poniedziałek, 4 czerwca 2018

ZDENKOWANI.


 Ostatnio testuje dużo nowych kosmetyków ale również zużywam całe ich tabuny. Zawsze staram się zużyć produkt do ostatniej pompki jednakże w przypadku naturalnych kosmetyków bardzo często jest z tym ciężko bo w 6 miesięcy czasami trudno jest mi zużyć 45ml serum do twarzy czy w 2.5 miesiąca chociażby FF od Fridge :) Nienawidzę marnowania czegokolwiek tyczy się to czasu i pieniędzy ale i jedzenia czy właśnie kosmetyków bo na wszystko ciężko pracuje ja jak i moi rodzice a poza tym zawsze myślę tak, że ja mam ale niekoniecznie inni mają i jeszcze bardziej wtedy to doceniam. Poza tym większość kosmetyków jakie kupuje nie należą do najtańszych i naprawdę boli mnie serce gdy muszę coś wyrzucić-toteż moje każde zakupy są niezwykle świadome i przemyślane. 
A więc przyszłam do Was dzisiaj z moim ulubionym typem postów czyli "zdenkowani"-opowiadam Wam o kosmetykach jakie zużyłam, niektóre w krótkim czasie inne w bardzo długim-aż za długim. Dziś podzieliłam kosmetyki na kategorie i chyba będę tak robiła już zawsze. Z reguły w denku jest naprawdę sporo kosmetyków i bez "układania" ich można się pogubić, ale do rzeczy....




Po pierwsze kategoria CIAŁO

 Body wash de-stress od Aromatherapy Associates mówiłam o nim już w ostatnich zdenkowanych(używam już trzecie ostatnie opakowanie)świetny żel jednakże nie dałabym za niego ok. 120 złotych bo tyle normalnie kosztuje, ja upolowałam go w Tk Maxxie za 30-od razu kupiłam trzy opakowania. Nie pieni się nazbyt mocno, dobrze oczyszcza nie przesusza a do tego ten relaksujący zapach...

 Kolejny jest dezodorant od Agent Nateur i jestem totalnie na nie...już zaczynając od tego, że otrzymałam zepsute opakowanie nie mogłam wydobyć z opakowania sztyftu gdyż przekręcałam, przekręcałam i nic...Również nie napisałam do sklepu w którym kupiłam owy dezodorant bo są aż z Kanady i to wszystko trwało by zapewne miesiące...ale nawet jakoś nie rozpaczam nad tym faktem. Lepiej działa u mnie ałun do którego ostatecznie powróciłam. Ja wiem był on w ulubieńcach ostatnich miesięcy w marcu, ale to wszystko cofam i chce o nim jak najszybciej zapomnieć. Moje białe bluzki płakały w strefie pod pachami, zawsze ale to zawsze były żółte a wręcz zielone, przy ałunie nigdy taa sytuacja nie miała miejsca, poza tym nie chodzi o pocenie bo to rzecz normalna ale neutralizację nieprzyjemnego zapachu no i z tym on sobie nie radził. Mam ciężką fizycznie prace poza tym ciągła zmiana temperatury, wieczorne treningi, nie czuje potrzeby mycia się każdego dnia zawsze, z reguły robię to co dwa dni-tak wiem obrzydlistwo, jestem brudasem-a ten dezodorant nie dawał sobie rady nawet na następny dzień od mycia(prysznic biorę zawsze wieczorem). Kompletne rozczarowanie, poza tym czułam sodę pod palcami gdy go aplikowałam-miałam zepsute opakowanie nadmieniam ponownie-i niestety podrażniała moją skórę a muszę nadmienić, że nie golę pach gdyż jestem po całej serii depilacji laserowej.  
Ocena 2/10 a cena to ok 90 złotych.

Kolejny bubel to nic innego jak krem do rąk od Phenome z serii Anti-Aging-straszne opakowanie, straszne działanie i ten mdlący zapach. Pisałam o nim więcej w bublach, ciesze się, że udało mi się go wykończyć i moje ręce nie muszą już tak cierpieć. Teraz mam krem z Purite i jestem z niego bardzo zadowolona. 
0/10, cena 49zł/50ml

Jaki to był dobry produkt, istny cud. Jak nie przepadam zbytnio za marką Resibo-jakoś nie robi na mnie szału, uwielbiam ich olejek do demakijażu bo jest dobry i stosunkowo tani, peeling mechaniczno-enzymatyczny również jest rewelacyjny ale ani kremy-nawet ten rozświetlający, ani toniki nie zrobiły na mnie wrażenia tak balsam do ciała wyszczuplający...wow. Produkt niezwykle wydajny, pięknie pachnący, nawilżający skóre ale również wyrównujący jej strukturę, napinający...rewelacyjny. Nie wiem jak tam z tym wyszczupleniem bo tego nie oczekiwałam od niego ale wygładzenie i napięcie było. No ja nie wiem co więcej o nim napisać, po prostu musicie go mieć.
Ocena 10/10 bo wszystko jest w nim genialne od konsystencji po zapach a nawet i działanie cena również jest przyzwoita jak na tak świetny skład która wynosi 89 złotych za 200 ml. To niewątpliwie produkt do którego powrócę.




Sztyft śliwkowy od Ministerstwa Dobrego Mydła jest ze mną bardzo długo, kupiłam go w okresie jesiennym, gdyż szczególnie w tym czasie uwielbiam ten marcepanowy, przepyszny zapach. To świetny produkt awaryjny na suche partie skóry, na spierzchnięte usta, dłonie czy stopy dlatego jest tak genialny w okresie zimowym, otula przepięknym zapachem a balsam jest niczym opatrunek, koi i łagodzi i uspokaja skórę. Nie nadaje się jednak w moim mniemaniu do nawilżania całego ciała bo jest bardzo lepki przez swą odżywczość,no i ten zapach potem jest niezwykle intensywny-aż za bardzo i utrzymuje się bardzo długo.
Na jesien i zimę jak najbardziej tak w okresie ciepłych miesięcy jednak jest zbyt odżywcze i za mocno pachnące. Ocena to jednak mimo wszystko oczywiście 10/10-cena 56zł / 75g

Teraz pora na produkt który niestety został wycofany nad czym straszne ubolewam NCLA baza get even. Była to baza/odżywka no trudno mi to nazwać nie chcę o niej za dużo również mówić bo już jej nie ma ale ja stosowałam ten produkt jako taki lakier bezbarwny-paznokcie po jej zastosowaniu były prześliczne-ale matowe. Nie maluje paznokci, nienawidzę tej czynności, zawsze wyjdę poza paznokieć i się poddaje, a to odpryśnie a to...istna katorga poza tym pracuje w takiej branży, że paznokcie narażone są na mnóstwo czynników i dbam o nie szczególnie a ta odżywka pomagała mi aby utrzymać je w naprawdę dobrej formie. To takie wykończenie-moje paznokcie ale lepsze-to tak samo jak z idealnym kolorem konturówki do ust. Baza ma za zadanie wyrównać płytkę paznokcia i to robiła genialnie, przy jednej warstwie jest idealnie, każda kolejna wygląda coraz to gorzej gdyż staje się plastyczna i lekko różowo-pomarańczowa.
To istne cudo-płytka paznokcia jest wyrówna o naturalnym kolorycie, nikt sie nie zorientuje, że cokolwiek mamy na paznokciach, maskuje ewentualne zażółknięcia czy przebarwienia, dobrze chroni płytkę.
Lamentuje strasznie, że tego produktu nie ma już w asortymencie, że został wycofany-dlaczego tak jest powiedzcie, że gdy jakiś produkt jest genialny to albo go wycofują albo zmieniają formułę tak,że to zupełnie inny produkt?

Olej marula i sacha inchi...ten pierwszy często pojawia się w mojej pielęgnacji z reguły twarzy ale szybko mi się kończy i wykańczam go do ciała natomiast sacha inchi-jak on śmierdzi. Kosmetyki naturalne mają specyficzny zapach i z reguły je uwielbiam ale to jest coś strasznego. Do maruli zapewne wrócę do drugiego zapewne nie...

Tatcha Camellia Beauty Oil to coś co pojawiło się w bublach-stosowałam go jednak wtedy do twarzy i to była istna porażka. Bardzo w konsystencji suchy olejek, niezwykle perfumowany który nie powalił mnie na kolana bo nie robił nic, nawet nie widziałam tego rozświetlenia ze złota. Na ciele już widziałam...on mi przypominał odrobinę olejek suchy z Nuxe-ale jego cena jest o wiele wyższa. Poza tym ten z Nuxe jest cudowny gdyby nie ten mocny, ciężki zapach. Nie wrócę do tego produktu, nie polecam go i cieszę się, że go zużyłam i już nie muszę się z nim męczyć. Nie wystawiam nawet jemu oeny, bo nie warto. Powiem Wam szczerze, że cieszę się iż go wykończyłam i nigdy już nie kupie niczego od tej marki bo te kosmetyki nie są warte naprawdę zachodu.


kategoria TWARZ

To niewątpliwie kategoria gdzie kosmetyków zawsze przedstawiam najwięcej. Uwielbiam pielęgnować moją twarz, to niezwykle mnie relaksuje no i uwielbiam widzieć efekty-teraz jestem niezwykle zadowolona ze stanu mojej skóry, za wiele nie kombinuje, nie nakładam za dużo kosmetyków a poza tym moja skóra najlepiej znosi upały-wtedy jest zdrowa, błyszcząca i super nawilżona-przez dość intensywniejsze wydzielanie sebum.

Tak naprawdę wszystkie kosmetyki z tej kategorii uwielbiałam, same istne perełki. 


Zacznę od żelu aloesowego, wracam ciągle uwielbiam do pielęgnacji ciała, włosów, nawilżania skalpu do
twarzy...kosmetyk który niewątpliwie musi być w każdej "kosmetyczce" kobiety lubiącej naturalne kosmetyki-stosuje go nawet jako toniku delikatnie wklepując w twarz. Stawiam zawsze na ten bo ma świetny skład i cena jest atrakcyjna oraz jest niezwykle wydajny. 

