wtorek, 11 września 2018

TATA HARPER PURIFYING CLEANSER


 Dawno nie przychodziłam do Was z recenzją szczegółową produktu. Łatwiej mi jakoś było opisywać kosmetyki w denku bo wiecie najlepiej jest zużyć produkt do końca i wydać o nim opinie. Tak jest właśnie w przypadku preparatu oczyszczającego marki Tata Harper który wykończyłam do końca i brakuje mi go-a to już wiele oznacza.




Mimo iż to produkt do drugiego oczyszczania nie jest typowym żelem/pianką do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni podczas mycia po zmyciu pierwszej warstwy makijażu. Purifying Cleanser nie pieni się, w sposób agresywny nie zdziera brudu, resztek makijażu i sebum, nie pozbawia nas naszej naturalnej warstwy ochronnej.

Moja przygoda z marką Tata Harper jest różna...jedne kosmetyki kocham a inne nienawidzę, uwielbiałam olejek do demakijażu-mimo iż był numerem jeden teraz coś innego wskoczyło na jego miejsca-maseczkę rozświetlającą za to znienawidziłam esencje/tonik marki oraz preparat oczyszczający regenerating cleanser który nawet podrażniał moją skórę ciała-bo ostatecznie wykończyłam go jako peeling do ciała.

Nie wszystkie kosmetyki są warte zawrotnych cen które z roku na rok idą coraz bardziej w górę, pierwszy kosmetyk tej marki zakupiłam trzy lata temu i już poszedł o 30 złotych do góry jak przeglądałam go ostatnio.
Oczywiście cała otoczka czyli opakowanie które są przepiękne-ciężkie, zielone, porządne szkło i cudowne pompki które nigdy się nie zacinają i dawkują idealną porcję produkt. Tych opakowań aż żal wyrzucać-ale ich nie zbieram bo nie należę do takich osób. Ale również to zawarte jest w wysokiej cenie produktu bo jego koszt to 306 złotych za 125 ml i już muszę ponarzekać bo produkt jest niewydajny. Podczas codziennego demakijażu(oprócz niedzieli bo gdy nie noszę makijażu nie robię demakijażu i nie oczyszczam preparatami oczyszczającymi skóry)preparat starczył mi na niecałe dwa miesiące. A to naprawdę niewiele ale wybaczam mu to bo to zupełnie inny rodzaj tego typu produktu.

Produkt przed dodaniem wody



W formie jest kremowo-żelowo-olejkowy-ciężko mi zawsze opisać konsystencję produktów marki Tata
Harper bo z reguły są innowacyjne, nowe, w kontakcie z wodą emulguje i tworzy się biała emulsja którą łatwo zmyć, trzeba uważać jednak na oczy podczas zmywania po je podrażnia. Oczywiście mocno i intensywnie pachnie jak większość jej kosmetyków.

I po dodaniu wody



Produkt nie jest typowo przeznaczony do skóry wrażliwej i suchej ale nie zrobił mi krzywdy a wręcz moja skóra go pokochała. Mojej skórze muszę pomagać jeśli chodzi o złuszczanie, nie chce codziennie traktować jej mocnymi peelingami mechanicznymi a codzienne nakładanie tych enzymatycznych jest czasochłonne i nie zawsze mam na to czas-poza tym to niebezpieczne bo w końcu mogą mnie podrażnić. Dlatego też uwielbiam kosmetyki wielofunkcyjne czyli serum rozświetlająco-nawilżające z dodatkiem kwasów AHA I BHA które robi wiele rzeczy na raz a skóra każdego dnia wygląda coraz lepiej...ten produkt również posiada enzymy z owoców które w sposób delikatny złuszczają martwy naskórek nie podrażniając przy tym i nie wysuszając skóry podczas każdego mycia.
Producent zapewnia nas, że nasze pory podczas mycia będą oczyszczone i tak jest ale nie od razu po umyciu a po regularnym stosowaniu tego preparatu. Naturalne cukry i wyciąg z brokułu łączą się by stymulować i wzmacniać matowa skórę, preparat odżywia i nawilża.


Używanie: preparat aplikujemy na suchą skórę i delikatnie masujemy, to ważne by unikać kontaktu z oczami. Dokładnie płuczemy wodą i jeśli poczujesz uczucie mrowienia na skórze to nie reakcja alergiczna a działanie imbiru i enzymów które są w składzie

skład: Caprylic/Capric Triglyceride, Helianthus annuus (Sunflower) Seed Oil, Capric/Caprylic/Triglycerides, Water, Glycerine, Propanediol, Glyceryl undecylenate, Aroma, Sucrose Stearate, Decyl Glucoside, Oryza sativa (Rice) Extract, Glyceryl Caprylate, Lactobacillus/Punica granatum Fruit Ferment Extract, Papain, Curcuma Zedoaria Root Oil, Magnesium Aluminum Silicate, Sucrose Palmitate, Zingiber Officinale Root Oil, Salix alba (Willow) Bark Extract, Eugenia Caryophyllus Flower Oil, Sucrose Laurate, Abies PectinateLeaf Oil, Foeniculum Vulgare Oil, Aloe Barbadensis Leaf Extracts, Kaolin, Bioflavanoids, Leuconostoc ferment filtrate, Montmorillonite, Mica, Brassica Oleracea Italica (Broccoli) Extract, Superoxide Dismutase, Soybean Peroxidase, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Linalool, Limonene.

Stosowanie tego produkt sprawiało mi radość, oczyszczało moją skórę dobrze, nie podrażniało jej, uwielbiałam jego zapach ale przez to, że to produkt drogi i niewydajny a przy tym są też lepsze produkty na rynku-bo to tylko preparat do oczyszczenia, "siedzi" on na naszej skórze przez parę sekund" nigdy do niego nie powrócę. Jeśli jednak Wy macie "luźne" 300 złotych i nie wiecie co z nimi zrobić zachęcam Was do zakupu.


poniedziałek, 20 sierpnia 2018

ZDENKOWANI.



