądzikiem, egzemą z bliznami czy to starczymi czy też wynikające właśnie z trądziku ale również balsam jest dobry dla osób już troszkę starszych które posiadają już czy to pierwsze oznaki starzenia czy już głębokie zmarszczki(nie, nie on nie wymaże zmarszczek całkowicie ale ma je złagodzić)no i ma im zapobiegać. Również sprawdza się gdy skóra jest podrażniona czy też nad wyraz sucha-i z tym się zgadzam bo taki typ ja mam osobiście. Moja skóra jest z reguły sucha i bardzo delikatna i podatna na zapychanie.



Zapach tego kosmetyku jest obłędny i gdy każdego wieczoru(używam go z reguły wieczorem ze względu na bardzo tłustą konsystencje i długie wchłanianie)aplikuje go na twarz, masuje czuje się niezwykle zrelaksowana i odprężona tak działa na mnie owy zapach. Jest bardzo wyczuwalny, bardzo intensywny czuć w nim waniliowo-słodki zapach, podkreślony odrobinę przez kwiaty róży, rumianek czy ylang ylang. Zapch niezwykle wiruje wręcz wokół nosa i czuć niezwykle aromatyczne doznania podczas już otwierania słoika.

Balsam ma przepiękny kolor indygo(stąd jego nazwa) który jest czymś pomiędzy niebieskiego a fioletu dodatkowo przepiękne zapachy olejków eterycznych to wszystko sprawia, że balsam pielęgnuje skórę ale i naszego ducha.

Muszę już tutaj zaznaczyć, że balsam jest niezwykle wydajny gdyż w opakowaniu jest w formie stałej. Po nałożeniu już go na skore delikatnie się rozpuszcza, ma bardzo miękką i kremowa konsystencję zupełnie inną aniżeli chociażby balsam mahalo balm lub też innych balsamów na rynku-muszę zaznaczyć w tym balsamie nie znajdziemy oleju kokosowego, a to bardzo ważne gdyż wiele osób ten olej zapycha jak i mnie.
Balsam najlepiej jest aplikować na lekko zwilżoną skórę, gdyż właśnie wtedy nasz skóra najlepiej absorbuje wszystkie oleje zawarte w tym jakże cudownym balsamie.

 Balsam jest naładowany wręcz botanicznymi substancjami aktywnymi które pomagają w uspokojeniu stanów zapalnych, wysypu, trądziku różowatego, różnego rodzaju zapaleń skóry  abyś mogła cieszyć się bardziej rozświetloną i młodzieńczą cerą.

Zgadzam się z tym...nie mam jakiś problemów z trądzikiem, nie za często wyskakują mi jakieś pryszczyki, oczywiście przed miesiączką i zauważyłam, że gdy używam owego balsamu stany zapalne szybciej się goją i nie powstają blizny.Dodatkowo gdy wstaje rano skóra jest niezwykle nawilżona, rozjaśniona, naczynka są uspokojone i ogólnie moja twarz ma jednolity kolor(niestety mam często rumień na twarzy). Zauważyłam też, że balsam może przyczyniać się to wygładzenia mojej skóry, do jej struktury.
To jest bardzo uniwersalny produkt, gdyż możemy nakładać go na suche partie na ciele takie jak kolana, pięty, łokcie ale ja lubię wcierać go w końcówki moich włosów.



Balsam jest bogaty w kolagen, witaminę C, ma dużą zawartość przeciwutleniaczy, jest naładowany sprawdzonym klinicznie ekstraktem z roślin indygo i silnymi substancjami przeciwzapalnymi bogatych w chamazulen(występuje chociażby w olejku eterycznym z rumianku) dzięki czemu balsam ten staje się bardzo bogatą pielęgnacją skóry.

  Produkt wykonany jest z 29 aktywnych składników dzięki czemu jest to poniekąd zabieg który radykalnie odnawia naszą skórę. Niestety w tej kwestii nie mogę się wypowiedzieć, gdyż uważam, że moja skóra twarzy jest w bardzo dobrej kondycji i nie mam problemów z wypryskami, egzemą i tak dalej. Balsam niewątpliwie pomógł mi w okresie zimowym, skóra ani jednego dnia nie była sucha, podrażniona czy się łuszcząca nawet gdy nakładałam na nią Moonlight Catalyst od marki Kypris.

 Jak wspominałam wcześniej balsamu nie polecam używać rano, przed nałożeniem makijażu gdyż u mnie bardzo długo się wchłaniał i jest wyczuwalny, wręcz ciężki na twarzy, bardzo oleisty a więc można z nim przesadzić i przez to bardzo często miałam sytuację, że szłam spać w mokrych włosach, wcześniej umytych a rano były one po prostu tłuste od balsamu(szczególnie te włosy przy linii twarzy).

 Opinie piszę po pół roku użytkowania(taka jest data ważności produktu). Pomimo iż w opakowaniu balsamu jest 30 ml uwierzcie mi, że balsam spokojnie wystarczy na dłużej, mam go jeszcze odrobinę i sądze, że wystarczy mi do połowy czerwca a może i do końca gdyż jest tak wydajny.