Do wody różanej tej marki również wracam bardzo regularnie-zarówno woda jak i żel, zawsze są w sklepie ekologicznym w którym robię zakupy stacjonarnie i jeszcze nigdy nie zdarzyło się tak, że wyszłam ze sklepu bez zakupu tych dwóch produktów. Jestem im wierna od paru lat-to świetne podstawowe kosmetyki dla ekomaniaczki, zawsze się śmieje, że gdybym nie prowadziła bloga i nie testowała tych kosmetyków dla Was to "żyłabym" na wodzie różanej, żelu aloesowym oraz oleju śliwkowym-mówię o podstawie pielęgnacji z demakijażem byłby to olej z Resibo oraz mydełko w kostce bez SLS-ów.
Świetna woda różana- łagodzi zaczerwienienia, podrażnienia i świetnie tonuje skórę czego chcieć więcej.

Pasta do mycia twarzy z melisą i szałwią marki Fresh&naturals to kolejne odkrycie-produkt do którego niewątpliwie można wracać, ciągle i ciągle. Bardzo atrakcyjna cena, niezwykle wydajny produkt, świetnie oczyszczający a nie zdzierający skóre, pięknie usuwa makijaż cudownie się zmywa, przepięknie pachnie. Bardzo lubię jego konsystencje olejkowego balsamu-zmywanie nim makijażu było ogromną przyjemnością. Ten produkt jest na równi z olejkiem do demakijażu marki Resibo, więc jest wysoko ustawiony przeze mnie.
Ocena nie inaczej jak 10/10-nie mam do niego zastrzeżeń, cena to 40zł/150 ml




Produkt marki Fresh&naturals pojawił się w ulubieńcach poprzednich miesięcy tak samo jak i kolejny kosmetyk który chciałabym Wam przedstawić a mowa tutaj o Resibo i ich multi(wspaniałym)funkcyjnym peelingu do twarzy którego można używać dwojako-zarówno jako peeling mechaniczny jak i enzymatyczny. Ja stosowałam go każdego dnia od razu po demakijażu w wersji mechanicznej, masowałam nim twarz przez parę minut a potem zmywałam, niekiedy zostawiałam jednak na parę minut dosłownie do 5 maksymalnie i widziałam ogromne efekty. Muszę nadmienić, że posiadam skórę wrażliwa, naczyniową, delikatną i codzienne peelingi szczególnie mechaniczne nie powinny być dla mnie dobre ale ten jest tak delikatny, że nie zrobił mi wcale krzywdy. Jest w konsystencji niezwykle kremowy i posiada w sobie delikatne pesteczki, granulki oczywiście naturalne, bardzo łatwo się zmywa a skóra z każdym dniem staje się rozjaśniona, wygładzona, pełna blasku, pozbawiona jest plam potrądzikowych z czym mam wielki problem-nie jest podrażniona ani zaczerwieniona. produkt jest bardzo wydajny i nie wiem jak miałabym zużyć 75ml w inny sposób aniżeli podczas codziennego peelingu. Wiem, wiem nie powinno się robić peelingu codziennie, chciałam nadmienić, że obserwowałam moją skórę każdego dnia i nigdy nie było tak, że była podrażniona czy tak zdarta, że krew leciała...wręcz przeciwnie bardzo lubiłam ten peeling. Ocena 10/10-kiedyś na pewno do niego wrócę, cena 79 zł.

Teraz pora na tonik o którego dostawałam mnóstwo pytań, bo tak zachwalany i czy warto kupić...no więc odpowiem Wam, że jest taki MEH mowa oczywiście o Hydrating Accelerator od Josh Rosebrook-ani zły ani również rewelacyjny, dla mnie zupełnie nie wart pieniędzy jakie na niego wydałam, przepięknie ziołowo pachniał to trzeba mu przyznać, był stosunkowo wydajny(toniki stosuje dwa razy dziennie)i delikatnie nawilżał. Żadnych innych plusów tego toniku nie zauważyłam, dla mnie taki przeciętny i to kolejny kosmetyk który zachwyca większość a dla mnie to przeciętniak(czemu moja skóra musi być aż tak dziwna). Powiem Wam, że prócz wody różanej nie ma jakiegoś toniku do którego bardzo chciałabym powrócić akurat ten produkt lubię zmieniać gdy tylko go wykończę. Mam w planach zakup toniku od May Lindstrom gdzie cena jest astronomiczna ale i tak niższa od toniku Taty Harper-największego bubla w mojej historii kosmetycznej. Dam mu 5/10-szkoda, że opakowanie jest plastikowe-zaczynam zwracać uwagę na to w co pakowany jest kosmetyk, ale dla wielu z Was to lepiej bo jest bardziej przyjazny podróżowaniu, atomizer działał naprawdę dobrze, ocena tak "wysoka" ze względu na przepiękny, ziołowy zapach, cena jaką za niego zapłaciłam to ok. 165 zł za 100ml

Od maseczek jestem uzależniona, aktualnie może mam mniej czasu na nakładanie ich na twarz oraz na pewnego rodzaju relaks ale raz-dwa razy w tygodniu maseczka musi być, przetestowałam już naprawdę zacne grono maseczek i uważam nadal, że dobra maseczka(niekoniecznie droga)zdziała cuda. Tak było z maseczką marki Sukin o nazwie Purifying Facial Masque-dorwałam ją oczywiście w Tk Maxxie za ok 40 złotych-cena bardzo korzystna, bo to świetna maseczka. Maseczka jest na bazie białej glinki(najdelikatniejsza z glinek) aloesu oraz olejków. Kto nie kocha z Was tych trzech składników? Ja nie mam żadnych zastrzeżeń co do tej maseczki przepięknie oczyszcza skórę-jeśli dobrze otworzycie pory to również wydostanie brud ze środka-wygładza powierzchnie skóry, jest ona taka odświeżona i mięciutka a przy tym nie podrażniona dzięki aloesowi i białej glince-nie zastyga na kamień dzięki czemu nie trzeba jej co chwile zwilżać oraz łatwo ją zmyć. Skóra po zmyciu jest nawilżona i rozpromieniona. Pachnie dosyć intensywnie ale przeżyłam to gdy widziałam cudowne efekty. Cudo...maseczkę dostaniecie w drogeriach internetowych za ok 70 złotych przy 100ml-cena bardzo fajna. Ocena to oczywiście 10/10-miałam już pare produktów tej marki i mają naprawdę cudowne kosmetyki z świetnym składem i w miarę korzystnych cenach-mało który kosmetyk jest powyżej 100 złotych.

A teraz o dwóch kosmetykach marki Alkemie które skończyłam jako ostatnie...wiem, wiem obiecałam Wam zbiorczą recenzję na temat tych kosmetyków ale jest ich tak wiele a mi tak bardzo trudno znaleźć czas by cokolwiek o nich napisać-ten post piszę już cztery dni-wybaczcie naprawdę. Zbiorę się i na pewno coś napiszę ale pracując 10 godzin dziennie po powrocie do domu zajmuje się z reguły takimi rzeczami dnia codziennego i kiedy się nie spojrzę jest już 22:00 a to moja pora na sen bo muszę spać 8 godzin dziennie a wstaje o 5:45 każdego dnia(prócz niedziel, to mój jedyny dzień wolny-oczywiście nie licząc świąt). Ale wracam do kosmetyków tak więc Alkemie i moja najukochańsza seria Microbiome która chyba została stworzona z myślą o mnie. Jak zapewne pamiętacie a może i nie ukochałam sobie serum Liquid shield S.O.S. które jest wspaniałe ale równie bardzo polubiłam piankę oraz 10 minutową maseczkę która łagodzi podrażnienia. Pianka jest niezwykle wydajna, wręcz nie do zużycia mi się to udało po 7 miesiącach, codziennego używania podczas wieczornego demakijażu(nie myje twarzy żadnym preparatem rano), bardzo delikatna ale przy tym świetnie oczyszcza, jedna pompka spokojnie daje radę, piana jest przyjemnie zbita...nie będę pisała, że cudownie nawilża, wygładza itp bo tego nie robi to preparat do oczyszczania skóry i robi to w sposób prawidłowy. Ocena 10/10 zaś cena 89 złotych za 150ml
Drugi produkt to 10 minutowa maseczka ratunkowa-tak ta nazwa jest trafna w 100%. Bo ona ratuje skórę-szczególnie jej nadużywałam gdy przesadziłam z następnym kosmetykiem który za chwilę Wam przedstawię. Ta maseczka to pewnego rodzaju opatrunek na skórę-świetnie działała na skórę podczas tych ogromnych mrozów gdy skóra mi pękała, naczynka również, skóra była zaczerwieniona-ona przepięknie łagodziła i to było czuć już od razu po aplikacji, po jej zmyciu skóra wyglądała niczym po zabiegu u kosmetyczki. Bardzo kremowa przyjemna konsystencja , wręcz bezzapachowa-idealna dla alergików. Co tu dużo mówić to kosmetyk warty uwagi szczególnie na jesień gdy stosujecie wtedy kwasy i wasza skóra odpowiada na nie podrażnienie, zaczerwienieniem czy schodzącą skórą. Cena to 119 złotych za 60 ml-kolejny wydajny produkt a ocena nie może być inna aniżeli 10/10-czuje, że jeszcze do niej wrócę.