Kolejny miesiąc, kolejni zdenkowani. Bez niepotrzebnego przedłużania zaczynam od.....

Ciała




Skin Food od Weledy to produkt który chyba już zawsze będzie ze mną. W okresie jesienno-zimowym stosuje go jako krem do rąk i stóp-bardziej stosuje go jako maseczkę całonocną na te partie ciała bo należy do bardzo tłustych, odżywczych kremów. Uwielbiam w nim wszystko od zapachu, po konsystencję nawet tą tłustość, fakt, że jest bardzo wydajny i naprawdę działa. Czasami też stosuje go wiosną całkowicie jednak odpada latem, bo nie potrzebuje aż takiego nawilżenia jeśli chodzi o stopy i dłonie w tym okresie. Nie stosuje go do pielęgnacji twarzy gdyż nie lubię kremów stosować do tej jakże wrażliwej skóry-boje się, że mógłby mnie zapchać. To nie jest moje pierwsze opakowanie tego kosmetyku i na pewno nie ostatnie.
Ocena 10/10 a cena to ok. 30 zł za 30ml(w zależności w jakim sklepie kupicie)

Krem do rąk obowiązkowo musi być zawsze ze mną. Przy moim łóżku-może być też krem do stóp który stosuje również do rąk, w mojej torebce i ten z torebki często ląduje u mnie w pracy. Bardzo często myje dłonie w ciągu dnia i to nie ze względu na pewną przypadłość ale mam brudną prace po prostu. Woda u mnie jest tragiczna przez to bardzo szybko można przesuszyć sobie dłonie, kremuje dłonie do trzech-czterech razy dziennie i uwierzcie mimo iż przetestowałam już pare kremów do rąk tylko jeden nadawał się do czegokolwiek ale kosztuje aż 76 złotych, a ja nie mam wydawać tyle na krem do rąk :D Ten od Purite nazywający się hand&foot był całkiem, całkiem ale nie na tyle bym do niego powróciła-na pewno był o niebo lepszy od tego z marki Phenome. W miarę szybko się wchłaniał, nie pozostawiał tłustej warstwy, dobrze nawilżał, nie przesuszał-to nie takie oczywiste w kremach do rąk-ale nie zrobił na mnie efektu WOW. Ja posiadałam krem o zapachu miętowym-był uzależniający.
Ocena 6/10, cena: 47zł/50g


Włosy




W tej kwestii porażka pogania porażkę. Jak wiecie lub nie fanką wielką pielęgnowania włosów nie jestem. Dla mnie ich umycie jest koszmarem i uwierzcie robię to w ostateczności a najlepiej w ogóle bym tego nie robiła. Włosy są długie a do tego są "puszyste", zawsze wstaje z lwią grzywą której nie znoszę czesać ale mimo wszystko uwielbiam swoje włosy. Ja wiem wszystko się ze sobą przeczy ale takie są kobiety. Nie myślę w ogóle o obcięciu swoich długich włosów bo dla mnie są synonimem kobiecości i wiem, że gdybym ścięła chociażby 10 cm nie czułabym się tak dobrze w swojej skórze jak teraz się czuje. Jestem od dwóch lat wierna szamponowi marki Rahua-ten dodający objętości to mój ideał-i sprawdza się u mnie genialnie ale zawsze gdy wykańczam szampon, zamiast brać to co się u mnie sprawdza szukam czegoś nowego(znalazłam fajne tanie szampony o których wspomnę w kolejnym poście o nazwie w którym przedstawię parę kosmetyków do 100 złotych). Takie są kobiety, jesteśmy po prostu odkrywcami ale często jednak chyba tego żałujemy.

Jak o szamponie Rahua dodającym objętości nie będę się rozwodzić bo już tyle o nim pisałam tak opowiem trochę o totalnym bublu w moim odczuciu marki Onira. Od szamponu nie oczekuje zbyt wiele, ma delikatnie myć i pielęgnować moje włosy na tyle bardzo bym nie musiała stosować odżywek, masek itp. Szampon Rahua właśnie taki jest, gdy chce by mocniej czyścił moją skórę głowy dodaję odrobinę sody i mam idealny szampon oczyszczający. Skuszona nową marką postanowiłam przetestować szampon-w ofercie niestety nie ma takiego który dodaje objętości-, że moje włosy przechodziły w tamtym czasie mały kryzys postawiłam na szampon Le naturel czyli łagodny szampon. Miał on oczyszczać, regenerować i rewitalizować..nawet nie potrafił dobrze umyć moich włosów. Przez bardzo rzadką konsystencję traciłam mnóstwo produktu bo uciekał mi między palcami, poza tym potrzebowałam jego ogromną ilość ażeby umyć moje długie włosy. Poza tym po umyciu włosy nie dość, że nie były dobrze umyte to jeszcze były takie oklapnięte i tępe..pozbawione życia. Bardzo szybko się przetłuszczały, jeszcze szybciej niż normalnie. Gdybym miała go stosować średnio 2-3 razy w tygodniu na podwójne mycia ledwo starczyłby mi na miesiąc, tak mieszałam go z Rahua byleby go wykończyć. Męczyłam się z nim potwornie i cieszę się, że nie zakupiłam jeszcze od nich odżywki co miałam w planach. Totalny bubel..Ocena oczywiście, że 0/10 a cena to 155zł /200ml- za Rahua jestem w stanie zapłacić taką kwotę ale za ten bubel nie dałabym już ani złotówki.

