piątek, 15 lutego 2019

DLACZEGO UŻYWANE A NIE NOWE?


Moja "używana szafa"

 Pamiętam doskonale okres podstawówki i gimnazjum. Chowałam się pomiędzy wieszakami w potocznie nazywanych lumpeksach, byleby ze wstydu schować się przed wszystkim a już szczególnie przed kimś z mojej klasy. Choć teraz gdy o tym pomyślę to było to głupie ponieważ, gdyby ktoś nakrył mnie w lumpeksie to oznaczałoby, że sam się tam ubiera a co za tym idzie to nie taki wielki wstyd. Ale był, bo gdy moje koleżanki chodziły w jeansowych rurkach z bazaru ja chodziłam w zamszowych spodniach z lumpeksu-ubrania z bazaru był niegdyś luksusem. Dziedziczyłam ubrania po ciotkach(między mną a moimi ciociami nie ma dużych różnic wiekowych średnio 5-18 lat), ale z czasem były coraz lepsze bo te miały dostęp do H&M-u czy Adidasa. Gdy miałam lat 13-16 nie myślało się o takich sklepach jak Zara czy Mango, Tommy Hilifiger był szczytem marzeń, luksusem...wtedy ubierało się w Butiku czy Moodo. Jakość straszna ale kto by się tym martwił, w końcu miało się modne ubranie...ale ja byłam inna a w wieku 14 lat wciąż ubrania wybierała mi mama i jak inni nosili rurki ja wściekła nosiłam dzwony. Nie miałam swojego stylu, nosiłam to co wszyscy nosili...trampki za 20 złotych a'la marynarskie w żarowiastych kolorach czy spodnie  z dużą ilością elastanu zawiązywane na sznurek które imitowały jeans-ledzinsy :D Liceum to był okres Nike Air Force i wielkiej torby na ramie...tylko tyle pamiętam z tego okresu.
Ale ja nigdy nie miałam swojego stylu, akurat to co było modne ja zawsze chciałam. Nikt nie chciał się "trzymać" z kimś kto chodził ciągle w tym samym i jeszcze bez "jakiejś metki". A to było straszne myślenie i teraz nie interesuje mnie to gdzie dana osoba się ubiera bo to nie ma znaczenia.
Z czasem dojrzałam nie tylko do "mody" ale i rzeczy z drugiej ręki. One przeważają w mojej szafie i tutaj nie chodzi o niskie ceny, bo nie sztuką jest kupić coś za złotówkę byleby było ale chodzi o świetną jakość w miarę korzystnych cenach. No bo jeśli coś ktoś nosił przypuśćmy przez 5 lat i oddał to dalej, wisi to na wieszaku w lumpeksie i wciąż wygląda genialnie to świadczy o dobrej jakości. I to nie prawda, że niegdyś sieciówki nie szyły dobrych gatunkowo ubrań bo sama mam t-shirt z H&M-u kupiony w lumpeksie za 2 złote w którym śpię już od czterech lat i wygląda genialnie-nawet szwy się nie przesunęły, materiał jest gruby i mięsisty. Albo 8 letnią pidżamę z Croppa w której śpię po dziś dzień-tak od 8 lat moja waga stoi w miejscu :D

Istny łup zapłaciłam za ten sweter marki Chloe 250 zł nowy zaś kosztuje około 5 tys.