A teraz mowa o tym kosmetyku co lubiłam z nim przesadzić mowa o marce która jest uwielbiana przez wszystkich-chociaż jeden kosmetyk przypadnie Wam do gustu-czyli The Ordinary i AHA 30%+ BH 2% peeling solution. To niewątpliwie kosmetyk do którego w okresie jesienno-zimowym na pewno powrócę, dopiero wtedy ponieważ ten kosmetyk jest naprawdę silny i świetnie działający. Wystarczy już pięć minut by odczuć jego pozytywne właściwości-w tym przypadku nie trzymajcie proszę tego kosmetyku dłużej bo może Wam wyrządzić krzywdę gdyż to naprawdę spore stężenie kwasu AHA. Mimo iż ten kosmetyk jest głównie przeznaczony do cery mieszanej i tłustej z wypryskami moja skóra sucha i delikatna bardzo go lubiła. Przepięknie neutralizował moje plamy po wypryskach, wygładzał powierzchnie skóry i odkrywał nową lepszą skórę-lepszy koloryt, lepsza struktura-stosowałam go również na nogi gdyż tam(jeszcze przed rozpoczęciem depilacji laserowej)lubiły mi się wrastać włoski a ten produkt pomagał mi zlikwidować ten problem. Świetny kosmetyk w równie świetnej cenie gdyż jego koszt to ok. 30 złotych za 30ml a produkt jest niezwykle wydajny. Ocena to oczywiście 10/10-szklane opakowanie, cudowne działanie, świetna cena. Na pewno powrócę do niego w okresie jesienno-zimowym i polecam Wam go również wypróbować.
Stosowałam go z reguły raz, dwa razy na dwa tygodnie.


kategoria MAKIJAŻ

Pora na makijaż czyli na coś czego u mnie zawsze najmniej...śmieje się ale tak jest prawda. Aktualnie przy temperaturach 25-30 stopni mój makijaż to krem z filtrem(koloryzujący delikatnie)niewielka ilość korektora pod oczami od Hynt, rozświetlacz(bo bez tego ani rusz) oraz z reguły jeden cień na powiece roztarty palcem. No ja nie jestem fanką makijażu nie dla mnie konturowania, bakingi, strobingi, smokey eyes-wiem, że piszę niepoprawnie-ale ja w tej kwestii stawiam na minimalizm i może się chwalę ale moja skóra jest w tak świetnej formie, że nie potrzebuje krycia. Ostatnio miałam taki przypadek, że nałożyłam podkład i było mi za idealnie, ja jednak lubię strukturę swojej skóry oraz to, że gdzieniegdzie przebije naczynko, jakaś plamka...przecież to właśnie jesteśmy my po co zakrywać to kim jesteśmy? I nie mówię tutaj oczywiście o dużym trądziku ale z reguły widuje na "mieście" kobiety które po prostu jakby chciały stać się kimś zupełnie innym, albo młode dziewczyny 12,13,14 lat chcą wyglądać na o wiele dojrzalsze-potem po 20 roku życia będą chciały znowu wyglądać na 12,13,14.




Ale makijaż...na pierwszy rzut kosmetyk o którym pisałam już wiele ale chciałam jedynie potwierdzić, że jest cudowny i wciąż do niego wracam a mowa o ff od Fridge. Teraz mam od niego małą przerwę-gdyby miał SPF pewnie nie byłoby od niego przerwy, no ale jest cudowny, rewelacyjny i nie ma lepszego bazowego kosmetyku jeśli chodzi o twarz moim skromnym zdaniem(dla mnie kosmetyk kolorowy bazowy to z reguły podkład.krem tonujący czy też BB, CC). Ocena to 11/10 z wielką ilością serduszek-wrócę do Ciebie obiecuje.

A niech teraz będzie podkład którego niestety nie zużyłam mowa o Aloe Nourish Foundation marki 14e cosmetics-wydaje mi się, że już po prostu nie był zdatny do użytku bo jego konsystencja...ogólnie wszystko się w nim zmieniło toteż wole nie ryzykować. Początkowo byłam z niego bardzo zadowolona-miał to być zastępnik podkładu marki Sappho-mój wielki ulubieniec którego formułę niestety zmienili-początkowo tak było dobrze krył, wyglądał bardzo naturalnie a przy tym pomagał goić się szybciej wszelakim niespodzianką. To dlatego lubię naturalne kosmetyki do makijażu, bo one nie tylko upiększają ale i pielęgnują-dwa w jednym. Gdzie w kosmetykach konwencjonalnych podkład pielęgnuje naszą skórę? Używałam tego podkładu, potem przyszedł FF od Fridge i gdy chciałam do niego powrócić-podczas dużych mrozów(wtedy stosuje "cięższe", bardziej kryjące podkłady które są pewnego rodzaju barierą ochronną). Stał się tępy, tworzył smugi, nie wyglądał już tak naturalnie i nawet nie krył lekko. Odstawiłam go no i ostatecznie wyrzuciłam nie zużywając do końca, daleko mu było do Sappho a szkoda bo miałam tak wiele nadziei. Nie wrócę do niego i nawet nie wiem czy mam go Wam polecać. Mimo wszystko dam mu 5/10 bo początkowo bardzo go lubiłam. Cena to ok. 165 zł.

Mam wielki problem ze znalezieniem dobrej szminki/pomadki z równie dobrym składem. Testowałam już zarówno szminki marki Ilia jak i Kajer Weis i to wciąż nie to, już się powoli poddaje i mam ochotę wrócić do szminek konwencjonalnych a najbardziej ciągnie mnie do szminek marki Charlotte Tilbury-och te piękne kolory. Z naturalnymi szminkami mam taki problem, że bardzo szybko wysychają na ustach-ale i w opakowaniu-jeśli są po terminie to nie są już do uratowania a mi przez rok czasu ciężko jest zużyć szminkę i jest stosunkowo mało kolorów do wyborów no i na ustach niestety nie są aż tak trwałe. Po szminki sięgam z reguły gdy wychodzę wieczorem, no i czy zaaplikuje szminkę czy też nie, po chwili jej nie ma. Lubią wchodzić w załamania, "zmarszczki" na ustach oraz brzydko się zjadają pozostając na suchych skórkach o których nie miałam pojęcia no i wychodzą poza kontur ust. Już zaczęłam je aplikować palcem i wyglądają o niebo lepiej ale nadal, wciąż kuszą mnie szminki marki Charlotte...Nie jestem za bardzo "szminkową dziewczyną" lubie swój kolor ust i potrzebuje jedynie dobrego balsamu do ust-który w końcu znalazłam i będę mu wierna.
Ale rozpisałam się o szminkach zamiast opowiedzieć Wam o tej konkretnej mowa dokładniej o szmince  marki Ilia w przepięknym kolorze Femme Fatale to piękne, głębokie połączenie odcienia jagód i burgundu-kolor idealny na jesień jednakże to szminka w kolorze niezwykle delikatna a więc trzeba nałożyć parę warstw aby intensywność koloru zadowalała-jednak z każdą warstwą usta stają się coraz to bardziej suche ale również podczas noszenia gdy była świeża bardzo wysuszała usta i nie była komfortowa w noszeniu. W naturalnych szminkach nie ma mowy o wygładzeniu ust oraz zredukowaniu wszelakich nierówności, tutaj wszystko widać, oraz trzeba pamiętać o peelingu ust. Nie za często używałam owej szminki i przez to wysuszyła się na tyle, że ciężko mi ją aplikować na usta toteż zdecydowałam się ją wyrzucić. W kwestii czerwieni oraz ciemnych szminek wolałabym aby była możliwość kupowania mniejszych pojemności bo te z reguły noszę wieczorami, gdy gdzieś wychodzę i ciężko mi jest je zużyć. Ocena 4/10-tylko ze względu na kolor. Cena to ok. 120 zł za 4g

sobota, 5 maja 2018

ULUBIEŃCY KWIETNIA.


 I tak oto minął kolejny miesiąc, który mimo iż zawitała dopiero wiosna pogodą przypominał wręcz lato. 
Coraz bliżej lata, co osobiście cieszy mnie bo czekam już na upały(na Pomorzu nie jest wcale tak gorąco jak u reszty), gdzie będę mogła chodzić w krótkich spodenkach, baletkach i espadrylach(pisząc tego posta wręcz marznę, mając ubrane trzy warstwy górnej części garderoby).


Pomimo iż w ostatnim czasie dosyć sporo przybyło u mnie kosmetyków, większa część w moim mniemaniu okazała się bublami. Część odsprzedałam a drugą część oddałam a nawet-czego nie znoszę-wyrzuciłam bo do niczego się nie nadawały. Obiecałam sobie, że teraz jeszcze bardziej będę selekcjonować kosmetyki które będę chciała kupić, by przypadkiem nie wyrzucić pieniędzy w błoto. Wszystkie kosmetyki kupuje za własne, ciężko zarobione pieniądze-nic nigdy nie otrzymałam za darmo od żadnej marki, dlatego może moje niektóre recenzje są bardzo "ostre" ale przy tym i bardzo szczere. Bo gdy coś się u mnie nie sprawdza to wprost o tym chce Was informować. Z reguły kupuje kosmetyki luksusowe jeśli chodzi oczywiście o te naturalne a to ze względu na to, że ich na polskiej blogosferze ale i chociażby na rynku polskim jest niewiele, bardzo mało. Sama osobiście przed zakupem kosmetyku przeszukuje zagraniczne blogi szukając opinii na ich temat, a jednak wolałabym coś poczytać w rodowitym języku. Poza tym moim skromnym zdaniem jest mało wciąż naturalnych, polskich firmy które poziomem mogą dorównywać kosmetykom naturalnym zza naszej granicy. Kosmetyki chociażby z USA są na naprawdę wysokim poziomie jeśli chodzi o jakość, z polskich marek z ręką na sercu mogę polecić Fridge-cudowna, jedyna w swoim rodzaju, NASZA marka. Jeszcze na żadnym kosmetyku tej marki się nie zawiodłam, świeże, naturalne, z cudownym składem, świetne formuły i fakt, że te kosmetyki są jedzeniem dla skóry-musimy przechowywać je w lodówce, jest unikatowy bo nie spotkałam jeszcze takiej marki na świecie.

Ale wracając do ulubieńców nie ma tego zbyt wiele-jak zawsze, bo tylko chce Wam przedstawić cztery kosmetyki ale za to jakże cudowne.

Zacznę od włosów bo dziś aż dwa kosmetyki z tej kategorii-a wiecie, że zawsze najwięcej jest kosmetyków do pielęgnacji twarzy.


 Po pierwsze Rahua-moja ukochana marka jeśli chodzi o pielęgnację włosów, droga ale jakże dobra. Wciąż uwielbiam szampon dodający objętości ale odżywka z tej samej serii jest równie cudowna. Dzięki tym kosmetykom mogę myć włosy dwa razy w tygodniu i wyglądają one świetnie(i na trzeci dzień wcale nie muszę wiązać włosów, a uwierzcie mam duży problem z przetłuszczającymi się włosami). Odżywka dodaje objętości moim włosom od uszu w dół, nawilża je, sprawia, że wyglądają na zdrowsze i takie...pełne. Dodatkowo przepięknie pachną-stosuje ją zarówno na suche włosy(jako całodzienną maseczkę, którą zmywam pod koniec dnia)jak i również w tradycyjny sposób. Jest bardzo wydajna, tak więc szczerze nawet jej cena 162 zł/275ml nie jest mi taka straszna, bo używam jej przy każdym myciu przy długich włosach a zużycie jest niewielkie-poza tym moje włosy odżyły ponownie po powrocie do tych kosmetyków a mało który szampon i odżywka sprawiają, że moje włosy wyglądają w miarę znośnie. Szampon używam już 5 miesięcy i wydaje mi się, że zużyje go może w połowie czerwca.