Kolejny szampon zakupiłam kuszona tą marką z każdej strony mowa o Biofficinie Toscanie i szamponie dodającym objętości. Mówię sobie a spróbuje co tam szkodzi, bardzo ciągnęło mnie do niego ponieważ to nie jest taki zwykły szampon a koncentrat który rozrabiamy z ulubionym hydrolatem jak i również z wodą. Bardzo fajny, unikalny produkt pomyślałam, no ale u mnie się niestety nie sprawdził. Potrzebowałam go dużo ażeby umyć moje włosy, pienił się bardzo delikatnie i co najważniejsze nie dodawał mi objętości a gdy kupuje szampon z takim przeznaczeniem mam nadzieje, że będzie działał. Przesuszył mi strasznie włosy i wyglądały niczym siano, po umyciu nim włosów strasznie swędziała mnie skóra głowy i cóż odstawiłam go po jakimś niecałym miesiącu stosowania. Jako że jest koncentratem, bardzo wodnisty w swojej konsystencji nie jest przez to jakoś znacznie wydajny. Poza tym wcale nie wychodzi tak tanio, zakup specjalistycznej buteleczki, hydrolatu oraz szamponu to koszt ok. to koszt ok 80 złotych które owszem dzielimy na pół, ale to dużo zachodu z odmierzaniem wlewaniem...a ten szampon nie jest tego wart. Za pomysł dam 2/10...u mnie się nie sprawdził ale może być inaczej u Was. Proszę nie szykanujcie mnie za to :)

Na sam koniec tego działu kosmetyk który początkowo uwielbiałam ale pod koniec coraz bardziej nienawidziłam aż ostatecznie nie zużyłam go do końca. Mowa o preparacie zakwaszającym do włosów marki Purite. To nic innego jak ocet jabłkowy z paroma ziołami takimi jak pokrzywa, szałwia, lawenda, rumianek, nagietek i parę olejków eterycznych. Uwielbiam ocet jabłkowy wykorzystywać w pielęgnacji, gdy niegdyś myłam włosy sodą był właśnie środkiem zakwaszającym włosy, niekiedy stosuje go jako tonik do twarzy czy też moich problematycznych ramion i pleców i jak zrobienie takiego preparatu to chwila i kosztuje grosze tak chciałam przetestować taki gotowiec. Ja uwielbiam zapach octu jabłkowego, jestem jego wielką fanką ale w tym preparacie czuć go minimalnie bo jest zabity ziołami i olejkami eterycznymi, tak więc jeśli nie stosujecie octu przez zapach to produkt dla Was. Włosy po jego zastosowaniu są przyznaje bardziej sypkie, lśniące i lepiej się rozczesują ale ja nie zauważam żądnych innych plusów po stosowaniu octu. Na pewno nie minimalizuje u mnie procesów przetłuszczania się włosów, nie zatrzymuje wypadania...jest na pewno fajny jeśli jak ja nie możecie wypłukać do końca szamponu. Zbyt częste jednak jego stosowanie przesuszyło mój skalp jak i również włosy, zrobiłam sobie wielką krzywdę aplikując go na skórę głowy i  jeszcze wmasowując jak zaleca producent. Ocet jabłkowy jest dobry ale nie za często, nie wcierać w skórę głowy i raczej stosować jako płukanka a nie w formie rozpylacza.
Ocena 5/10 cena 47 zł za 100 ml-taniej Was wyjdzie gdy zrobicie taki preparat sami w domu.

Twarz



Moja ulubiona partia na ciele, to na niej głównie skupiam swoją uwagę, ale nie zaniedbuje też również innych partii na swym ciele które są równie ważne.Wy również o tym pamiętajcie, bo twarz twarzą ale o wiele szybciej wiek widać po szyi chociażby :D

Mam czasami takie skoki, że chciałabym przetestować w danej chwili wszystkie kosmetyki od jednej marki miałam tak z Alkemie-chyba nigdy nie spiszę recenzji ich kosmetyków, mam tak z May Lindstrom ale tych parę kosmetyków kosztuje mała fortunę, miałam tak z marką Omorovicza ale minęło mi po zakupie paru próbek. Miałam tak również z jak bardzo popularną ostatnio marką Leahlani którą nazywałam tańszą wersją Mahalo-nazywałam bo na ten "przydomek" nie zasługuje. Markę Mahalo bardzo intensywnie testowałam w tamtym roku i uwielbiałam te kosmetyki za zapachy, działanie ale niekoniecznie za cenę, tęsknie za nimi nie ukrywam ale nie chce ponownie wydawać takich kwot na te kosmetyki bo wole w zamian za to wypróbować coś nowego chociażby od May Lindstrom...tak, tak szykuje się do obrabowania banku i to już niedługo tak więc bądźcie cierpliwe. Wracając do Leahlani gdy tylko opublikowałam na Instagramie zdjęcie i opis, że ich po prostu nie polubiłam zostałam bardzo zaszczuta. Ja wiedziałam co kupuje ale nie sądziłam, że będą to po prostu przeciętne kosmetyki z mocnymi zapachami a do tego wcale nie tak tanie. Nie boję się powiedzieć, że coś jest po prostu bublem.