Nie mam nazbyt wiele czasu toteż odpuszczam sobie buszowanie po lumpeksach stacjonarnie, niekiedy się zdarza i to cudowne, że w tych miejscach są wszyscy. Ludzie po 60-panie i panowie, młodzież chodząca do gimnazjum ale też liceum, elegancko ubrane panie ale i nawet panowie w garniturach czy potocznie nazywani robole szukający tanich t-shirtów do pracy. To już nie wstyd a wręcz moda. Jednak lumpeksy są coraz bardziej świadome marek i wykorzystują to toteż w lumpeksie można kupić w strasznym stanie ale kaszmirowy sweter za uwaga 60 złotych albo jeansy od Tommiego za 150 złotych-przetaczam ceny z mojego lumpeksu stacjonarnego. Kpina bo moja mama miała lumpeks w którym jej pomagałam i wiem ile te ubrania kosztują, kupuje się je na wagę w dużych worach i nigdy nie wiemy co jest w środku-kupujemy kota w worku, można kupować też rzeczy wycenione ale to już na bardziej luksusowe lumpeksy bo niekiedy ceny są z kosmosu...ale płacimy za wagę a ktoś tutaj sobie wycenia rzeczy za 150 złotych...lumpeksy to świetny zarobek ale też mnóstwo pracy, bo nie raz się zdarzało, że prałyśmy nawet ubrania, goliłyśmy je golarkami i zawsze je prasowałyśmy...a gdy ubrań było tony a my tylko dwie to pracy było multum przez to spędzałyśmy całe dnie i całe noce w pracy. Potem już ludzie tak chętnie nie odwiedzali lumpeksów...dlaczego? Bo jak można dać za używaną bluzkę 15 złotych skoro nową można kupić na promocji za 20 zł. Nie ważne, że jakość zupełnie jest inna ale jest nowa. Ja osobiście od takiego myślenia odeszłam i jestem w stanie dać za używaną rzecz i 400 złotych byleby jakość mnie satysfakcjonowała-mam parę wpadek ale cóż nikt nie jest idealny. Ale podam Wam przykład mamy sweter z Zary, nowy z metką za cenę 200 zł, w 90% jest z akrylu który jest sztuczny, nie grzeje, wygląda tandetnie i do tego nie jest zdrowy dla naszego organizmu ale i skóry, do tego ktoś kto produkował ten sweter również nie należy do zdrowych ludzi-chodzi mi o szkodliwość tworzenia tych ubrań nie tylko dla środowiska ale i dla ludzi. Nie zastanawiacie się dlaczego niekiedy te ubrania śmierdzą plastikiem mimo iż są nowe?
A teraz jest sweter w 50% z moheru i 50% z wełny, mimo iż to naturalne materiały to pochodzą z drugiej ręki toteż nawet jeśli zwierze cierpiało-bo często się mówi o cierpieniu zwierząt podczas "zbierania" wszelkich rodzaju wełen-to nie poszło to na marne bo sweter jest w obiegu. Mam nadzieje, że wiecie o co mi chodzi...sweter nie jest znanej marki ale gdy wpiszecie ją w google dowiadujecie się, że mają oni certyfikat woolmark- a więc wysoka jakość, sweter grzeje, może delikatnie gryźć ale da się to obejść, jest naturalny i co najważniejsze dobry dla naszej skóry(chyba, że ma się uczulenie) i zdrowia, również kosztuje 200 zł.  Gdybyście nie wiedziały tego wszystkiego kupiłybyście sweter z Zary ale gdy wgłębicie się w temat wybrałybyście sweter nieznanej marki przez świetną jakość.
 Jak te swetry z akrylu wyglądają po paru praniach? Jak szmaty do podłogi. I nie dochodzą do mnie usprawiedliwienia mnie nie stać na kaszmir czy wełnę...stać każdego bo można znaleźć kaszmir z drugiej ręki za 2 złote uwierzcie. A gdy kupicie raz kaszmir, będziecie do niego wracały. Bo jest cienki ale ciepły, niezwykle ciepły i wygląda niezwykle luksusowo, nie kulkuje się i jest wieczny :) Dobrej jakości oczywiście, bo te sieciówkowe to porażka. Nie chce rozwodzić się na tematy materiałów ale to również ciekawy temat, jednakże ja skupiam się tutaj na czymś innym.

