piątek, 16 czerwca 2017

RMS BEAUTY UN COVER-UP.


 To jest szczególna dla mnie recenzja. Sam produkt który dziś Wam przedstawię jest szczególny, bo to od niego rozpoczęłam swoją przygodę z naturalnymi kosmetykami. Mam sentyment do marki RMS Beauty, to tej firmy najwięcej mam kosmetyków do makijażu i pomimo iż odkryłam je już rok temu, wciąż jestem im wierna. Ich składy są proste, naturalne i surowe, dodatkowo pielęgnują skórę ale i upiększają ją udoskonalając jedynie nasze naturalne piękno a nie ukrywając je.


Un cover-up w kolorze 11 zakupiłam rok temu chyba w lutym, zakupiłam go z myślą o używaniu go na całą twarz jako podkład, w tej roli niestety nie sprawdził się u mnie(o tym w dalszej części posta) ale w formie korektora pod oczy jak i przebarwienia oraz wypryski w dalszym ciągu sprawdza się rewelacyjnie.



Tak, to opakowanie przedstawione na zdjęciu jest ze mną już rok i cztery miesiące. Nie wiem czy to jakieś znaczne zużycie, a muszę zaznaczyć, że używam go każdego dnia gdy się maluje oraz nie żałuje go sobie szczególnie pod oczami. Chciałabym spróbować czegoś innego ale z drugiej strony tak ciężko mi się z nim rozstać bo bardzo go lubię. 

Podkład/korektor jest niezwykle lekki w konsystencji i nawilżający dzięki chociażby olejowi kokosowemu...uwaga właśnie dlatego nie używam go na całą twarz jako podkład. Moja skóra twarzy nie lubi się z tym cudownym składnikiem, na drugi dzień budzę się z podskórnym grudkami oraz wypryskami...ten olej niestety zapycha mnie jednakże nie robi mi krzywdy gdy nakładam go pod oczy czy punktowo na wypryski(zauważam wręcz, że wypryski szybciej znikają i nie powstaje przy tym blizna).
Produkt pomimo iż jest naturalny przez to nie w składzie silikonów dobrze rozgrzany w dłoniach(jego konsystencja w słoiczku jest zbita, stała najlepiej aplikuje się go za pomocą palców na twarz)pięknie sunie po twarzy przy czym zmniejsza widoczność porów i wygładza skórę i do tego to krycie....istny photoshop. 
Podkład idealnie stapia się ze skórą przy czym maskuje niedoskonałości skóry ale i świetnie neutralizuje zaczerwienienia, po porostu je kryje na wiele godzin. Muszę nadmienić, że nie pudruje kosmetyku i utrzymuje się u mnie przez cały dzień i wciąż wygląda rewelacyjnie(muszę jednak nadmienić, że jestem posiadaczką skóry suchej). 
Skóra po aplikacji podkładu wygląda nieskazitelnie a przy tym nie jest ani sucha ani mocno pomalowana bo już niewielka warstwa wystarczy aby cieszyć się świetnym kryciem. 
Podkład nawilża i naprawdę leczy skórę dodatkowo ją upiększa w taki fizyczny sposób a to dla mnie najważniejsze.
Odcień który posiadam to 011 który oceniłabym jako jasny odcień z żółtą bazą, świetnie stapia się z moją cerą ale i przepięknie rozświetla spojrzenie. 

Ważne jest jednak aby skóra przed aplikacją owego produktu była wystarczająco wypielęgnowana i nawilżona bo niestety produkt lubi się "zatrzymywać" na suchych skórkach. Przy nim musisz pamiętać o częstym peelingu skóry oraz dobrym nawilżeniu. 
Jak wspomniałam wcześniej najlepiej nakładać go za pomocą palców, choć beauty blender także nieźle sobie radzi, nie polecam aplikować go za pomocą pędzla bo pozostawia smugi a już w ogóle nie kupujcie specjalnie pędzla do niego przeznaczonego, gdyż w moim odczuciu jest fatalny(miałam i ciesze się, że się go pozbyłam).



Owy produkt dobrze zaaplikowany naprawdę ciężko dostrzec gołym okiem, nie jest to produkt zupełnie matowy w odczuciu innych ludzi których opinie czytałam jest za tłusty, ja jestem posiadaczką cery suchej i u mnie wygląda jak podkład rozświetlający a nie coś tłustego. Nie zbiera się u mnie również w zmarszczkach czy załamaniach skóry(wiecie o co mi chodzi) ale zaaplikowany nabyt blisko dolnej linii rzęs może to robić.