Na pierwszy rzut niech pójdzie balsam o nazwie bless beauty balm by Leahlani. Opakowania teraz niewątpliwie marka wymieniła na plus, są po prostu ładniejsze, nie takie pstrokate. Od kiedy rok temu kupiłam rare indygo od Mahalo całkowicie przepadłam jeśli chodzi o "balsamy" do twarzy-wiecie o te takie zbite,bogate, olejowo-masłowe produkty do pielęgnacji twarzy które są multifunkcyjne.W okresie zimowym jeśli jesteście posiadaczkami skóry suchej, wrażliwej nie ma niczego lepszego, od takich balsamów. Zapach ani trochę mi się nie podobał mocny i bardzo ale to bardzo kwiatowo ale najbardziej czułam tam neroli a ja nie przepadam za tym zapachem. Skład jest niezwykle czysty i tutaj nie ma co się przyczepić, znajdziemy w nim olej arganowy, masło shea, masło kakaowe, olej marakuja, olej moringa, marula itd. Produkty tego typu są niezwykle wydajne i odrobina wystarczy ażeby pokryć całą twarz i szyje...jako że są multifunkcyjne mogą być zarówno produktem do nawilżania twarzy, okolicy pod oczami, balsamem do ust, "nawilżaczem" ciała, problematycznych miejsc takich jak kolana, łokcie, stopy dłonie...ten produkt nawilżał ale nie robił nic więcej. Nie poprawił struktury mojej skóry, nie neutralizował moich zaczerwienień, nie pomagał w gojeniu sie wyprysków, skóra ani trochę nie była niczym kaszmir jak to opisuje producent. Rare Indigo działało naprawdę na szerokim polu a ten był niezwykle przeciętny i bardzo długo się wchłaniał w skórę, wstając rano wciąż czułam go na twarzy tak więc tylko sprawdzał się do wieczornej pielęgnacji...w końcu zapach tak bardzo doprowadzał mnie do szału i zużyłam go do demakijażu twarzy, dobrze w tej kwestii się sprawdził bo jest niezwykle tłusty. Nie było to ani trochę "błogosławieństwo"  dla mojej skóry. Ocena 3/10 a cena to ok. 250 złotych(ja kupowałam go na cult beauty jak i inne kosmetyki tej marki które przedstawię poniżej).

Kolejnym kosmetykiem tej marki który wykończyłam do innych celu aniżeli był jest Aloha Ambrosia serum olejkowe. Totalny bubel, znowu mocny zapach, bardzo mocny i jak jaśmin uwielbiam-bo tak pachnie ten olej-to było dla mnie nie do wytrzymania.Te zapachy po prostu dla mnie są za słodkie i za mocne. No powiedzcie kto lubi zapachy które aż drapią w nos...dobrze przeżyłabym te zapachy gdyby działanie było tego warte jak było w przypadku kosmetyków Mahalo ale dla mnie to był przeciętny olej-zużyłam go do pielęgnacji ciała i tam sprawdził się dobrze, a nawet rewelacyjnie. Ja wiem narzekam ale przetestowałam już multum kosmetyków, wiem czego oczekuje od danego kosmetyku, jestem świadomym konsumentem i wiem za co płacę po prostu. Olejek ten kupiłam jako zastępstwo serum Kypris Antoxidant Dew-mój ogromny ulubieniec, ostatecznie do niego i tak powróciłam-Aloha Elixir jak nazwa wskazuje jest produktem idealnym do porannej pielęgnacji, delikatna formuła, antyoksydacyjne właściwości i nawilżenie, oczywiście, że nawilżenie. Dla mnie był zbyt delikatny...konsystencja suchego olejku-porównanie do Nuxe, olejek a jednak suchy-dla mnie wysuszał moją skórę zamiast ją nawilżać. Podkłady, kremy BB wyglądały na nim tragicznie..skóra była pozbawiona blasku a wręcz przesuszona. Nie było łagodzenia skóry dzięki aloesowi, nie było redukcji stanów zapalnych, nie było nawilżenia dzięki olejkowi jojoba..a świecąca to już na pewno nie była. Skóra jednak na ramionach, dekolcie i szyi już tak a więc może to po prostu wina mojej skóry twarzy, że olejek się nie sprawdził..cóż. Ocena 2/10-za to dobre działanie na ciało, a cena to ok. 265 zł.

Ostatnim produktem tej marki jest maseczka Meli Glow-wiecie, że jeśli w nazwie jest słowo "glow" to dana rzecz musi być moja, nie było inaczej również teraz. Uwielbiam działanie miodu na skórę, nic tak w jednej chwili nie oczyszcza, rozświetla, nawilża i wygładza struktury jak miód i wcale nie musi to być ten Manuka-który ja osobiście ubóstwiam, może być standardowy, najzwyklejszy miód-musi być jednak prawdziwy  a nie jego jakaś pochodna-bo są sztuczne miody, wyobrażacie sobie? Ten produkt pachniał nieziemsko i tutaj nie mam do czego się przyczepić, w konsystencji to miód do którego przyklejało się wszystko od włosów po inne rzeczy które napatoczyły się na drodze-ale to również mi nie przeszkadzało...ale w mojej opinii sam miód robił o wiele lepsze rzeczy aniżeli ta maseczka-a miód jest o wiele tańszy. Po zmyciu maseczki moja skóra często była zaczerwieniona, lekko podrażniona i wcale nie tak pełna blasku jak być powinna. Delikatne przebarwienia nie były rozjaśnione a skóra sama  w sobie nie była nawilżona. Skóra czuła się dokładnie tak samo jakbym tej maseczki w ogóle nie nałożyła. W składzie maska ma miód hawajski, różaną glinkę, owoc z róży, owoc truskawkowy-tak maseczka pachnie przepięknie truskawkami,olej arganowy, z rokitnika, z pestek moreli, awokado, kwas hialuronowy i witaminę C oraz E..skład ciekawy ale czy wart aż 260 złotych? Moim zdaniem nie. Maseczka różana marki Mahalo świetnie nawilżała moją skórę a to było takie meh...ta maseczka nie jest na tyle wspaniała by jej nie odtworzyć w domu, maseczka May Lindstrom Honey Mud może również nie czyniła cudów ale była na tyle przyjemnym kosmetykiem jeśli chodzi o konsystencję, to w jaki sposób się zmywała i ten zapach, że zakupiłabym ponownie. Tego kosmetyku nie..wiem jak zmywa się miód tutaj jednak zmycie tej maseczki było ciężkie podwójnie...bez zwilżonej ściereczki było ciężko bo maseczka zastygała. Ocena 5/10 bo to nie był zły produkt, zapach był zniewalający ale ja chyba od niej oczekiwałam więcej niż mogła mi dać.