 Octu jabłkowego do opłukiwania włosów używam już od dawna, a zaczęło się to od czasu gdy myłam włosy sodą. Aby zamknąć łuskę, otwartego włosa przez sodę, płukałam je roztworem wody z octem. Moje włosy były cudowne w okresie gdy myłam je sodą. Zapewne w tym roku powrócę do tej metody ale wracając do kosmetyku mowa tutaj o apple-herbal vinegar marki Purite. Niby nic a tak dobry kosmetyk, który naprawdę każdego dnia zmienia moje włosy na lepsze. Gdybyście zobaczyły moje włosy na żywo, zapewne nie ekscytowałybyście się tak bardzo-z reguły wyglądam niczym lew-ale ja uwielbiam swoje włosy szczególnie teraz gdy są dłuższe-ja jestem wyznawczynią, że kobieta powinna jednak mieć dłuższe włosy, które są zadbane. Wysokoporowate włosy jednak nie zawsze wyglądają na zadbane...ale ten ocet niewątpliwie pomaga mi w tym. Uwielbiam jego zapach-octowo-ziołowy, choć wiem, że dla wielu jest nie do zniesienia ja uwielbiam ziołowe zapachy, odzwyczaiłam się już całkowicie od sztucznych zapachów takich "pachnących"-mam nadzieje, że wiecie o co mi chodzi. Ja uwielbiam zapach ziemi, piachu, ziół w kosmetykach aniżeli sztucznie pachnących wanilii czy też kwiatów. Włosy dzięki używaniu tego kosmetyku pozostają dłużej świeże ale i odbite od nasady, zauważyłam, że są bardziej błyszczące i gładkie. Moje włosy przeżywają teraz mały kryzys-chyba wypada mi trochę więcej włosów niż 100 dziennie-ale na samym początku stosowania tego kosmetyku, nie wypadały mi w ogóle. Z reguły spryskuje wilgotne  włosy,od nasady aż po końce,  najbardziej skupiając się na skalpie, delikatnie wmasowując ocet w skórę głowy. W składzie znajdziemy same dobroczynne składniki:oczywiście wode i ocet jabłkowy ale i pokrzywę, szałwie, rumianek, nagietek, lawendę oraz trzy olejki eteryczne:lawendowy, rumiankowy oraz rozmarynowy. Same cudowne zioła którymi co jakiś czas traktuje moje włosy. Za 100ml musimy zapłacić 47 złotych-produkt niewątpliwie wart tych pieniędzy gdyż działa.



 Teraz czas na ciało i na kosmetyk cudo. Ciało smaruje wszystkim czym się popadnie-resztkami olejku do twarzy czy też kosmetykiem który nie sprawdzi się na twarz. Nigdy nie miało to dla mnie większego znaczenia-byleby skład był oczywiście przyjazny dla skóry. Od kiedy zaczęłam regularnie szczotkować swoje ciało moja skóra jest w rewelacyjnej formie ale brakowało jej tego czegoś i specjalistyczny balsam wyszczuplający od Resibo jej to zapewnił. Nie potrzebuje wyszczuplenia-poza tym nie wierze by balsam to robił, dobra dieta i ćwiczenia owszem balsam może pomóc w utrzymaniu jędrności skóry, ale wygładzenia i napięcia skóry-uwielbiam takie jędrne i napięte ciało. To jest balsam cudotwórca.Nie mogę doczekać się pory kąpieli, a po niej aplikacji tego balsamu na ciało. Pachnie niezwykle przyjemnie, tak właśnie balsamowo-kremowo, szybko się wchłania pomimo iż jest w konsystencji bardzo lekki to i zarazem bardzo bogaty, odżywczy. Cellulitu nie mam więc w tej kwestii się nie wypowiem ale zauważyłam, że skóra stała się jędrniejsza i bardziej wysmuklona, jest taka bardziej przy ciele, teraz gdy na nowo regularnie zaczęłam ćwiczyć jest mi to potrzebne. Bardzo dobrze nawilża skórę, wygładza jej powierzchnie, skóra wygląda jak po jakimś zabiegu u kosmetyczki, na bardzo zadbaną, tak gładką,zauważyłam również, że szybciej się goi. Miałam ostatnio parę krostek na stopach jakby komary mnie pogryzły, oczywiście je rozdrapałam ale po aplikacji balsamu szybciej się wygoiły i po prostu zniknęły. Akurat go wykończyłam, ale wrócę do niego na pewno gdyż, zużyłam go po 4 miesiącach, ciągłego użytkowania od stóp po szyje, co uważam za dobry wynik. Za 200ml tego kosmetyku musimy zapłacić 89 złotych-trochę to dużo jak na balsam do ciała ale warto dziewczyny, warto.



Czas na twarz i kosmetyk niedostępny w Polsce-do pewnego czasu niedostępny również w Europie, ostatnio można powiedzieć, że na tą markę jest ogromny szał i skuszona przez multum pozytywnych recenzji, kupiłam pare kosmetyków i się zawiodłam...ale ten kosmetyk(który szczerze myślałam od początku, że znienawidzę)pokochałam po drugim użyciu. Mowa o Kalima cleansing powder marki Leahlani skincare. Zamysł marki niezwykle mi się podoba-myślałam, że będzie to taka "tańsza" wersja marki Mahalo, marka z Hawaii bierze to co najlepsze z tamtych ziem-od olejków po miód- przepiękne opakowania, cudowna szata graficzna i świetne zapachy. Początkowo owy produkt zakupiłam z myślą o stosowaniu go jako "puder myjący" ale ostatecznie skończył u mnie jako peeling mechaniczny.


 Jako środek do codziennego oczyszczania, zmywania olejku do demakijażu nie sprawdzi się gdyż pozostawia skórę wysuszoną i nie do końca oczyszcza tą skórę-a muszę zaznaczyć, że mój makijaż nie należy do ciężkich. Ale jako codzienny, delikatny peeling sprawdza się świetnie. Odrobinę wysypuje sobie na zagłębienie dłoni, dodaje opuszkami palców pare kropel wody i powstaje z tego delikatna, różowa pianka, mus z delikatnymi acz wyczuwalnymi drobinkami(oczywiście naturalnymi) które peelingują naszą skóre. Moja wrażliwa i delikatna skóra po takim peelingu(codziennym) w żaden sposób nie jest podrażniona a wręcz rozjaśniona i tak gładka. Produkt ten pachnie dla mnie mleczkiem kokosowym, który jest w składzie jak i również płatki owsiane-które właśnie koją skórę, tropikalne owoce, glinki. Wszystkie te składniki mieszane są ręcznie, znajdziemy tam również aktywowaną wodą witaminę C, owoce kamu kamu które wyrównują koloryt skóry ale i jej strukturę. Spróbuje jej jako maseczkę, bo również słyszałam, że w ten sposób świetnie działa jako maseczka oczyszczająca. Produkt niezwykle wart uwagi, zmieniający demakijaż nie w mus a w błogi rytuał. Za 100ml(sproszkowany) ja zapłaciłam 245 złotych.



Znalezienie idealnego balsamu do ust było dla mnie katorgą, przetestowałam ich mnóstwo, zawsze jednak zależało mi by usta były nawilżone, gładkie i zadbane bez ciągłego dodawania balsamu na usta-bo zwyczajnie w ciągu dnia nie mam na to czasu. Kupowałam balsamy za różne kwoty poniżej 50 złotych, powyżej 100 złotych, nie patrzyłam czy to w słoiczku czy w standardowym opakowaniu dla balsamów do ust-produkty w słoikach zawsze nakładam szpatułką by zachować higienę i produkty były dłużej świeże-ważne było by działał. Zadziałał dopiero balsam marki Fridge 4.5 orange lips. Cudotwórca, bo moje usta nigdy nie były w tak wspaniałej formie, są tak piękne, że nie ma ochoty na nie niczego nakładać. Balsam stosuje dwa razy w ciągu dnia, podczas porannej pielęgnacji oraz wieczornej i to wystarczy. Balsam wspaniale nawilża, wygładza, regeneruje-podczas jego stosowania nie ma mowy o suchych skórkach a muszę nadmienić, że nie robię peelingu ust. Ja jestem zakochana i będę wracała regularnie do tego produktu, bo nie muszę już szukać czegoś innego , skoro znalazłam ideał. Ja stosuje ten balsam również na dłonie jak i skórki wokół paznokci(niestety ciezko jest go zużyć w przeciągu 3 miesięcy przy użyciu jedynie dwóch razy dziennie-więcej nawet razy nie potrzebuje po niego sięgać, gdyż po porannej aplikacji usta przez cały dzień są pełne, gładkie i nawilżone. Cena to 59zł/ 6g-gorąco Wam polecam.




sobota, 21 kwietnia 2018

BUBLE OSTATNICH MIESIĘCY.


Uwielbiam z Wami dzielić się swoimi opiniami na temat kosmetyków jakie testuje czy to w postach z ulubieńcami czy też zdenkowanymi produktami, nie za często pojawiają się u mnie buble a gdy już pojawiają to w małej ilości i bardzo rzadko. Jednak w ostatnim czasie zalała mnie wręcz fala bubli, kosmetyków których nie używam albo wykańczam ze wściekłością bo w większości niemało na nie wydałam. Nie znoszę wyrzucać kosmetyków toteż nawet buble wykańczam do zera, oddaje siostrze lub odsprzedaje. Nawiasem mówiąc to co u mnie jest bublem niekoniecznie musi być u Was, każdy ma inną skórę i inne wymagania od produktu-tak więc owy wpis nie ma na celu urażenia kogokolwiek.
 Ja po dłuższych i krótszych testach przychodzę z opinią.


Po pierwsze marka Phenome która w moim odczuciu jest dla mnie wielkim rozczarowaniem. Zawsze korciło mnie by od nich coś zamówić, tak ludzie te kosmetyki zachwalają a dla mnie to przeciętne kosmetyki zupełnie nie warte swoich cen jak i tego uwielbienia przez wiele bloggerek czy youtuberek. Ja jestem z Wami szczera i zawsze będę, nic nigdy nie dostałam od nikogo do testów a nawet gdybym otrzymała to wciąż moja opinia byłaby tylko moja a nie narzucona odgórnie. Gdy czytam czasami opinie albo oglądam filmiki na youtube danego kosmetyku gdzie tak naprawdę każdy to ma, to płakać się chce bo każdy mówi, że to rewelacja, cudo itp a ostatecznie okazuje się zupełnym bublem. Ale wracając do moich bubli...