Kolejny sweter kupiony z drugiej ręki niczym nowy-Michael Kors

Nie kupuje w sieciówkach, a raczej staram się nie kupować jednak sklepy pokroju Zara omijam szerokim łukiem, oczywiście nie chce tutaj nikogo urazić i kupujcie nadal jeśli kupujecie w tych sklepach ale dla mnie to najgorzej wydane pieniądze. Te ubrania wyglądają tylko dobrze na wieszaku, do pierwszego prania a potem to zwykłe ścierwa. Albo skurczone, albo przekręcone, albo rozprują się albo wiszą nitki...i ja wiem to można obciąć ale po co dawać za coś 200-300 a nawet niekiedy 400 złotych skoro trzeba przy nich "kombinować". Dlaczego Zara jest najgorsza? Bo nie ma pomysłu sama w sobie, często jej projekty nie są zainspirowane z wybiegów a wręcz zerżnięte... jestem fanką Isabel Marant i nie jest mnie stać wydać 3000 zł na sweter toteż kupuje ubrania od niej z drugiej ręki ale często widuje kopie, kopie jej projektów. Ta sama bluzka tylko zamiast 2000 zł kosztuje 200 zł. I ja wiem dla większości astronomiczne ceny projektantów to kpina, ale to pomysł, lata pracy, kreatywność, historia i jakość za to się płaci nie tylko za metkę. Nie wszystko jest warte astronomicznych kwot ale jak można kraść czyjąś pracę? Te ubrania z Zary również są drogie i owa marka wzbogaca się na krzywdzie innych ludzi, pracowników którzy szyją te ubrania. Te t-shirty za 20 złotych, które po miesiącu/dwóch ląduje w śmietniku bo do niczego innego się nie nadaje. Czyjaś praca, trud za który nie otrzymał odpowiedniego wynagrodzenia ląduje w koszu. Praca w tragicznych warunkach, bez przerwy..fortuna Amancio Ortega liczy ok. 85 mld. dolarów i przed tym jak napiszecie, że "gościu wie co robi" polecam obejrzeć dokument ZARA: największa fortuna świata.
Wiele firm wykorzystuje fakt, że w krajach w jakich z reguły "tworzy" się dane ubrania nie jest najlepiej i wiele ludzi "klepie biedę" chwytają się każdej pracy byle by zarobić jakiś grosz..właśnie grosz. Bo za grosze się tam pracuje. Dlatego nie narzekajmy proszę na swoje prace, bo i tak jesteśmy o stokroć w lepszych miejscach aniżeli ludzie mieszkający w Chinach, Bangladeszu, Indiach, Maroko, Tajlandii czy Wietnamie. Wykorzystuje się fakt, że w większości ludzie w tych krajach niestety wiążą koniec z końcem i podejmują się każdej pracy byleby przeżyć. Nie wiem czy chcielibyście być non stop w pracy i otrzymać za to 200 złotych, i nie mówcie, że na Sri Lance 45 funtów to majątek. Przeliczając owe 45 funtów na rupię lankijską która jest walutą na Sri Lance zarabia się 10565.76 rupi, gdzie chleb kosztuje 100 LKR, mleko 220 LKR zaś ryby ok 600 LKR. Gdzie tu ubrania, kosmetyki, środki czystości, wycieczki czy auto? Nadal uważacie, że ta pensja jest tak strasznie sprawiedliwa?

Za tą koszulę Levis natomiast w lumpeksie dałam 5 złotych-jest ze mną już cztery lata i wciąż wygląda jak nowa.