To był genialny produkt, bardzo dobry...jeśli tylko jesteście fankami zapachów brudnych, ziemistych, błotnych...po prostu zapachów Ziemi jak ja. Marka Jan Barba coraz bardziej, oczywiście pozytywnie ma zaskakuje bo w swojej ofercie mają coraz genialniejsze produkty. Do tego te przepiękne ciężkie, czarne, szklane opakowania-trochę taka polska "May Lindstrom".Uwielbiałam tonik, uwielbiam serum pod oczu-SOU, szampon który niestety został wycofany  i pokochałam peeling enzymatyczny z marokańską glinką. Początkowo nie sprawdzał się u mnie, mówiłam sobie-co za bubel-ale nie przeczytałam, że przed użyciem trzeba go po prostu wymieszać-głupia ja. A to bardzo ważne, bo inaczej peeling po prostu nie zadziała. To glinka, po prostu rozrobiona glinka która wygląda jak błoto, pachnie jak błoto i na twarzy wygląda jak błoto. Ja nakładałam grubą warstwę na twarz i pozostawiałam na 3-5 minut, działanie peelingu czuć bardzo szybko. Produkt jest bardzo świeży toteż należy go najlepiej trzymać w lodówce i bardzo szybko zużyć. Ale pomówmy o samym działaniu..uwielbiam bromelaninę w peelingach, nic tak cudownie i delikatnie nie złuszcza martwego naskórka jak właśnie ekstrakt z ananasa. Peeling ten świetnie złuszcza le i łagodzi jak i pomagał mi "zniszczyć" malutkie wypryski. Marokańska glinka która została użyta jako baza to jedyna glinka która nie wysusza skóry a więc dobrze sprawdziła się przy mojej suchej i wrażliwej skórze.Nie spływa z twarzy dzięki zbitej konsystencji...no i ta cena 49 zł za 50ml. Ocena oczywiście, że 10/10...cudo.

Poszukiwanie "idealnych" rzeczy nigdy nie jest łatwe, zawsze jest coś..ja tak miałam z poszukiwaniem idealnego balsamu do ust, ale w końcu go znalazłam i wcale nie tak daleko. Oczywiście, że w ofercie marki Fridge, mowa o 4.5 orange lips . Zniechęcona po balsamie 1.5 lips cream nie chciałam już testować drugiego tej marki, bo wierzyłam, że jest równie zły. Myliłam się bo to najlepszy balsam do ust jaki używałam-aktualnie używam już drugie opakowanie a wręcz już je wykańczam. Niestety jak to jest w przypadku marki Fridge produkt jest tak świeży, że trzeba zużyć go w przeciągu trzech miesięcy, co graniczy z cudem pomimo iż używam go dwa a czasami cztery razy dziennie, jak i również stosuje go na moje skórki od paznokci. Głęboko nawilża i regeneruje najbardziej nawet spierzchnięte usta, usta po aplikacji wyglądają niezwykle soczyście i zdrowo. W składzie znajdziemy olej słonecznikowy, olej makadamia, masło shea, wosk pszczeli...taki prosty skład a takie dobre działanie. Cena to 59 złotych za 6g, ocena oczywiście, że 10/10!!!

Kolejnej pomadce/balsamowi ochronnemu jestem wierna od lat ale nie używam go do ust a do....brwi i rzęs. Mowa o rozsławionym balsamie rumiankowym do ust marki Alterra-ile to ja opakowań tego kosmetyku zużyłam. Nie wiem jak działa na usta, nie próbowałam ale z moimi brwiami i rzęsami działa cuda...ja z natury posiadam ciemne, gęste brwi i tak samo mam z rzęsami-tak, tak są one czarne ale dbam o nie notorycznie by były w jeszcze lepszej kondycji. Nie maluje rzęs, nie wypełniam sobie brwi toteż aby twarz miała wyraz dbam o brwi i rzęsy o wiele bardziej aniżeli inne kobiety. Zawsze brwi i rzęsy muszą być wyczesane właśnie tą pomadką...dzięki niej brwi jak i rzęsy rosną mi bardzo długie, rzadziej wypadają i są jeszcze bardziej grube...jak wyrywam brwi są to naprawdę niekiedy "potworne" włoski. To wszystko zawdzięczamy olejkowi rycynowemu który jest zawarty w składzie pomadki-olejek rycynowy nakładam od czasu do czasu ale pomadka jest po prostu łatwiejsza to aplikacji no i nie jest taka tłusta. Swoje brwi również utrwalam tą pomadką, wywijam nią również rzęsy, często kupuje je w promocji ale w cenie regularnej kosztuje 4.99 zł. Ta cena jest świetna za świetny produkt który zawsze mam w zapasie..zawsze. Oby jej nigdy nie wycofali, albo nie zmienili formuły. Oczywiście, że daje 11/10-uwielbiam ten produkt i jeśli macie problem z brwiami i rzęsami nie kupujcie kolejnej "cudotwórczej odżywki" ze strasznym składem a spróbujcie może z tą pomadką? W końcu jak nie zużyjecie jej do brwi i rzęs wykończycie ją do ust.