Zakupiłam dwa kosmetyki tej marki-krem do rąk i maseczkę oczyszczającą do skalpu.

Krem do rąk jest u mnie kosmetykiem podstawowym i zawsze niezależnie od pory roku musi być ze mną. Muszę go mieć zarówno w torebce, w miejscu pracy oraz przy łóżku. Z reguły w tej kwestii wracam do skin food od Weleda bo nic nie jest tak dobre, tak wydajne i w tak dobrej cenie(jak przy takiej wydajności). Czasami korci mnie jedynak by coś kupić i zawsze trafiam na buble w kwestii kremów. Myje ręce paręnaście jak nie parędziesiąt razy dziennie, wiem to złe ale mam taką a nie inną pracę a lubię mieć czyste ręce. Zawsze po ich umyciu sięgam po krem, z Phenome zakupiłam ten z seri Anti-Aging hand therapy jego cena za 50ml to 49zł. Moja skóra jest niezwykle delikatną, krem miał odżywiać i nawilżać i nie spełniał tych obietnic. Dodatkowo pozostawiał okropny filtr na dłoniach, który musiałam ścierać z dłoni bo w innym przypadku zostawały odciski na klawiaturze(ten filtr nie zapobiegał przesuszeniu i nie ratował przed negatywnym działaniem czynników zewnętrznych). Krem nie należy do gęstych, w moim odczuciu ręce po jego użyciu nie wyglądają młodziej a wręcz starzej. Jedyny jego plus to zapach-cukrowy jednak mimo wszystko za mocny oraz bardzo dobre opakowanie-nie zagina się na tyle mocno by powstawały dziury i krem nimi uciekał. Kosmetyk zupełnie nie wart zachodu.

Do zakupu drugiego kosmetyku przymierzałam się już od bardzo długiego czasu. Mowa tutaj o jakże rozsławionej Purifying Hair Mask-oczyszczającej maseczce do włosów. No i nie, ja nie jestem w niej zakochana. Dla mnie to maseczka do włosów do której dodano drobinki ścierne, to wszystko. Nie czułam świetnego oczyszczenia skóry głowy, dla mnie te drobinki są za delikatne w ogóle nie czuje ich działania. Po zastosowaniu maseczki moje włosy od nasady są niezwykle oklapnięte i wręcz niedomyte(tak, tak stosuje maseczkę przed myciem włosów, a potem myje je szamponem. Wydaje mi się, że moje jakże delikatne szampony nie dają sobie rady z domyciem owej maski z nasady, nie rozkładam jej na całe włosy a jedynie używałam na skalp. Nie powiem drobinki świetnie spłukują się z głowy, nie pozostają we włosach z tym nie ma obaw, ale u mnie nie ma efektu WOW-to nie jest ten produkt z którego korzystania odczuwam przyjemność. Dodatkowo owe opakowanie jest niezwykle niepraktyczne-wolałabym wyciskać maseczkę z tuby a nie wkładać mokre ręce w produkt. Lepiej u mnie sprawdza się soda oczyszczona dodana w małej ilości do szamponu-uwierzcie lepiej ona oczyszcza skórę głowy i sprawia, że naturalny szampon lepiej się pieni. Wiem, że jest wiele osób które uwielbiają ten produkt ja jednak nie zaliczam się do tej grupy.
Cena to 139zł/ 200ml

Marka Tatcha kłębiła mi się w głowie od dawna, może ich kosmetyki nie są zupełnie naturalne ale nie testują swych kosmetyków na zwierzętach-a to dla mnie najważniejsze. Widząc zdjęcia założycielki marki mówiłam sobie to musi działać. No ale u mnie nie działa. Kosmetyki są luksusowe, przepiękne opakowania, cudowne kolory i ta cała otoczka z rytuałem. Kosmetyki nie są dostępne w Polsce, nawet nie są dostępne w Europie. Nie należą również do najtańszych-ale były tak zachwalane więc mówię sobie-muszą być tego warte. Cieszę się, że najpierw zdecydowałam się na zakup małych opakowań-bo byłabym w plecy o wiele większe kwoty a poza tym męczyłabym się z ich zużyciem. Zacznę od Camellia Beauty Oil w którym wiązałam wielkie nadzieje. Gdy tylko zobaczyłam, że pływają w nim kawałeczki złota mówiłam sobie, że to na pewno będzie efekt glow. Pachnie ładnie ale dla mnie za mocno-pomimo iż to niby naturalne zapachy. Olejek w konsystencji jest lekki, pod palcami czuć jego suchość-mam nadzieje, że wiecie o co mi chodzi-olejek ten trochę w konsystencji przypomina mi olejek Nuxe do ciała. Jest on uniwersalny, nada się zarówno do ciała, włosów ale i twarzy. Olejek z kameli oraz skwalan z oliwek ma za zadanie nawilżyć naszą skórę i dodać jej nawilżenia a 23-karatowe płatki złota dodać blasku. To nie jest produkt tragiczny, ale dla mnie w konsystencji jest za suchy i daje efekt nie glow a tłustej skóry po prostu, podkład nałożony na niego nie wygląda korzystnie, moim zdaniem się ciastkuje i wygląda niekorzystnie. Uważam, że mimo suchej konsystencji potrzebuje on sporo czasu ażeby wpić się w skórę całkowicie. Używałam go zarówno podczas porannej pielęgnacji jak i wieczornej i spełniał się lepiej w roli porannego olejku, ale potrzebuje za dużo czasu na wniknięcie w skórę toteż odstawiłam go. Jego cena to koszt ok. 350 złotych za opakowanie o pojemności 30ml-uważam, że mimo wszystko lepiej sprawdzi się przy cerze mieszanej-dla tłustej będzie dawał za tłusty efekt zaś dla suchej będzie niewystarczająco nawilżał.

Drugim kosmetykiem jest zapewne Wam znany enzymatyczny puder ryżowy, który występuje w wielu wariantach do każdego typu cery. Codzienne złuszczanie przypadło mi do gustu gdy stosowałam peeling marki Resibo-mechanicznie a nie enzymatycznie jak również można. Skóra nie była w żaden sposób podrażniona a wręcz ukojona, koloryt skóry wyrównany jak i jej struktura. Pomyślałam, że ten produkt marki Tatcha a mowa o Indigo Rice Enzyme Powder przeznaczony do skóry wrażliwej sprawdzi się jeszcze lepiej. Byłam w błędzie, zupełnie odpadało codzienne peelingowanie tym twarzy. Jego aplikacja to łatwizna-zwilżamy twarz, nabieramy proszek na dłonie, dodajemy odrobinę wody, masujemy w dłoniach by powstała delikatna pianka i aplikujemy na twarz, masując ją przez 20 sekund po czym zmywamy. I co to się stało po zmyciu...skóra ściągnięta, podrażniona do granic możliwości i sucha. Nie wiem dlaczego ma on być dla skóry wrażliwej skoro się u niej nie sprawdza. Skóra owszem po zmyciu była niezwykle gładka ale to jedyne plusy, żadnego innego nie odkryłam. Wole jednak standardowe peelingi czy to w formie maseczki enzymatycznej czy delikatnego peelingu mechanicznego. Pamiętajcie wrażliwce aby nie przesadzać z peelingami skóry ale również o nim nie zapominajcie. Cena to koszt ok. 250 złotych za 60g.
Ceny obu produktów podaje ze strony oficjalnej marki Tatcha-ja te kosmetyki kupiłam w Polsce ale o wiele drożej.

W tym zestawieniu z bublami pora na drugi już kosmetyk uwielbiany przez wszystkich a nie sprawdzający się u mnie. Mowa o rozsławionym już Renaissance Cleansing Gel marki Oskia-to nic innego jak żel do demakijażu który w kontakcie ze skórą zmienia się w olej natomiast z wodą zamienia się w mleczko, zachowuje się trochę jak produkt od Mahalo-tylko tamten był balsamem. Powiem tak, to nie jest zły produkt ale na pewno przy skórze suchej i wrażliwej nie sprawdzi się do codziennego demakijażu. Stosowałam go przez dwa miesiące i okropnie mnie podrażnił, sprawił, że moja skóra wyglądała niczym jeden wielki burak. Dodatkowo po jego zmyciu czułam nieprzyjemne niedoczyszczenie skóry, oczywiście zawsze sięgam jeszcze po żel myjący czy piankę albo mydełko ale z reguły już po pierwszym kroku moja skóra była czysta-muszę zaznaczyć, że makijaż na mojej twarzy jest w ilościach minimalnych. Oczy są niczym za mgłą gdy tylko dostanie się do oczu, oraz nie tyle, że szczypie ale podrażnia je. Nie zauważyłam wielkich dobrodziejstw pielęgnacyjnych tego kosmetyku, zmywał makijaż po prostu. Jak produkt który nakładamy na makijaż, zmywamy go nim ma dodatkowo rozjaśnić naszą skórę albo poprawić jej strukturę? Od tego moim zdaniem są maseczki, peelingi czy inne kosmetyki ale na pewno nie te do demakijażu.
Produkt nie uspokajał mojej skóry jak i również nie koił. Jego koszt to ok. 160 zł za 100 ml.