Ja wiem haul-e są takie super. Ludzie kupują mutlum rzeczy, bo im więcej tym lepiej, dłużej będzie trwał filmik a potem tour po garderobie również będzie trwał godziny..ale po co? Byleby móc nawrzucać jak najwięcej reklam podczas trwania filmiku i więcej zarobić? Czy naprawdę w dzisiejszych czasach więcej znaczy lepiej? Po co ten setny biały t-shirt? Po co 10 par dzinsów tylko w innym odcieniu niebieskiego? Czy naprawdę jesteś zadowolona  z tego swetra za 50 złotych czy kupiłaś go jedynie dlatego bo był za 50 zł? Nie ważne, że to nie twój kolor, nie twój rozmiar ale jest...pewnie niedługo wyląduje z metką w koszu. Tak łatwo nam w dzisiejszych czasach przychodzi wyrzucanie jedzenia, ubrań, sprzętów elektronicznych, kosmetyków. Pamiętam jak gdy byłam mała mój dziadek podklejał mi kapcie butaprenem a teraz łatwiej jest wyrzucić i kupić kolejne. Tak samo ciężko jest nam pochwycić za nitkę i igłę i zaszyć dziurkę w ulubionej bluzce. Ja jestem sentymentalna i z niektórymi rzeczami ciężko jest mi się rozstać bo wiem, że z reguły nie dostanę drugiej takiej samej. Tak mam z ukochanymi Vans-ami slip on w kolorze złotym, przechodziłam w nich cztery lata...zjechałam je całkowicie a teraz przeszukuje internet wzdłuż i szerz i nigdzie nie mogę ich dostać.
Nie jestem typową minimalistką...mam rzeczy, otaczam się nimi. Uwielbiam chociażby rośliny czy kryształy które mogłabym kupować i kupować, tak samo mam z kosmetykami ale ubrania to zupełnie inne podejście. Bardzo ważna dla mnie kwestia tak jak niegdyś zmiana kosmetyków na te naturalne i nietestowane na zwierzętach. Miałam wielki problem z wypryskami na plecach czy ramionach gdy nosiłam rzeczy z poliestru czy akrylu toteż zrezygnowałam z nich całkowicie i problem minął. Strasznie się w nich pociłam a do tego nie ukrywajmy śmierdziałam. Dodatkowo ten zapach plastiku, dla mnie to zapach sztuczności. I nie chce byście uważali, że jestem jakaś nowobogacka i uważam się za ważną Panią, co to to nie...nie jest mnie stać wydać na bluzę Kenzo 2000 zł-skąd w ogóle wzięła się ta moda, one zupełnie nie są warte tych pieniędzy :D

Dziś chciałabym się podzielić z Wami stronami, platformami gdzie ja robię zakupy ubraniowe. Nie znajdzie się tutaj Zalando, Answear czy About you-nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłam tam zakupy.

Jedwabna koszula marki Isabel Marant-główna "czarna"-za jedyne 300 zł, gdzie koszt nowej to średnio 2 tys złotych. 

Po pierwsze stare, dobre Allegro(oraz OLX). Nie każdy jest ufny i to prawda ażeby kupować tam rzeczy trzeba się po prostu troszeczkę podszkolić. Kupuje tam zarówno torebki jak i buty czy też ubrania. Ostatnio kupiłam tam sweter od Isabel Marant z genialnym składem w licytacji za uwaga 80 zł. Takie zakupy cieszą niesamowicie...nie jestem z tych osób które lubią przepłacać, mało jest rzeczy za które dałam 100% ceny. Uwielbiam okazję, przeceny i często z tego korzystam. Allegro jest świetną bazą dobrych rzeczy ale trzeba uważać na podróby i oszustów którzy często upierają się, że rzecz przez nich sprzedawana jest oryginalna a potem co do czego przychodzi...tandetna podróbka. Szkoda, że nasza policja nie bierze na poważnie spraw podróbek, bo posiadanie czy sprzedawanie podróbek oczywiście świadome moim zdaniem powinno być karalne. Jak połowa Polski może nosić LV Neverfull gdzie ta torebka kosztuje ok. 4500 zł? I owszem część Polek może sobie na to pozwolić ale czy każda? Tak samo z paskiem Gucci którego jest ostatnio wysyp :D

Po drugie Vestiaire Collective czyli genialna strona. Ogromna baza z używanymi "luksusowymi" dobrami, miejsce w którym nigdy nie kupisz podróbki. Nawet ty możesz tam coś sprzedać. Kupując jakąś rzecz w 100% masz pewność, że będzie ona oryginalna. Pomyślisz-jak to możliwe? VC działa na następującej zasadzie, gdy tylko kupisz daną rzecz i za nią zapłacisz zespół sklepu prosi sprzedającego o przesłanie danej rzeczy do nich, do centrali we Francji. Tam sztab specjalistów dokładnie bada twoją upragnioną torebkę Chanel...po czym gdy tylko potwierdzą, że jest ona autentyczna wysyłają ją do Ciebie z wypełnioną przez nich kartą autentyczności. A więc nie będziesz miała problemu by potem ponownie ją odsprzedać. Sklep świetny, gdyż możesz się targować jeśli chodzi o cenę, masz pewność, że towar do Ciebie dojdzie no i pewne potwierdzenie autentyczności kusi.