Zobaczcie tylko ten skład: *Cocos Nucifera (Coconut) Oil, *Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, *Cera Alba (Beeswax),  *Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, *Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Tocopherol(non-GMO), *Rosmarinus officinalis (Rosemary) Extract, and may contain: [+/- Titanium Dioxide CI 77891, Iron Oxides CI 77492, CI 77491, CI 77499]

To tylko ok 11 składników ale za to jak cudownie działających. 
Ja jestem niewątpliwie zakochana w tym produkcie, powoli się mi kończy i mam już w planach zakup innego korektora ale gdy tamten się nie sprawdzi natychmiast wracam do Un Cover-up. 

Za słoiczek o pojemności 5,67 g musimy zapłacić 166 złotych na stronie warsztatpiękna

Jeśli chciecie rozpocząc swoją przygodę z naturalnymi kosmetykami do makijażu niewątpliwie un cover-up to dobry początek.
Znacie owy produkt? A może jest również Waszym ulubieńcem?


Post nie jest sponsorowany.

czwartek, 8 czerwca 2017

ULUBIEŃCY MAJA.


 Maj był miesiącem niezwykle niezdecydowanym jeśli chodzi o pogodę. Jednego dnia padał śnieg i było strasznie zimno zaś parę dni później witało mnie słońce i było wręcz upalnie. Niestety na moją skórę nie wypływają za dobrze takie zmiany temperatur gdyż są one naprawdę ekstremalne. 
Maj jednak był miesiącem, gdzie przystopowałam z pielęgnacją twarz...odstawiłam na bok tak uwielbiane przeze mnie maski(od czasu do czasu jakąś tam nałożyłam), ani nawet do demakijażu jakoś się nie przykładałam...być może popadłam w jakąś pielęgnacyjną depresję :D Bałam się, że przez to nie przedstawię Wam ulubieńców miesiąca maja, ale mimo wszystko znalazły się u mnie nowe perełki które są warte tego aby napisać o nich post.

O dziwo będą aż dwa produkty do makijażu oraz tylko jeden do pielęgnacji.


 Zacznę więc od pielęgnacyjnego ulubieńca którym jest woda różana od mojej ukochanej, polskiej marki Fridge-którą zapewne każda z Was zna :)
Od bardzo długiego czasu jestem wierna wodzie różanej od Ministerstwa Dobrego Mydła-która dodatkowo pojawiła się w ulubieńcach roku 2016-ale chciałam spróbować czegoś nowego. Wypadło na markę Fridge oraz ich 3.2 rose water tonic,bo miałam już wiele kosmetyków owej marki i wiele pojawiło się w ulubieńcach, nigdy nie byłam nimi rozczarowana poza tym są one naturalne, czyste i to już przemawia do mnie. 


Co zauważyłam już po pierwszej aplikacji to głębokie nawilżenie skóry oraz jej odżywienie. Tonikiem spryskuje twarz od razu po drugim myciu twarzy-tutaj do akcji wkracza mydło ryżowe od MDM-gdyż wtedy skóra na niej jest delikatnie ściągnięta a owa woda neutralizuje owe uczucie. Zauważyłam również, że z każdym użyciem twarz wydaje się coraz to gładsza. Pamiętajcie, że zarówno olejek różany ale i woda działają na naszą skórę odmładzająco :) 
Tonik przepięknie pachnie różami-bardzo świeżo, czysto i naturalnie. Dokładnie tak jakbyście w dłoniach rozdarły liście róży, owy zapach po każdej aplikacji niezwykle mnie koi ale i odpręża. 
Jest mi go tak bardzo szkoda, że aplikuje go tylko i wyłącznie pryskając nim twarz, ale zdarza się, że również przecieram nasączonym nim płatkiem kosmetycznym twarz i świetnie radzi sobie z usuwaniem resztek makijażu. Jest niezwykle delikatny toteż  sprawdza się w domywaniu okolic oczu.
No i ta przepiękna, biała, minimalistyczna buteleczka która zdobi moją toaletkę(tego kosmetyku nie musicie przechowywać w lodówce ale w okresie letnim jest to wskazane).
Tonik kosztuje 87 złotych za 100g

Skład: Water (Aqua), Rosa Damascena Flower Water, Glycerin, Panthenol, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract.