Szczerze Wam powiem, że nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak czy to większość ludzi jest w jakiejś zmowie. Bo kosmetyk o nazwie Egyptian Magic kocha każdy, uwielbia jego jakże krótki skład: miód, wosk pszczeli, propolis, mleczko pszczele oraz pyłek pszczeli jak i również oliwa z oliwek, cudowne właściwości i wielofunkcyjność bo owy produkt można stosować na każdą partie naszego ciała. Ma za zadanie nawilżać i wygładzać skórę, odżywić włosy, łagodzić podrażnienia i zaczerwienienia a również przyśpieszać regenerację naskórka. Produkt jest w formie bardzo tłustego,zbitego, bezbarwnego balsamu o bardzo specyficznym zapachu-dla mnie trochę jak wazelina. Owszem produkt przez dwa pierwsze użycia sprawdzał się genialnie, skóra twarzy była odżywiona oraz wygładzona niczym pupcia niemowlaczka ale z każdym dniem pod skórą zaczęły pojawiać się u mnie podskórne grudki i już wiedziałam, że to produkt nie dla mnie. Chciałam go potem zacząć używać jako całonocny balsam na dłonie ale w tej kwestii zupełnie się nie sprawdził-mam bardzo suche dłonie a ten produkt tylko przesuszał moje dłonie. Koniec końców kosmetyk oddałam siostrze i ona jest zadowolona z tego kosmetyku. Jego koszt to ok. 140 zł za 118ml-ale ja polecam na początek zakup mniejszego opakowania 30 ml za ok.76 zł-produkt jest bardzo wydajny toteż i to małe opakowanie starczy na wieki.

szampon onira le naturel
To jest produkt który niezwykle mnie rozczarował bo wiązałam z nim wielkie nadzieje. A mowa o szamponie łagodnym The natural Shampoo marki Onira Organics. Ma wiele wad ale pierwszą jest cena- ok.155 złotych za 200ml(szampon Rahua który uwielbiam kosztuje owszem ok.163 zł ale za 275ml), gdyby ten produkt był chociaż wydajny, a przez swoją jakże wodnistą konsystencję niestety takowy nie jest, jest bardzo nie wydajny a dodatkowo zupełnie nie wart jakże wysokiej ceny. Bo nie robi nic, ja aby go zużyć stosuje go do pierwszego mycia bo do drugiego zupełnie się nie nadaje gdyż pozostawia włosy poplątane i bardzo ciężko mi jest je rozczesać a dodatkowo nie myje zbyt dobrze. Myje włosy ok. 2 razy w tygodniu-wiem powiecie fuj ale moje włosy a szczególnie końcówki są w lepszej formie od kiedy nie za często je myje-szampon więc nie radzi sobie z myciem mojego skalpu(nie nakładam szamponu na końcówki włosów) nie oczyszcza, nie regeneruje i nie rewitalizuje, nie nawilża a włosy po umyciu nie są ani sypkie ani gładkie i czuje, że są wciąż źle umyte. Jeśli chodzi o zmniejszenie wypadania włosów nic na ten temat wam nie powiem, bo nie mam takiego problemu..owszem wypadają mi włosy ale to normalny proces. Jestem niezwykle zawiedziona tym szamponem. Bardzo ciężko się nim pracuje przez wodnistą konsystencję, nie mogę wymasować go w dłoniach bo wszystko rozlewa mi się na boki i tracę dużo produktu. Nie polecam, chciałam zamówić od nich maskę do włosów ale ostatecznie zrezygnowałam i już nie "biegam" przy kosmetykach marki Onira.


Ale to kosmetyk marki Leahlani Aloha Ambrosia Morning Elixir jest dla mnie największym rozczarowaniem. Cała marka Leahlani jest dla mnie rozczarowaniem, myślałam, że będzie to może trochę taka "tańsza wersja" Mahalo-kosmetyki marki Leahlani mimo wszystko wciąż są drogie ale nie tak bardzo jak te od Mahalo, a tu taki klops. Na tą chwilę mam 4 produkty tej marki i mimo iż chciałam zakupić więcej kosmetyków Leahlani to z tego zrezygnowałam. Tutaj jednak skupiam się na porannym olejku, który u mnie totalnie się nie sprawdza. Kupiłam go z myślą o zastępstwie Antioxidant Dew marki Kypris-to serum jest już ze mną i niezwykle się cieszę, że zdecydowałam się ponownie go zakupić-a to od Leahlani chciałabym się pozbyć bo mi nie służy(chętnie odsprzedam owe serum w bardzo okazyjnej cenie). Ale tylko narzekam a nie mówię dlaczego, no więc miałam chyba większe oczekiwania względem niego. Moim zdaniem świetnie sprawdzi się u osób z cerą mieszaną i tłustą bo jest to olejek z typu suchych(mam nadzieje, że wiecie o co chodzi), nie pozostawia tłustej warstwy na skórze i bardzo szybko się wchłania w skórę, ja wole konsystencję tłuste bo wydają mi się bardziej odżywcze a poza tym moja sucha skóra o wiele bardziej je woli. Zapach olejku jest niezwykle przyjemny, obudzający gdyż to jak nazwa mówi olejek poranny (w nazwie mamy Aloha)-pachnie kwiatami jaśminu przepełniony jest również deszczem tropikalnym-zapach jaśminu sprawia, że się uśmiecham i bardzo mnie koi, uwielbiam ten zapach ale to jedyna rzecz którą pokochałam w tym kosmetyku. Kosmetyk ten nie nawilża mojej skóry wystarczająco oraz nie pozostawia efektu glow którego tak poszukuje w kosmetykach. Ja zapłaciłam za niego 270 złotych za 30 ml.
Jeśli jesteście zainteresowane odkupieniem owego olejku ode mnie(zużycie jest znikome)możecie pisać zapytania w komentarzach czy też w szufladce na Instagramie.





środa, 21 marca 2018

ZDENKOWANI.



Powiem Wam szczerze, że to chyba mój ulubiony rodzaj postów. Uwielbiam pisać o swoich "śmieciach kosmetycznych", o kosmetykach które wykończyłam. Jestem zdania, że dobrą albo złą opinie możemy dopiero wystawić po zużyciu całkowicie kosmetyku, do samego końca a nie po stosowaniu go przez tydzień. Niektóre z tych kosmetyków zużyłam szybko ze względu na ich pojemność, niektóre z wściekłością na twarzy wykańczałam a za niektórymi już tęsknie i zastanawiam się nad ich ponownym zakupem. 

Zacznę od ciała i włosów bo tych kosmetyków jest zawsze najmniej u mnie-w końcu ile można mieć żeli czy szamponów?




Po pierwsze mój ukochany żel pod prysznic z serii de-stress marki Aromatherapy Associates o którym wspominałam w ulubieńcach ostatnich miesięcy, owe opakowanie(bo jestem już w zużywaniu drugiego opakowania)wystarczyło mi na 2 miesiące. Lubię, lubię ale nie kupię go ponownie(po zużyciu jeszcze mojego zapasowego trzeciego opakowania) za kwotę 150 złotych. Moim zdaniem mimo iż pięknie pachnie nie jest wart jakże wysokich pieniędzy, dla mnie produkt do mycia ciała ma oczyszczać moje ciało delikatnie-takie jest jego zadanie- i nie podrażniać. Niczego więcej od niego nie wymagam bo od nawilżenia jest balsam a wygładzenia peeling. Ocena 8/10- nie dałam 10/10 bo ta cena..niestety.

Zdenkowałam również och...peeling śliwkowy marki Ministerstwo Dobrego Mydła-jaki ten kosmetyk jest dobry. Z reguły kupuje sobie zawsze opakowanie w listopadzie/grudniu bo jest to idealny zapach na okres zimowy. Uwielbiam jak pachnie ciepłem i słodyczą, peelingów do ciała nie kupuje za dużo i często bo jestem fanką szczotkowania ciała na sucho-to tańsze ale również zauważyłam, że jestem bardziej zadowolona z efektów po systematycznym szczotkowaniu aniżeli po peelingu ciała. Na pewno do niego wrócę w listopadzie/grudniu. Ocena 10/10-bo nie mam do niego przeciwwskazań. Cena:38zł/300g

Kolejnym kosmetykiem jest produkt od John Masters Organic Rose & apricot hair milk i to jest kosmetyk który albo się kocha albo nienawidzi. Na samym początku gdy go kupiłam moje włosy go uwielbiały, oczywiście produktu w opakowaniu jest aż 118ml-piszę aż po produkt jest niezwykle wydajny i zużycie go przez 6 miesięcy jest niewykonalne-a niestety jeśli nie chcemy go wyrzucić musimy to zrobić. U mnie mineło pół roku od otwarcia i produkt stał się bublem. Moje włosy po nałożeniu mleczka są okropne-plączą się, są sztywne, pozbawione blasku i takie tępe, pomimo iż na początku jego stosowania były piękne. I to nie jest zła aplikacja bo stosowałam go na lekko wilgotne włosy, na wilgotne włosy, mokre i suche jako mleczko ale również aby zużyć ją do końca jako maseczkę przed myciem(zawsze nakładam maseczki przed myciem włosów). Zużyłam mniej niż połowę tego produktu-uważam, że przy takim okresie przydatności pojemność tego produktu powinna być o wiele mniejsza. Poza tym  nie lubiłam tego opakowania bo przyciągał każdy brud i z czasem opakowanie było bardzo brudne. Na pewno do niego nie wrócę. Jego cena to od 125-145 zł.

W galenicznym kremie do rąk marki Alba pokładałam wielkie nadzieje i się zawiodłam-zawsze miałam problem ze znalezieniem naturalnego kremu do rąk, wszystkie są do niczego prócz kremu marki John Masters Organic ale płacenie ok 75 złotych za krem do rąk to trochę przesada. Za ten musimy zapłacić 45 zł/40g. U mnie krem do rąk jest musem-ręce dziennie myje paręnaście razy jak nie parędziesiąt- pracuje w brudnej branży, takiej gdzie nawet rękawice ochronne nie pomagają a przy tym obsługuje klientów toteż moje dłonie muszą być mimo wszystko czyste(ja już zapomniałam co znaczy mieć zadbane dłonie). Tak więc myje często dłonie, niekiedy szoruje je szczoteczką...ten krem w moim odczuciu był przeciętny na pewno o niebo lepszy od kremu który aktualnie używam-o nim powiem zapewne w kolejnych zdenkowanych (no totalny bubel). Nie zły ale przeciętny, kremowy w konsystencji, w miarę szybko się wchłaniał ale nie widziałam by koił podrażnienia, z wielkim mrozem i jego skutkach na dłoniach również nie dawał sobie rady, opakowanie także za delikatne bo gdy chciałam wycisnąć go do samego końca powstawały w nim dziury przez co traciłam krem. Ocena 5/10.

Olej kokosowy również zaliczę jako kosmetyk do ciała i nie, nie stosuje go jako balsam do ciała czy też odżywka do włosów a ssę go każdego poranka przed umyciem zębów-tak, tak zęby naprawdę przy tej metodzie są białe ale trzeba być w tym systematycznym, więcej o ssaniu oleju dowiecie się w tym poście . Ten marki Bio Planete jest moim ulubionym ze względu na cudowny zapach kokosa i cudowną konsystencję, zawsze do niego wracam i już zużywam kolejne opakowanie. Następnym razem jednak zakupie litrowe opakowanie bo oleju kokosowego nigdy za wiele.


Przejdę teraz trochę nie standardowo bo do zużytych kosmetyków kolorowych. Trochę ich od ostatnich zdenkowanych przybyło.