Teraz jeden produkt do makijażu i mam do niego mieszane uczucia. Mowa o szmince marki Ilia o nazwie Funnel of Love-kolor inspirowany Brigitte Bardot i jak szminek nude w tonacji różowej nienawidzę tak bliższe memu sercu są te w tonacji brzoskwiniowej. Bardziej do mnie pasują, lepiej się w nich czuje...kolor jest przepiękny, to mój idealny odcień nude ale formuła jest straszna a wręcz okropna. Mam w ogóle problem z tymi naturalnymi szminkami bo nie polubiłam ani tych od Ili ani tych od Kjaer Weis-te to już w ogóle totalny bubel. Szminki marki Ilia nie należą do trwałych, wylewają się poza kontur, są takie mokre i przemieszczają się na ustach...brzydko się zjadają, wchodzą we wszelkie załamania ust a dodatkowo przesuszają je, nieatrakcyjnie pachną i bardzo szybko się po prostu psują. Wydziela sie na szmince pewnego rodzaju olej i po otwarciu opakowania widać takie niewielkie kropelki, szminka również zmienia delikatnie kolor. Kolor jest przepiękny ale szminka nie jest warta zakupu, w ogóle moim zdaniem kosmetyki marki Ilia nie są takie WOW tak samo jak z kosmetykami marki Kjaer Weis-ja osobiście lubię jedynie ich cienie do powiek. Ocena to 4/5 za piękny kolor i ładne, estetyczne opakowanie. Nie jestem wielką fanką szminek, pomadek, błyszczyków ale teraz poszukuje nowej szminki nude i zastanawiam się nad Charlotte Tilbury(tak wiem one nie są naturalne)-znacie, polecacie??





środa, 8 sierpnia 2018

ULUBIEŃCY LIPCA.


Mówię już na wstępie ten post nie jest sponsorowany.



Marka Alba 1913 jest dla mnie całkowitym zaskoczeniem ich produkty są naprawdę świetne. Pomimo, iż poniekąd zraziłam się po kremie do rąk to postanowiłam dać im jeszcze szansę.

Stopy to niewątpliwie taka część ciała która w większości jest przez nas pomijana. A bo przecież przez większość roku nikt prócz nas ich nie widzi. Ale gdy przychodzi lato to chcemy posiadać gładkie, miękkie pięty i ładne paznokcie. Bo gdy skarpetka no to nie muszą być miękkie :D Ja ogólnie nie należę do maniaczek dbania o ciało-spięłam się jednak ostatnio i regularnie szczotkuje ciało na sucho, nawilżam je po każdej kąpieli, cieszę się, że powoli omija mnie kwestia depilacji-depilacja laserowa górą-bo to była moja najgorsza katorga i nie robię nic poza tym. Spryskuje jedynie dekolt, ramiona jak i plecy tonikiem oraz często zdarza mi się nakładać na te partię taką samą pielęgnację jak na twarz-mam problem z tymi partiami często pojawiają mi się w tych miejscach po prostu wypryski.
No stopy to też nie moja ulubiona partia ciała-tak powiem Wam w sekrecie, że ja brzydzę się stóp toteż latem nie zobaczycie mnie ani w klapkach ani w sandałach, wiem dziwne. Ale dbam o nią, codziennie przed snem nakładam krem-czasami specjalistyczny do tej partii a niekiedy ten sam balsam co do ciała, czasami produkt który nie sprawdził się u mnie na twarzy..różnie to bywa. Nie maluje paznokci ani u nóg ani u rąk a więc jeszcze tylko pedicure i od czasu do czasu(ale bardzo rzadko bo mam niezwykle miękką skórę na stopach)peeling stóp-czasami przejadę stopy szczotką podczas szczotkowania ciała.

Ale zapewne chcecie się już dowiedzieć co to za kosmetyki a więc już Wam je przedstawiam...




Po pierwsze Bioaktywna odżywka do paznokci od której jestem uzależniona całkowicie. Ma ona po prostu wzmacniać paznokcie i to robi...mam pracę przy której moje dłonie jak i paznokcie po prostu cierpią. Przesuszenia, zadrapania, pęknięcia itp. moje paznokcie były naprawdę w tragicznej kondycji, rozdwajały się i łamały a ta odżywka wzmocniła je na tyle, że mam problem z ich obcięciem. Są bardzo twarde i wygładzone do tego płyta staje się jaśniejsza, po prostu taka zdrowa. Aplikacja jest dziecinnie prosta, aplikatorem w formie pędzelka nakładam odżywkę pozostawiam na 5 minut i wcieram w paznokcie jak i dłonie, świetnie sprawdza się również w roli neutralizatora zapachu. Zabrzmi to obrzydliwie ale zdarza mi się(muszę napomknąć, że mam tą odżywkę zawsze w torebce)zastosować ją pod pachy, gdy czuje, że mój ałun już nie daje rady-przy tych upałach to normalne. Odżywka nie podrażniła moich pach a wręcz je odświeża za każdym razem i naprawdę neutralizuje zapach-tak więc Alba pomyślcie o dezodorancie, czuje, że byłby genialny. Skład jest niezwykle prosty ale działający a odżywka sama w sobie jest niezwykle wydajna..i ten piękny ziołowy zapach dzięki olejkowi oregano, z drzewa herbacianego oraz z pomarańczy słodkiej. Cena to 69 zł za 10 ml.



Drugi produkt to Ochronny odświeżający spray do stóp-jaki to jest genialny produkt, jestem iście od niego uzależniona szczególnie przy tak wysokich temperaturach. Nie ukrywam chodzę w butach bez skarpetek-czy to espandryle czy też mokasyny czy baletki.Wracają do domu po 10 godzinach w pracy czuje, że moje stopy wołają "ratunku". Są po prostu przemęczone i spryskanie ich tą mgiełką, tym eliksirem  to istna ulga. Ten produkt również ma dwa zastosowania. Po pierwsze odświeżający spray który chroni zarówno stopy jak i paznokcie, przynosi ulgę i lekkość stopom a dodatkowo świetnie sprawdza się jako środek uśmierzający ból po ugryzieniu komarów. Zauważyłam również, że gdy stosuje ten spray każdego wieczora moje stopy nie pocą się tak bardzo. I ten produkt również cudownie pachnie-ziołowo, intensywnie ale w żaden sposób nie jest drażniący-poza tym zapewne wiecie, że ja jestem ogromną fanką takich ziemnych, prawdziwych zapachów a nie jakiś "słodyczy". Ten produkt już powoli kończę i na pewno zakupię go ponownie. Cena to 49 złotych za 30 ml.