Kolejnym kosmetykiem jest już podkład. Niezwykle mnie cieszy, że znalazłam już idealne zastępstwo za 
podkład marki Sappho(recenzja tutaj)którego formuła moim skromnym zdaniem została zmieniona na gorsze, przez to nie sprawdza się u mnie tak dobrze jak poprzednik. Był to mój idealny podkład, pięknie wyglądał na skórze, świetnie krył i pielęgnował...początkowo bałam się podkładu marki Inika ale w końcu postanowiłam zamówić zestaw startowy gdzie był wśród innych cudowności ten podkład w formie próbki.
Podkład ten to wybawienie dla mojej suchej skóry, gdyż w swoim składzie posiada kwas hialuronowy który zapewne wiecie ma wspaniałe właściwości nawilżające. Podkład ten jest niezwykle lekki, niewyczuwalny wręcz na skórze i nazwała bym jego krycie średnim-ukrywa delikatne przebarwienia i radzi sobie z moim rumieniem więc dla mnie jest idealny. Podkład dzięki zawartości przeciwutleniaczy, witamin i minerałów przepięknie rozświetla skórę-daje takie wykończenie o które mi chodzi. Idealnie stapia się ze skórą-wygląda niczym jej lepsza wersja, jest długotrwały, nie zatyka porów, nie pozostawia na skórze tłustej poświaty oraz jest niewyczuwalny na skórze. Nie osiada się na suchych skórkach, świetnie się rozprowadza pomimo iż w składzie nie posiada sylikonów...no co mam jeszcze o nim pisać? Jest świetny i wiem, że idealnie sprawdzi się na lato, choć jest jeden minus-dla innych będzie to plus. Nie ma filtra przeciwsłonecznego w sobie, ale przez to nadaje się podczas wypadów gdzie wiecie, że w ruchu będzie aparat. Miałam go na sobie, gdy byłam na imprezie i makijaż przez całą noc wyglądał idealnie-delikatnie przypudrowany w miejscach strategicznych. 
Podkład w składzie posiada organiczny wyciąg z soku aloesowego, olejek arganowy, witaminę E oraz wyciąg z dzikiej róży. Podkład intensywnie nawilża skórę przez cały dzień, delikatnie wygładza zmarszczki-nie osiada w żadnych załamaniach czy liniach-zauważyłam również, że przy jego użyciu moja skóra z dnia na dzień wygląda coraz to lepiej. Cera wygląda przez cały dzień niezwykle świeżo i promiennie, dla mnie podkład ma chronić skórę i przez długi czas nadać jej perfekcyjny wygląd i to cudo właśnie to wszystko robi. Polecam, polecam(zaznaczę jednak, że jest to podkład dla osób które nie mają większych problemów z cerą-nie wymagajcie od niego ogromnego, pełnego krycia, dodatkowo jest niewyczuwalny na skórze i czuje, że najlepiej sprawdzi się u osób z wrażliwą i suchą skórą.)
Za 30ml podkładu musimy zapłacić ok. 155 złotych co uważam, za dobrą cenę.

Zobaczcie tylko ten cudowny skład: Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice *; Titanium Dioxide; Persea Gratissima (Avocado) Oil *; Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil *; Cetearyl Alcohol; Glyceryl Stearate Citrate; Cetearyl Olivate; Aqua; Glycerin; Butyrospermum Parkii (Shea) Butter