O ff od Fridge nie muszę już chyba nic pisać. Ulubieniec października, ulubieniec roku 2017, nieprzerwanie ulubieniec od czasu kiedy zakupiłam go po raz pierwszy. Aktualnie jestem w trakcie zużywania trzeciego opakowania(jedno zakupiłam z moją mamą na spółkę), moja mama również jest jego wielką fanką. To produkt do którego wracam bez bólu portfela, którego widzę pozytywne rezultaty ze stosowania, moja skóra go uwielbia i to jedyny kosmetyk bazowy-jeśli chodzi o podkłady, kremy BB,kremy koloryzujące-którego tak naprawdę potrzebuje. Nie kryje nazbyt mocno, stapia się ze skórą i jest niewidoczny ale skóra twarzy wygląda po jego użyciu po prostu bajecznie..w połączeniu z kolejnym kosmetykiem miałam cerę idealną. Ocena 10/10 bo to kosmetyk idealny bez zarzutu. Cena to 149 zł/30ml-ale to moim zdaniem najlepiej wydane pieniądze.




FF od Fridge w połączeniu z korektorem marki Hynt Perfecting Concealer nawet w "złe dni" stwarzał wrażenie idealnej cery. Jak ja ten korektor kocham nawet mimo bardzo ograniczonej dostępności(ja kupuje go online w Kanadzie)i paru mankamentów. Korektor jest niezwykle kremowy, posiada pełne krycie-żaden korektor nawet z firm konwencjonalnych gdy jeszcze takowe używałam nie dawał mi takiego krycia jak ten. Dobrze wklepany-tak lubi być rozprowadzany paluszkiem-jest niewidoczny gołym okiem., daje bardzo naturalne wykończenie, nie jest tłusty czy za bardzo błyszczący-chodzi mi o efekt glow-nie wchodzi w załamania pod okiem nawet gdy nałożymy go za blisko, utrzymuje się cały dzień nieprzypudrowany, aplikowany na wypryski nie osadza się na suchych skórkach, pięknie wtapia się w skórę...tak to jest ideał. Jest jednak minus, ważny jedynie pół roku od otwarcia bo po tym czasie staje się niezwykle suchy, tępy i wygląda tragicznie na skórze. Ja ratowałam go dodając do niego odrobinę ulubionego olejku ale z czasem przestało to działać i cóż...wysechł. To jest jego jedyna wada, że z czasem staje się suchy. Tak nie mam mu nic do zarzucenia i na pewno już niedługo powrócę do niego bo bardzo za nim tęsknie. Muszę Was rozczarować ale w kwestii kosmetyków kolorowych zawsze byłam i będę nudna a więc wiele nowości u mnie z tej kategorii na pewno nie zawita. Nie szukam już nowego podkładu czy korektora tak więc w tej kwestii nowości u mnie nie będzie. ocena mimo wszystko to 10/10 bo to najlepszy korektor jaki kiedykolwiek stosowałam Jego cena to ok. 83zł/6g

Bez kolejnego kosmetyku nie wyobrażam sobie mojego makijażu,mowa tutaj o rozświetlaczu. Nie wykończyłam całkowicie rozświetlacza marki RMS Beauty Living Luminizer ale stosowałam go aż dwa lata i zauważyłam, że zaczynał podejrzanie pachnieć oraz nie dawał już takiego glow jak w dniach swojej świeżości. Tak, tak ja ten rozświetlacz stosowałam długo przed tym wielkim boom na niego-teraz jest zachwalany przez wszystkich. Mam do niego wielki sentyment bo to był mój pierwszy naturalny kosmetyk kolorowy, mimo iż bardzo go lubiłam jest w nim wielki minus. Posiada olej kokosowy który niestety nie u każdego tak cudownie działa-ja z czasem stosowania nabawiłam się pod brwiami, na łuku kupidyna również(to miejsca gdzie z reguły aplikowałam rozświetlacz)podskórnych grudek które zeszły od razu gdy przestałam go używać. Efekt jednak jego oraz wykończenie było cudowne...mokrej, pełnej blasku skóry bez niepotrzebnych drobinek jedynie czysta tafla glow. Pomimo iż był w chłodnej tonacji-ja określiłabym go srebrnym błyskiem-świetnie sprawdzał się u mnie latem, mimo iż miałam każdy rozświetlacz marki RMS Beauty ten najlepiej stapiał się z moją karnacją i wyglądał najbardziej naturalnie. Nie wrócę do niego ponieważjak widzicie dwa lata zajęło mi zużycie owego opakowania a chciałabym przetestować również inne rozświetlacze-zawsze w swojej kolekcji mam jedynie jeden rozświetlacz. Jeśli olej kokosowy was nie zapycha i szukacie naturalnego rozświetlacza ten Wam polecam bo będziecie zadowolone. Ocena to 8/10-ze względu na olej kokosowy w składzie który robi mi krzywdę. Cena-poszła do góry od czasu gdy ja go kupiłam i jest to-większa sprzedaż to i wyższa cena-to ok. 190 zł/4.82g

Tak, tak dobrze widzicie wśród pustych opakowań znajdziecie szminkę od MAC-uwierzcie mi nie chcecie wiedzieć ile lat ona ma. To kolor Ruby Woo-idealna moim zdaniem czerwień którą nosiłam tylko i wyłącznie na szczególne okazję toteż nawet nie zużyłam połowy. Kolor piękny, formuła świetna-utrzymywała się na ustach bardzo długo, nie rozmazywała czy wylewała ale to MAC toteż do niej nie wrócę. Nie chce nawet oceniać tego produktu.

Pora na dwa buble które wyrzucam pomimo iż nie wykończyłam.

Po pierwsze czarna kredka od Lily Lolo-jaki to jest bubel. Smolista wręcz konsystencja kredki, która aplikowana na powieki robi plamy, trudno się nią pracuje, aplikowana na linię rzęs rozmazuje się, dodatkowo drewno w jakie opakowany jest sam wkład to jakaś masakra-łamie się, pęka...masakra. Totalny bubel. Czarna kredka to coś czego nie za często używam i chciałam dobry mimo wszystko jakościowo produkt by korzystać z niego od czasu do czasu ale to jest...pozostawię to bez komentarza. Ocena 0/10!!! Cena ok. 43 zł

Marka Kjaer Weis-tutaj nie wypowiadam się na temat ich cieni bo je uwielbiam-to w moim odczuciu wielkie rozczarowanie. Zaporowe wręcz ceny za produkty które składowo nie powalają jak również jeśli chodzi o efekty na twarzy. Tak miałam właśnie z produktem Lip Tint w kolorze dream state. Sam kolor w sobie jest przepiękny-uwielbiam siebie w takich beżowych nudziakach-o wiele bardziej niż w różowych. Owy lip tint miał działać jako szminka i balsam do ust...no i nie działał ani jako to ani to. Popełniłam wielki błąd bo zakupiłam owy produkt z opakowaniem które kosztuje nas ok. 63 złotych a sam wkład 106 złotych-to było najgorzej wydane 169 złotych. Produkt już sam w sobie był niezwykle suchy, gdy nałożyłam go na ustach już po chwili i one stawały się suche a po czasie wchodził w wszelkie załamania na ustach i powodował, że było widać suche skórki nawet jeśli przed aplikacją jego zrobiło się porządny peeling. Jeśli chodzi o trwałość była ona beznadziejna, poza tym po aplikacji owszego szminko/balsamu czułam jakby coś szorstkiego pod ustami, usta wyglądały nieestetycznie jak po aplikacji takiej taniej chińskiej szminki, dodatkowo ten okropny zapach. Przywołuje mi ona na skojarzenia szminki którą moja babcia używała gdy miałam 5 lat, wiecie zapewne jak 18 lat temu szminki wyglądały i jakiej jakości one były-no ale były o wiele. wiele tańsze od produktu marki Kjaer Weis. Porodukt niby można budować, jeśli chodzi o kolor ale to nie jest dobry pomysł bo dodając kolejną i kolejną warstwę tworzymy tylko większą skorupę-bo warstwy się ze sobą nie łączą. Owy produkt chyba jest dla ust po powiększaniu-one z reguły są pozbawione załamań i są niezwykle gładkie. Ja już na pewno nie zakupie innego koloru bo formuła jego jest okropna. Szminki marki mają podobną konsystencje i podobnie się zachowują ale już bardziej je wole od lip tint-bo są chociażby bardziej higieniczne. Ocena 0/10.


I w końcu przyszła pora na moją ulubioną kategorię a mowa tutaj o kosmetykach do twarzy. Jeden tonik, 5 maseczek, dwa olejki oraz jedno serum i zacznę może właśnie od niego.

Kypris Moonlight Catalyst to produkt który się kocha lub też nienawidzi. Jedni nie widzą jego działania inni tak, ja należę niewątpliwie do tej drugiej grupy ale mimo to nie zakupie ponownie owego kosmetyku bo podobny efekt daje mi serum marki The Ordinary za o wiele mniejsze pieniądze. Żelowa, lekka konsystencja szybko się wchłania, pozostawia skórę z każdą aplikacją gładką, rozjaśnioną, świeżą i promienną. Już nie raz na moim blogu pisałam o owym serum-pojawił się w ulubieńcach miesiąca oraz w ulubieńcach roku 2017 a to wiele znaczy. Ocena to 9/10-odejmuje za duże opakowanie które ciężko zużyć w przeciągu 6 miesięcy-ja również mimo iż produkt używałam przez 9 miesięcy(niestety pojawiła się pleśń w produkcie)ni byłam w stanie go zużyć.

Jeśli jak ja nie jesteście fankami opalania się ale lubicie być lekko wręcz muśnięte słońcem to idealny produkt dla Was. Na pewno zakupie kolejne opakowanie w okresie letnim bo to istne wybawienie. Mowa tutaj o kosmetyki marki Eco Tan Face Tan Water- to samoopalacz do twarzy w formie pielęgnującego toniku. Już pierwsza aplikacja daje efekt skóry muśniętej słońcem, bez zapachu spalonej skóry czy też plam. Tonik oprócz właściwości opalającej naszą twarzy oczyszcza, tonizuje, pomaga w walce z trądzikiem-to niewątpliwie mój ulubiony kosmetyk owej marki, warty ponownego  zakupu. Również pojawił się on w ulubieńcach roku 2017. Ocena 10/10 bo nie mam do niego zastrzeżeń żadnych, nawet nie odstrasza mnie owa cena-142zł/100ml




Pora na olejki do twarzy. Często dostaje zapytania czy oleje mi wystarczają, przecież to krem nawilża a nie oleje. Kremów do twarzy nie używam już bardzo długo, nie lubię tej konsystencji bo ona z reguły mnie zapycha. Jedyny krem do twarzy jaki lubię to ten od Fridge 4.4 green the face-istne cudo szczególnie w okresie zimy. W moim zbiorze nigdy nie może zabraknąć dwóch olei....