 Czy kupiłabym go ponownie? Szczerze powiem, że nie. Produkt ten jest drogi, poza tym nie mam tak wielkich problemów skórnych których nie mogłabym "wyleczyć" innymi, odrobinę tańszymi kosmetykami naturalnymi. Jednak 480 złotych za balsam do twarzy to niezwykle dużo, nie wiem jak on sprawdza się przy skórach problematycznych ale na mojej suchej sprawdzał się świetnie.
Jeśli nie macie na co przeznaczyć tak znacznej części gotówki to warto się w niego zaopatrzyć jeśli macie skórę problematyczną czy tłustą albo wyraźne problemy skórne, jednak uwierzcie obejdziecie się bez tego produktu, gdyż na jego miejsce znajdą się kosmetyki tańsze a równie dobre, jeśli macie skórę jedynie suchą o naprawdę dobrze dobrany olej albo ich mieszanka również sprawi, że wasza skóra będzie dobrze nawilżona i rozjaśniona.

 Produkt jak najbardziej na plus, na wiele plusów ale ze względu na cenę wiem, że niewiele osób zdecyduje się na jego zakup.
Znacie markę Mahalo? Jesteście jej ciekawi? Już niedługo szykuje się kolejna recenzja kolejnego produktu tej marki który również wykończyłam do dna, ten cenowo jest już trochę bardziej przystępny i jego działanie jest równie dobre. Ale więcej już niedługo, obserwujcie mnie więc na blogu jak i również instagramie gdzie wypowiadam się częściej.
Do napisania.


 Post w żaden sposób nie był sponsorowany.

piątek, 26 maja 2017

DEPILACJA PASTĄ CUKROWĄ.


 Można tak naprawdę już powiedzieć, że lato jest już z nami. Mam nadzieje, że teraz tak bardzo szybko przepiękna pogoda od nas nie ucieknie. W końcu możemy schować płaszcze, botki, grube swetry i zamienić je na bluzki z krótkim rękawem, sandały czy baleriny ale również na spódniczki i krótkie spodenki.
Dla mnie to jednak najgorszy okres-i nie, nie uważam, że moje nogi są grube czy brzydkie ale od wielu lat borykam się z wrastającymi włoskami a co za tym i idzie nieestetycznymi krostkami szczególnie na łydkach które nie ukrywam odejmują mi pewności siebie i przez to bardzo często całe lato "spędzam" w długich lnianych spodniach czy białych jeansach. Tą jesienią na pewno wybiorę się już na depilację laserową(najlepiej ten zabieg jest robić w okresie jesienno-zimowym gdyż nie wystawiamy większości ciała na słońce, no i poza tym słońca w tym okresie jak na lekarstwo) ze względów właśnie estetycznych(włos obumiera i po prostu go nie ma)ale i nie ukrywajmy to wielka wygoda gdy nie musimy ich golić każdego dnia czy co dwa dni. Do wrastania włosków bardzo często prowadzi depilacja depilatorem czy nieumiejętne wyrywanie włosków woskiem. Ja najczęściej sięgam po depilator i to właśnie powoduje u mnie wrastanie włosków(obabionemu włoskowi ciężko jest przebić się przez skórę).



Depilacja laserowa jednak nie jest ostatecznością(to drogi zabieg który trzeba powtórzyć od 3-5 razy), zawsze można postawić na depilację pastą cukrową. Jest to sposób tani i naturalny, gdyż pastę przygotujesz sama w domu. Ten sposób depilacji znany jest od lat, dzięki unikalnej mieszance soku z cytryny oraz ziół, sposób ten jest o wiele mniej bolesny aniżeli wosk. A efekt ogolonej i gładkiej skóry utrzymuje się nawet do 3 tygodni. Depilowanie ciała za pomocą cukru osłabia wyraźnie włoski ale i nie podrażnia ciała. Tą czynność wykonuje się na zimno, więc to idealny sposób dla tych z Was które mają problem z pękającymi naczynkami.

Pasta cukrowa nie podrażnia włosków, tylko je okleja dzięki czemu depilacja nie jest bolesna.
Metoda ta również nie wymaga dodatkowych akcesoriów oraz środków do zmywania(paste zmyjesz bez problemu wodą). Zabieg można wykonywać nawet na bardzo krótkich włoskach-nie musisz czekać na odrost jak przy woskowaniu.
Nie zrażaj się od razu, gdy nie wyjdzie Ci pierwsza depilacja. Ta technika bowiem wymaga wprawy o dobrego wyliczenia proporcji.

Przepis na pastę cukrową:

* szklanka cukru
* 2 łyżki wody
* 2 łyżki soku z cytryny
* łyżeczka soli himalajskiej
* kilka kropel olejku eterycznego

Wszystkie składniki dokładnie wymieszaj razem, następnie na rozgrzaną patelnię przelej cukrową masę. Podsmaż ją tak długo aż wytworzy się karmel(kolorem ma przypominać miód). Gdy na powierzchni wytworzą się bąbelki, zdejmij patelnie z ognia i przelej pastę która powstała do miseczki. Masa powinna zastygnąć ale wciąż być elastyczna.
Przed depilacją ważny jest peeling ciała!!!
Na osuszoną skórę, naklej kawałki pasty(wielkość orzecha włoskiego) i delikatnie rozciągnij w przeciwnym kierunku aniżeli rosną włoski. Oderwij pastę zdecydowanym ruchem, po czym przemyj wydepilowaną skórę ciepłą wodą.

A czym wy usuwacie włoski? Depilatorem, jednorazową maszynką a może jesteście fankami pasty cukrowej?
Jak walczycie z wrastającymi włoskami oraz podrażnieniami-owe informację niezwykle mi pomogą.