Ale się na chwaliłam jednak to nie koniec na dziś bo teraz pora na szminkę. Tak, tak na produkt do ust...nie jestem ich wielką fanką, bo dla mnie to trochę bez sensu nakładać coś co za chwilę zniknie z moich ust. 
Ale od kiedy dowiedziałam się, że Kjaer Weis do swojej oferty wprowadziła szminki wiedziałam, że choć jedna musi pojawić się w mojej kolekcji. Mówię od razu nie należy ona do tanich(ale to w głównej mierze wina przepięknego, ciężkiego opakowania)ale jest warta zainteresowania. Ja posiadam kolor Honor i nazwałabym go odcieniem nude wchodzącym w różowe tony, na pewno nie wygląda niczym róż lalki barbie. Początkowo nie byłam do niego przekonana uważając, że nie pasuje do mojej karnacji ale z każdą aplikacją lubię go coraz bardziej. 
W swoje kolekcji posiadam już Lip Tints tej samej marki i tak naprawdę to ta sama formuła ale w formie szminki i lepiej kryjąca. Daje niezwykle aksamitne, gładkie wręcz wykończenie na ustach. W składzie znajdziemy same bogate, nawilżające składniki takie jak masło shea i olej jojoba, które są uruchamiane ciepłem naszych warg. Jak każdy produkt marki Kajer Weis i ten jest do wielokrotnego napełnienia(następnym razem nie muszę wydawać 44 funtów a jedynie 29.
Odcień Honor jest w 100% naturalną szminką(nie posiada sztucznych odcieni)
Na pewno przed aplikacją szminek marki Kjaer Weis warto jest zrobić dokładny peeling ust, gdyż szminka lubi osiadać na suchych skórkach. Jej trwałość jest o dziwo zadowalająca ale i tak wszystko wygrywa to jak przepięknie wygląda opakowanie no i oczywiście szminka na ustach.
Za szminkę w przepięknym opakowaniu musimy zapłacić ok. 220 złotych, zaś za sam wkład już 145 złotych.

Skład: Ricinus Communis (Castor) Seed Oil**, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Wax, Caprylic/Capric Triglyceride, Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter**, Cera Alba (Beeswax)**, Mica, Zea Mays (Corn) Starch**, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil**, Rosa Rubiginosa (Rose Hip) Seed Oil**, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil**, Gardenia Florida Fruit Extract, Tocopheryl Acetate, Ammonium Glycyrrhizate, Limonene*, Dextrin, Citral*, +/- CI 75470 (Carmine), CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77491 (Iron Oxide).


To już wszyscy ulubieńcy. Podzielcie się proszę ze mną w komentarzach jacy byli Wasi ulubieńcy poprzedniego miesiąca :)


wtorek, 6 czerwca 2017

BŁĘDY KTÓRE POPEŁNIA KAŻDY Z NAS APLIKUJĄC KREM Z FILTREM.



 Pogoda coraz to piękniejsza, jesteśmy również coraz bliżej lata. To czas podczas którego chcemy cieszyć się piękną opalenizną-ona mimo wszystko również może być zdrowa. Bez poparzeń i dodatkowych zmarszczek.
Tak naprawdę kremy z filtrem powinnyśmy używać przez cały rok, aczkolwiek zapewne niewiele z Was tak robi. Ja staram się przez cały rok używać podkładu czy kremu BB który daje mi ochronę przeciwsłoneczną a w okresie letnim wzmacniam to kremem z filtrem(aktualnie używam kremu marki John Masters Organics który szczerze wam polecam). 
Czasami zdarza się tak, że pomimo iż nałożymy na twarz czy ciało krem z filtrem bardzo mocno wręcz się spalamy na słońcu lub pojawiają się na skórze przebarwienia. Postaram się przedstawić Wam dlaczego właśnie się tak dzieje.

Po pierwsze być może źle dobierasz faktor. Od tego jaki faktor będzie dla nas idealny, zależy od stopnia nasłonecznienia(tzw. indeksu UV) danego miejsca, tak więc gdy krem z SPF 20 wystarcza tobie w Karwi nie oznacza, że sprawdzi się na Wyspach Kanaryjskich. Im wyższe nasłonecznienie miejsca tym większego filtru potrzebujesz. 

UWAG: wybierając preparat zwracaj uwagę na to jaki filtr zawiera-chemiczny czyli syntetyczny czy też fizyczny-filtr mineralny(jeśli będziecie zainteresowani mogę zrobić oddzielny post o różnicach między filtrem chemicznym oraz fizycznym). Kremy z oznaczeniem "broad spectrum" dadzą Ci najlepszą ochronę słoneczną ,gdyż chronią przed promieniowaniem UVB(powodują poparzenia) oraz UVA(które przyśpieszają starzenie się skóry).

Ważne jest aby filtry były przechowywane w chłodniejszych pomieszczeniach(lodówka czy łazienka-tam nic im się nie stanie)bo jeśli przeleżały wraz z Tobą na słońcu to produkt może przestać działać lub też o połowę słabiej czy też krócej. 