...po pierwsze olej z dzikiej róży. To olej cudotwórca, rozjaśnia przebarwienia, sprawia, że skóra jest pełna blasku, pełna życia taka po prostu piękna i co ważne opóźnia ona procesy starzenia, olej ten stosuje również na włosy. Nie przykuwam uwagi szczególnie jakiej marki jest olej byleby był w nim jedynie olej z dzikiej róży a nie jeszcze mnóstwo innych niepotrzebnych składników, by był on dobrej jakości. Olej z dzikiej róży pachnie specyficznie oraz ma lekko pomarańczowy kolor który szybko się utlenia i niczego nie brudzi. Naprawdę polecam Wam zainwestować w dobrej jakości oleje, one są niezwykle wydajne już parę kropelek wystarczy by pokryć całą twarz, szyję i dekolt -bo pielęgnacja twarzy nie kończy się na twarzy. Ten olej zakupiłam w TkMaxxie-skarbnica cudownych kosmetyków-za ok 30 złotych. Olejowi z dzikiej róży daje 10/10-kosmetyk do którego zawsze wracam.

...a po drugie ukochany olej z pestek śliwki marki Ministerstwo Dobrego Mydła-o tym oleju podobnie jak o różanym pisałam już wiele razy, zużyłam wiele butelek więc pozwólcie, że napiszę jedynie CUDO i to chyba Wam wystarczy. Cudowny olejek i gdybym miała wybrać jeden olej który miałabym stosować na twarz, ciało i włosy to byłby ten. Pomaga mi gdy moja cera ma gorsze dni, szczególnie podczas okresu, łagodzi wypryski oraz sprawia, że szybciej one znikają. Bardzo wydajne i świetnie nawilżające a do tego ten marcepanowy zapach.Ocena 10/10 a cena to 24zł/30ml

A teraz moja ulubiona podkategoria od kategorii TWARZ czyli maseczki. U mnie ich nigdy za wiele, ile bym ich nie miała zawsze wszystkie zużyje.

Zacznę od najgorszej maseczki z tego denka. Mowa o The orginal black peel off mask marki Jorgobe. To miała być maseczka pokroju Pilaten z trochę lepszym składem. Dla porównania 60g maseczki Pilaten kosztuje 12 zł zaś za Jorgobe musimy zapłacić 135 zł za 100ml- uwierzcie ta maseczka nie jest warta tych pieniędzy. Zawsze przed aplikacją maseczki typu peel off robię sobie parówkę czy to dłuższą-"maczając" głowę w parze uwalniającej się z miski z gorącą wodą z ziołami czy też po prostu na moment przykładając ciepły ręcznik, bo inaczej takie maseczki nie będą działać bo jak można wydostać coś z zamkniętych porów? Ale ta maseczka w ogóle nie działała przy otwartych porach jak i zamkniętych. dodatkowo śmierdziała dokładnie tak samo jak maseczka za 12 złotych i podrażniała równie mocno wyrywając przy tym z ogromną siłą meszek z twarzy. To niewątpliwie najbardziej boląca maseczka jaką stosowałam. Dodatkowo nie ważne czy nałożyłam jej grubą warstwę czy też nie, nie mogłam jej usunąć za jednym pociągnięciem a każdy kawałek odrywałam oddzielnie i ostatecznie byłam zmuszona ją zmywać wodą-a to do prostych rzeczy nie należało-nie powinna nazywać się peel off. Nie oczyszczała głęboko porów oraz nie zapobiegała w pojawianiu się nowych zaskórników, również nie wiem gdzie producent widział, że pomaga ona odzyskać prawidłowy poziom nawilżenia bo zarówno ja posiadaczka cery suchej jak i moja siostra z cerą tłustą miałyśmy skórę po jej zmyciu podrażnioną i wysuszoną. Do tego maseczka po odkręceniu wylewała się z opakowania, była wszędzie i bardzo trudno ją było zmyć chociażby z paznokci. Bubel ocena to 0/10!!!!

Ale za to jaka ta maseczka była dobra. Wiem, wiem obiecywałam Wam recenzję kosmetyków Alkemie ale jakoś ciężko mi się za to zabrać, poza tym na to jednak potrzebuje trochę więcej czasu...obiecuje, że się pojawi. Ale dziś chciałabym Wam opowiedzieć troszeczkę o maseczce właśnie marki Alkemie Glow up! 2 w 1 peeling-maska z superowocami. Gdy tylko przeczytałam w nazwie "glow" wiedziałam, że ta maska musi być moja. Maseczka w konsystencji jest kremowa i posiada w sobie złuszczające płatki z róży u ryżu, dodatkowo przepięknie pachnie w moim odczuciu owocami cytrusowymi. Maseczka robi to co ma robić czyli odżywia, ujędnia i pozostawia skórę tak promienną i świeża-to będzie idealna maseczka na wiosnę gdy chcemy by na skórze powrócił blask po ciężkiej zimie. Maseczka w żaden sposób nie podrażnia pomimo iż zawiera wit.C. Maseczka rozjaśnia przebarwienia-nawet te spowodowane przez słońce(cudownie widziałam rezultaty szczególnie na skórze mojej mamy, która niestety szczególnie na czole posiada plamy po słoneczne), ale niweluje również oznaki zmęczenia-toteż będzie to również dobra maseczka po ostrej imprezie ale również i ciężkim dniu w pracy. Dodatkowo jest niezwykle wydajna, choć ja nakładałam jej naprawdę grubą warstwę. Cena to 119zł za 60ml a ocena to 11/10-maseczka jest fenomenalna. Jeśli jak ja jesteście fankami efektu glow to coś dla Was.

Kolejna maseczka z serii glow-musicie mi wybaczyć ale tutaj nie znajdziecie produktów matujących, ja uwielbiam się "świecić" tak jak kula dyskotekowa bo dla mnie zdrowa skóra to pełna blasku, promienna, czysta i gładka. Tą maseczkę zakupiłam po wypróbowaniu próbki jaką dostałam podczas zakupów-ja jestem fanką próbek i zawsze wykańczam wszystkie, bo w ten sposób odkryłam cudowne kosmetyki i zakupiłam potem całe opakowania. Z maseczką Ren Glycolactic Radiance Renewal nie było inaczej-czytając pozytywne opinie na jej temat i widząc pozytywne rezultaty po jej pierwszej aplikacji mówiłam sobie-musisz być moja. Ja zakupiłam swoją za ok.150 złotych(na zagranicznej stronie)przy pojemności 50ml-no ta maseczka nigdy się nie kończy. W konsystencji przypomina miód-ciągnie się i wszystko się do niej przykleja a więc trzeba uważać na włosy podczas jej aplikacji, przepięknie pachnie cytrusami, bardzo orzeźwiająco, rześko. Maseczki głównym zadaniem jest peelingować naszą skórę poprzez zawarte w niej kwasy owocowe tj. mlekowy, jabłkowy, cytrynowy oraz papainę-jest bardzo efektywna a przy tym łagodna bo nie można nią sobie zrobić krzywdy. Ja czasami chodziłam w niej godzinę czasu i zero podrażnień mimo iż mam skórę wrażliwą. Skóra po jej zmyciu staje się gładka, miękka, rozjaśniona, odświeżona i oczywiście pełna blasku. Nie bójcie się proszę kosmetyków z kwasami-one są cudowne i działają cuda, ja mając lat 24 używam ich nagminnie mimo jak już wspominałam wcześniej wrażliwej skóry-muszę zaznaczyć dodatkowo, że stosuje je cały rok. Gdyby nie kwasy moja skóra zapewne nie była by w jednym kolorze, miałabym mnóstwo przebarwień a jej struktura nie byłaby tak gładka.
W tym produkcie cudowne jest również samo opakowanie-w środku opakowania znajduje się "woreczek" w którym zapakowana jest maseczka, który ściska się za każdym wyciśnięciem produktu przez co zużyjemy maseczkę do końca. Ocena to oczywiście 10/10.

Pora na dwie maseczki marki Chic Chiq o nazwie a la Rose oraz la Noce...mimo iż bardzo lubię te maseczki niestety muszę przyznać, że nie za wiele one robią. Przepięknie pachną, efektownie wyglądają na twarzy ale mój tata ich nie lubi...dlaczego tata bo niestety posiadają w sobie wszelkiego rodzaju płatki itp oraz również są to maseczki algowe(niestety u mnie nie sprawdza się ściąganie ich peel off) i bardzo zapychają rury w odpływie. Również połączenie ich z wodą nie zawsze oznacza sukces-często występują grudki, nie jest to na pewno gładka masa. O wiele bardziej lubiłam maseczkę la Noce-ze względu na zapach i płatki nagietka który uwielbiam jeśli chodzi o pielęgnację i ta maseczka łagodziła moją skórę, nawilżała i rozświetlała..a la Rose miała przepiękny kolor ale zbyt wielkich korzyści z jej aplikacji nie widziałam. Podoba mi się zamysł tych maseczek oraz tego, że są w formie proszku, piękne opakowania(mowa tutaj o pełnych opakowaniach)które mimo to powinny być lepiej przemyślane bo ciężko je zakręcić ale i odkręcić przez co wiele wysypujemy(moim zdaniem powinno być dodatkowe zabezpieczenie w środku np.jakaś nakładka). Fajne maseczki ale tylko na pare razy czyli w wersji mniejszej do kupienia, raczej odradzam kupować większe opakowania-bo mimo miłości do koncepcji marki to one nazbyt wiele nie robią. To nie są efekty wow. Ocena 5/10, cena za saszetkę to ok 20 zł/ 8g  zaś opakowanie 100ml to koszt ok 81zł.

Na sam koniec gąbka konjac-uwielbiam i nie zwracam uwagi jakiej marki ona jest. Idealna do zmywania maseczek, mycia porannego bez użycia płynów czy też demakijażu.


Mam nadzieje, że to denko przypadło Wam do gustu. Czy coś Was zainteresowało z kosmetyków jakie przedstawiłam?