Jeśli jednak macie problem ze stopami, są one suche, takie szorstkie wręcz a do tego twarde to Galeniczny regulujący krem do stóp zdziała z nimi cuda. Chce zaznaczyć, że nikt mi nie zapłacił za tak pozytywne opinie aż trzech kosmetyków marki Alba 1913-one naprawdę są cudowne. I ja wiem ekscytuje się produktami do stóp ale o dobre kosmetyki do tej partii ciała naprawdę ciężko-szczególnie gdy mamy piękne lato za oknem. Ten krem ma bardzo dziwną konsystencję bo jest to krem/balsam ale po roztarciu na stopach jakby zamieniał się w olejek. Tą konsystencję jak i ziołowy zapach można porównać-jak podaje Alba-do aptecznej pomady. Nakładając owy krem czuje jak moje stopy stają się zrelaksowane, świetnie nawilża i koi zmęczone stopy.Stopy jak i dłonie-bo to co zostaje na dłoniach wcieram w nie-naprawdę z każdym użyciem stają się po prostu piękniejsze. Produkt jest niezwykle wydajny, niewiele go potrzeba do nawilżenia stóp. Cena to 45 zł za 50 g.

Wiem, wiem stosunkowo drogie są te kosmetyki jak na pielęgnacje stóp, na takie partię jak właśnie stopy ale i dłonie chcemy wydawać jak najmniej a to złe podejście. One są tak samo ważne jak nogi czy pośladki tak więc nie zapominajmy o nich.

czwartek, 19 lipca 2018

ULUBIEŃCY CZERWCA.


Bez zbędnych wstępów zacznę od razu przedstawiać Wam produkty które szczególnie polubiłam w miesiącu czerwcu-halo, halo tak mamy już lipiec.




Zacznę od produktu z którym już się nie rozstaję i jak FF od Fridge ukochałam sobie na jesień/zimę oraz wiosnę tak stem cellular CC cream marki Juice Beauty będzie moim must have na lato. Nie ukrywam nie stosuje produktów z ochroną przeciwsłoneczną  podczas innych pór roku aniżeli lato. Bardzo mało spędzam czasu na podwórku, mało kiedy wychodzę z pracy czy domu toteż czuje, że to zbędne jednak gdy słońce mocno przygrzewa to wręcz mus. Jestem bardzo zaskoczona tym produktem po pierwsze z tego względu, że ma w składzie olej kokosowy którego moja skóra nienawidzi-jak i włosy oraz ciało, stosuje go jedynie do ssania oleju a tutaj nic mnie nie wysypuje i nie zapycha a stosuje go od trzech tygodni non stop. Posiadam odcień Desert Glow i to kolor idealny dla mnie( a muszę nadmienić, że nie jestem opalona)świetnie stapia się z kolorytem skóry ale i ze skórą-wygląda bardzo naturalnie, wręcz jest niezauważalny gołym okiem. Idealnie współgra z korektorem od Hynt który nie lubuje się z każdym podkładem/kremem BB czy CC. Posiada w sobie SPF30  i jest to oczywiście filtr mineralny. Nie bieli-a w produktach nawet "kolorowych" kremy z filtrem potrafią to robić, świeci się po aplikacji i przez resztę dnia. Ja nie używam pudrów bo uwielbiam efekt glow, nie wiem więc jak działa w połączeniu z pudrami matującymi. Kryje jak dla mnie przyzwoicie, ujednolica kolor skóry jak i neutralizuje zaczerwienienia których u mnie sporo przez alergię(mieszkanie na wsi to nie tylko same plusy), nie ukrywa jednak ani zasinień pod oczami(tak nakładam go aż pod oczy)ani przebarwień ani również jakiś wyprysków-choć ja wielkiego problemu z tym nie mam.



Świetnie nawilża w ciągu całego dnia, ja średnio noszę go ok. 11 godzin i nawet pod koniec dnia wygląda bardzo dobrze-zdarzyło mi się go nosić nawet uwaga....22 godziny i także wciąż był na twarzy. Nie zbiera się w załamaniach, nie wałkuje, nie ściera, nie zbiera się na suchych skórkach i nie przesusza-co u mnie miało miejsce podczas stosowania podkładu tej marki. Zauważyłam również, że stosując go każdego dnia skóra staje się coraz bardziej gładka ale i rozjaśniona-choć moja pielęgnacja również się do tego przyczynia. Mimo iż stosuje go niecały miesiąc połowy opakowania już nie ma-pamiętajcie produkty z filtrami nakładamy ok 1g na całą twarz, nawet przy dużej ilości która nakładam krem jest pięknie rozprowadzony na skórze-nawet gdy źle w pośpiechu go rozprowadzę nie widać tego zbytnio. Kosztuje 237 złotych ale za pojemność 50ml na warsztacie piękna. Jestem pewna gdy tylko zużyje pierwsze opakowanie sięgnę jeszcze tego lata po drugie bo to produkt rewelacyjny ale niestety tylko dla osób które nie mają większych problemów ze skórą, jesli szukacie produktu mocno kryjącego ja osobiście mogę polecić krem BB glow time od Jane Iredale-bardzo mocno kryje i posiada dobry SPF a przy tym jest bardzo wydajny przez swą konsystencję niczym pasta.
Ja jestem zadowolona z tego produktu, dostaje mnóstwo komplementów gdy tylko go "noszę", że moja skóra wygląda jakże świeżo wręcz idealnie a nic na twarzy nie widać :D Bardzo lubię go mieszać z  bronzerem w płynie od dr. Hauschka-wtedy to już jest glow niczym gwiazda.