Jeśli chodzi o kremy z filtrem w tym przypadku mniej wcale nie oznacza więcej. Zbyt mało preparatu oznacza spadek wysokości ochrony słonecznej i tak oto nakładając SPF 50 możesz uzyskać ochronę poniżej SPF 10. Aby zapewnić ochronę nakładaj krem grubą warstwą, odpowiednia ilość to ok. pół łyżeczki na twarz i szyję. Wiesz jaka ilość jest odpowiednia na pokrycie całego ciała jednorazowo? 30 ml. To naprawdę dużo tak więc jeśli to dla Ciebie za dużo zawsze możesz nałożyć dwie warstwy, lub po prostu nałożyć tyle kremu ile jesteś w stanie rozprowadzić. 

Krem z filtrem chroni jedynie przez dwie godziny od aplikacji, tak więc bardzo ważne jest aby reaplikować owy produkt. Aplikację ponawiamy również po każdej kąpieli- jedna butelka emulsji na całe wakacje to jednak za mało, nie uważacie?

Tak naprawdę żaden filtr nie ochroni Cię w 100% tak więc unikaj przebywania na słońcu pomiędzy 11 a 16.
Nie obawiaj się również, że wrócisz z wakacji cała biała, gdyż nawet SPF 50 nie daje pełnej ochrony.

To, że nałożysz bluzkę z długim rękawem oraz dżinsy wcale nie oznacza, że nie musisz stosować już kremu z filtrem. Ubranie w zależności od rodzaju tkaniny często chroni przed promieniowaniem w zaledwie kilku procentach. Promieniowanie przepuszczają również szyby, toteż uważaj siedząc w pociągu czy samochodzie toteż chroń się nawet wtedy przed słońcem.

Dodatkowo polecam Wam łączyć SPF  z naturalnymi olejkami które również same w sobie posiadają SPF ale również ochronią waszą skórę przed utratą wody w ciągu dnia spędzonego na świeżym powietrzu. 


Oto różnice pomiędzy danymi faktorami:

OCHRONA PRZECIWSŁONECZNA:

SPF 2- 50%
SPF 8- 87%
SPF 15- 93%
SPF 30- 97%
SPF 50- 98%

Różnice pomiędzy poszczególnymi wartościami nie są jakieś duże, aczkolwiek wobec czynników które mogą obniżać ich działanie, nakładanie najwyższego filtra nie wydaje się być bezpodstawne. 
Pamiętajcie, że ścieranie się produktu, mniejsza ilość nakładanego produktu, brak możliwość reaplikacji w ciągu dnia automatycznie osłabia działanie filtru tak więc dla bezpieczeństwa postaw na najwyższy faktor.

Mam nadzieje, że post w jakikolwiek sposób się Wam przyda i może choć trochę pomoże w tym roku cieszyć się przepiękną opalenizną bez plam czy poparzeń.

Ochrona jest ważna przez cały rok ale miejmy na nią szczególny nacisk podczas gorących, pełnych słońca dni aby długo cieszyć się zdrowiem i piękną, młodą skórą.






środa, 31 maja 2017

MAHALO RARE INDIGO BALM



 Nawet jeśli nie jesteście takimi maniaczkami jeśli chodzi o kosmetyki pielęgnacyjne do twarzy zapewne macie jeden kosmetyk czy to krem czy serum który nie koniecznie chcecie ażeby się skończył. Może był za drogi, gdy go nakładacie czujecie się niezwykle a może po prostu jest tak genialny, że chcecie mieć go zawsze przy sobie. Powodów może być wiele, ale właśnie te trzy powody które przed chwilą wypisałam tak bardzo trzymają mnie osobiście przy kosmetyku marki Mahalo jakim jest The Rare Indigo Balm.



Wspominałam już o nim w ulubieńcach bodajże stycznia, kupiłam go w okresie świąt Bożego Narodzenia i pamiętam, że bardzo szybko do mnie dotarł pomimo iż kupowałam go w sklepie internetowym który znajduje się w Anglii(o ile pamiętam chyba w tym czasie była darmowa wysyłka ekspresowa). Koszt tego kosmetyku nadal jest ogromny ale ja parę miesięcy wcześniej(przed zakupem kosmetyku) wykupiłam taki pakiet z próbkami który oferuje sklep alyaka.com za 31 euro,a potem mogłam kupić jakikolwiek kosmetyk marki Mahalo taniej o ową kwotę. Niezmiernie się ucieszyłam, bo wypróbowałam wszystkie kosmetyki marki na tamtą chwilę a potem mogłam kupić taniej kosmetyk który sprawdził się u mnie najlepiej. Nie powiem, że tak było...bo kupiłam po prostu najdroższy kosmetyk z lini(wykluczając olejek bo jakoś mnie nie przekonał). Cena balsamu to koszt ok. 480 złotych ja po obniżce zapłaciłam ok 340 złotych. Niezła obniżka nie uważacie(oczywiście ceny są uzależnione od aktualnego kursu euro), tylko to skłoniło mnie do zakupu owego balsamu.

Wcześniej czytałam o nim jakieś opinie i każdy, ale to każdy był nim zachwycony....pomyślałam, że muszę przetestować go na własnej skórze bo to co drogie nie oznacza wcale dobre(przekonałam się osobiście chociażby na toniku marki Tata Harper którego recenzja tutaj).

Nie ukrywam byłam podekscytowana gdy paczka do mnie dotarła....na samym początku wspomnę, że kosmetyki Mahalo nie mają żadnych opakowań dodatkowych(mówię tutaj o kartonikach). Przychodzi do w głównym opakowaniu bez dodatkowego, co jest bardzo fajne, gdyż nie przepadam za tymi kartonikami, ale nie ukrywam początkowo mnie to przeraziło, gdyż nie za często spotykam się, że produkt nie ma kartonika.
Opakowania kosmetyków marki Mahalo są przecudowne, gdyż są wykonane z bambusa. Niezwykle wytrzymałe, przemyślane i cieszące oko opakowania.

Ale wracam do samego produktu oraz do jego działania...czy to co obiecuje nam producent naprawdę się dzieje.

Powiem Wam tak według zapewnień Maryny(założycielki marki Mahalo) balsam nadaje się do każdej skóry ale głównie jest stworzony dla skór normalnych po tłuste. Na te z trądzikiem, egzemą z bliznami czy to starczymi czy też wynikające właśnie z trądziku ale również balsam jest dobry dla osób już troszkę starszych które posiadają już czy to pierwsze oznaki starzenia czy już głębokie zmarszczki(nie, nie on nie wymaże zmarszczek całkowicie ale ma je złagodzić)no i ma im zapobiegać. Również sprawdza się gdy skóra jest podrażniona czy też nad wyraz sucha-i z tym się zgadzam bo taki typ ja mam osobiście. Moja skóra jest z reguły sucha i bardzo delikatna i podatna na zapychanie.



Zapach tego kosmetyku jest obłędny i gdy każdego wieczoru(używam go z reguły wieczorem ze względu na bardzo tłustą konsystencje i długie wchłanianie)aplikuje go na twarz, masuje czuje się niezwykle zrelaksowana i odprężona tak działa na mnie owy zapach. Jest bardzo wyczuwalny, bardzo intensywny czuć w nim waniliowo-słodki zapach, podkreślony odrobinę przez kwiaty róży, rumianek czy ylang ylang. Zapch niezwykle wiruje wręcz wokół nosa i czuć niezwykle aromatyczne doznania podczas już otwierania słoika.

Balsam ma przepiękny kolor indygo(stąd jego nazwa) który jest czymś pomiędzy niebieskiego a fioletu dodatkowo przepiękne zapachy olejków eterycznych to wszystko sprawia, że balsam pielęgnuje skórę ale i naszego ducha.

Muszę już tutaj zaznaczyć, że balsam jest niezwykle wydajny gdyż w opakowaniu jest w formie stałej. Po nałożeniu już go na skore delikatnie się rozpuszcza, ma bardzo miękką i kremowa konsystencję zupełnie inną aniżeli chociażby balsam mahalo balm lub też innych balsamów na rynku-muszę zaznaczyć w tym balsamie nie znajdziemy oleju kokosowego, a to bardzo ważne gdyż wiele osób ten olej zapycha jak i mnie.
Balsam najlepiej jest aplikować na lekko zwilżoną skórę, gdyż właśnie wtedy nasz skóra najlepiej absorbuje wszystkie oleje zawarte w tym jakże cudownym balsamie.

 Balsam jest naładowany wręcz botanicznymi substancjami aktywnymi które pomagają w uspokojeniu stanów zapalnych, wysypu, trądziku różowatego, różnego rodzaju zapaleń skóry  abyś mogła cieszyć się bardziej rozświetloną i młodzieńczą cerą.