Dziś będą same zaskoczenia...bo maseczka marki Eco by Sonya-tak, tak to ta marka od tych cudownych samoopalaczy-o bardzo wdzięcznej nazwie Face Compost działa cuda mimo iż to tam taka maska odżywcza. Po pierwszych aplikacjach mówię sobie-nic szczególnego-jednak po takich ciężkich dniach a nawet i wieczorach czułam, że skóra potrzebuje regeneracji ta maska działała cuda. Poza tym jej do działania potrzeba jedynie 7 minut...pierwsze co można zauważyć już po zmyciu to wyraźne wygładzenie skóry i nawilżenie tak mocne, że skóra staje się bardzo jędrna i odżywiona. Po paru aplikacjach widzi się również rozjaśnienie. Początkowo mówię sobie co tam szpinak i chlorella i awokado mogą zdziałać, przecież taką maseczkę mogę sobie zrobić sama w domu. Ale ta maska robi wszystko co dobra maska regenerująca powinna. Maseczka pachnie jak szpinak,glinka...mi to kojarzy się z obierkami i odpadkami po warzywach ale to nic negatywnego ja uwielbiam taki zapach-stąd nazwa compost. Ja potrafię nakładać ją każdego dnia od razu po demakijażu i powiem Wam, że końca nie widać bo wcale nie trzeba nakładać na twarz jej dużo by poczuć efekty. Gdy tylko dowiedziałam się, że marka wprowadziła maseczkę do swej oferty nie czekałam długo i na dniach była już u mnie-oj ja jestem niecierpliwą osobą w kwestii kosmetyków, wszystko co nowe a szczególnie u moich ulubionych marek musi być moje.



Czy ją polecam? Oczywiście, że tak szczególnie gdy macie skórę suchą jak ja a przy tym często jesteście przemęczone i nie macie czasu na 30 minutowe spa. Ja niekiedy nakładam ją pod prysznicem, myje włosy i ciało i pod koniec zmywam maseczkę. Jest idealna dla zabieganych osób. Cena to ok. 155 złotych za 100ml a więc nie jest aż tak droga jak na taką pojemność. Muszę nadmienić, że to kolejny produkt który posiada w swoim jakże krótkim składzie olej kokosowy a mimo wszystko nie robi mi krzywdy. Znajdziemy tam między innymi wcześniej wspominany olej kokosowy, olej awokado, olej z nasion winogron, chlorelle, sok z aloesu oraz masło shea-skład naprawdę jest boski.


Ostatnim już produktem jest coś co wpadło w moje ręce całkiem przypadkiem podczas zakupów w Rossmannie-którego nie ukrywam za często nie odwiedzam bo nic tam z dobrym składem niestety nie ma, a ceny mają z kosmosu-bo niestety za ten produkt znacznie przepłaciłam. Mowa tutaj o wodzie ze srebrem koloidalnym Argentum 2000 w formie mgiełki(25 ppm), od pewnego czasu interesują mnie pierwiastki w składzie kosmetyków oraz ich działania na skórę-dlatego tak bardzo zaczęłam przyglądać się kosmetykom marki Omorovicza które zapewne już w niedługim czasie zaczną się u mnie pojawiać a więc czekajcie.


Ale wracając do ulubieńca, przeglądałam sobie półki i przypadkiem trafiłam na nią, przyciągnął mnie jej opis "oczyszcza i pielęgnuje skórę, łagodzi podrażnienia, działa antybakteryjnie, wspomaga walkę z trądzikiem"-nie mam trądziku ale lubię gdy moja skóra jest czysta i wypielęgnowana a więc to trafiło w punkt a łagodzenie podrażnień sprawiło, że musiała być już moja i powiem Wam szczerze, mało co który kosmetyk robi dokładnie to co jest napisane na opakowaniu ale ten sprawdza się w 100%. Robi dokładnie to co ma robić...w składzie są tylko dwa składniki-woda oraz srebro koloid(e)alne. Z tym produktem jednak muszą uważać osoby uczulone na srebro, ja na szczęście nie jestem i mogę cieszyć się jego pozytywnymi właściwościami tej wody. Posiada on aż 25 cząsteczek srebra na 1.000.000 cząsteczek najczystszej demineralizowanej wody-w moim mniemaniu jest ona o wiele lepsza od wody termalnej. To jest produkt bez którego już nie będę mogła się obyć i zawsze będzie już ze mną. Pomimo iż po aplikacji tej mgiełki skóra staje się matowa nie przeszkadza mi to, gdyż zazwyczaj stosuje ją od razu po demakijażu. Zauważyłam, że gdy stosuje ową mgiełkę od razu po tym jak coś mi wyskoczy "wykwit" o wiele szybciej znika i nie pojawia się przebarwienie, dodatkowo zauważyłam, że pory stały się o wiele czystsze a skóra nawet teraz gdy alergia mnie atakuje z każdej strony nie jest zaczerwieniona i podrażniona. Cena za buteleczkę 150 ml waha się między 9.99 zł a nawet 25 złotych-ja tyle zapłaciłam w Rossmannie :( Jeśli nie jesteście uczulone na srebro biegnijcie po ten produkt bo działa on cuda.

I to już wszyscy ulubieńcy poprzedniego miesiąca...a Wy co pokochałyście w czerwcu?