Zgadzam się z tym...nie mam jakiś problemów z trądzikiem, nie za często wyskakują mi jakieś pryszczyki, oczywiście przed miesiączką i zauważyłam, że gdy używam owego balsamu stany zapalne szybciej się goją i nie powstają blizny.Dodatkowo gdy wstaje rano skóra jest niezwykle nawilżona, rozjaśniona, naczynka są uspokojone i ogólnie moja twarz ma jednolity kolor(niestety mam często rumień na twarzy). Zauważyłam też, że balsam może przyczyniać się to wygładzenia mojej skóry, do jej struktury.
To jest bardzo uniwersalny produkt, gdyż możemy nakładać go na suche partie na ciele takie jak kolana, pięty, łokcie ale ja lubię wcierać go w końcówki moich włosów.



Balsam jest bogaty w kolagen, witaminę C, ma dużą zawartość przeciwutleniaczy, jest naładowany sprawdzonym klinicznie ekstraktem z roślin indygo i silnymi substancjami przeciwzapalnymi bogatych w chamazulen(występuje chociażby w olejku eterycznym z rumianku) dzięki czemu balsam ten staje się bardzo bogatą pielęgnacją skóry.

  Produkt wykonany jest z 29 aktywnych składników dzięki czemu jest to poniekąd zabieg który radykalnie odnawia naszą skórę. Niestety w tej kwestii nie mogę się wypowiedzieć, gdyż uważam, że moja skóra twarzy jest w bardzo dobrej kondycji i nie mam problemów z wypryskami, egzemą i tak dalej. Balsam niewątpliwie pomógł mi w okresie zimowym, skóra ani jednego dnia nie była sucha, podrażniona czy się łuszcząca nawet gdy nakładałam na nią Moonlight Catalyst od marki Kypris.

 Jak wspominałam wcześniej balsamu nie polecam używać rano, przed nałożeniem makijażu gdyż u mnie bardzo długo się wchłaniał i jest wyczuwalny, wręcz ciężki na twarzy, bardzo oleisty a więc można z nim przesadzić i przez to bardzo często miałam sytuację, że szłam spać w mokrych włosach, wcześniej umytych a rano były one po prostu tłuste od balsamu(szczególnie te włosy przy linii twarzy).

 Opinie piszę po pół roku użytkowania(taka jest data ważności produktu). Pomimo iż w opakowaniu balsamu jest 30 ml uwierzcie mi, że balsam spokojnie wystarczy na dłużej, mam go jeszcze odrobinę i sądze, że wystarczy mi do połowy czerwca a może i do końca gdyż jest tak wydajny.

 Czy kupiłabym go ponownie? Szczerze powiem, że nie. Produkt ten jest drogi, poza tym nie mam tak wielkich problemów skórnych których nie mogłabym "wyleczyć" innymi, odrobinę tańszymi kosmetykami naturalnymi. Jednak 480 złotych za balsam do twarzy to niezwykle dużo, nie wiem jak on sprawdza się przy skórach problematycznych ale na mojej suchej sprawdzał się świetnie.
Jeśli nie macie na co przeznaczyć tak znacznej części gotówki to warto się w niego zaopatrzyć jeśli macie skórę problematyczną czy tłustą albo wyraźne problemy skórne, jednak uwierzcie obejdziecie się bez tego produktu, gdyż na jego miejsce znajdą się kosmetyki tańsze a równie dobre, jeśli macie skórę jedynie suchą o naprawdę dobrze dobrany olej albo ich mieszanka również sprawi, że wasza skóra będzie dobrze nawilżona i rozjaśniona.

 Produkt jak najbardziej na plus, na wiele plusów ale ze względu na cenę wiem, że niewiele osób zdecyduje się na jego zakup.
Znacie markę Mahalo? Jesteście jej ciekawi? Już niedługo szykuje się kolejna recenzja kolejnego produktu tej marki który również wykończyłam do dna, ten cenowo jest już trochę bardziej przystępny i jego działanie jest równie dobre. Ale więcej już niedługo, obserwujcie mnie więc na blogu jak i również instagramie gdzie wypowiadam się częściej.
Do napisania.


 Post w żaden sposób nie był sponsorowany.