Isabel Marant Bobby używane kupiłam za 550 zł nowe kosztują ok. 2 tys zł


Po trzecie nasze polskie sklepy które  sprzedają używane(a nawet i nowe), rzeczy luksusowe w bardzo korzystnych niekiedy cenach. Pyskaty zamsz, Keep the labelDream big, komis Label, ShoutAbout...również pewniaki aczkolwiek u nas, a więc rzeczy tak naprawdę są u Was na drugi dzień. Nie musicie czekać tygodnia a nawet i dwóch. Możecie tam nie tylko kupić ale i sprzedawać swoje rzeczy. Oby było coraz więcej takich sklepów u nas. Bo "luksus" niekiedy to nie marka a jakość a używany luksus to dodatkowo zdrowa jakość dla naszej planety. Czy nie lepiej w coś zainwestować i nosić wieki aniżeli kupić coś na chwilę?

Po czwarte lumpeksy online. U mnie nie ma ich dużo a jest tylko jeden. Największy w Europie Remix Shop...kupuje tam dosyć często aczkolwiek muszę Wam powiedzieć o paru minusach tego sklepu. Odkryłam go jakoś w połowie tamtego roku, całkiem przypadkiem poszukując jakiś second hand-ów online. Niestety praca nie pozwala mi na częste buszowanie po lumpeksach, ale też byłam zmęczona wychodzeniem ze sklepu z niczym, albo obejściem się ze smakiem bo coś kosztowało majątek a nie było tego warte. Jest dużo lumpeksów online ale ich oferta z reguły jest po prostu uboga. Remix to skarbnica perełek ale trzeba być przygotowanym o 9:00 oraz 19:00-godziny dostawy. Gdy nie zdążysz wrzucić czegoś do koszyka przed kimś innym, już możesz o tym zapomnieć. Rezerwacja danej rzeczy trwa 15 minut...niekiedy z strasznym biciem serca czekam aż upłynie 15 minut i nikt danej rzeczy nie kupi :D
Dostaniecie tutaj wszystko od ubrań, po buty, torebki oraz szaliki dla kobiet, mężczyzn i dzieci. Rzeczy z najwyższej półki: Burberry, Chloe, Acne ale i Zare czy H&M a nawet i coś pokroju Butik czy marki totalnie na naszym rynku nie znane jak buty świetnej marki Frye- co to za jakość buta, typowego kowbojskiego buta. Nie ma problemu ze zwrotem jak i oddaniem pieniędzy. Ale na paczki czeka się niekiedy po dwa tygodnie.

Tą torebkę kupiłam na Allegro od osoby prywatnej, ubrana raz, Isabel Marant. Dałam za nią 600 zł


Z zakupami nie ma problemu aczkolwiek ze sprzedażą...tak, tak można tam także sprzedawać ubrania za sprawą Remixbag-a. Otrzymujecie go darmowo i tak samo za "darmo" możecie je sprzedać. Radzę wam po pierwsze przed wysłaniem rzeczy dokładnie je spisać i uzbroić się w cierpliwość...bo wystawienie rzeczy niekiedy trwa nawet dwa miesiące. Dostaniecie max. 60% kwoty wystawionej...i nie liczcie, że za nowe Conversy otrzymacie 250 zł...ja za nowe Vansy w kartonie dostałam 130 zł...zaś Remix zarobił na tym 100 zł...ale to i tak nie najgorsze. Jeśli nie wybierzecie usługi Premium za 18.90- nic nie będzie szybciej ale warto to wykupić- to Wasze lepsze rzeczy mogą zostać "zutylizowane" czyli zabrane sobie przez pracowników "sklepu" a wystawione same "śmieci". Raz wysłałam zegarek Michael'a Kors'a i nie został on wystawiony...od razu wykupiłam sobie usługę i otrzymałam go z powrotem. Raz nie otrzymałam zwrotu wszystkich rzeczy, ale nie chciałam z nimi wojować bo obsługa klienta jest tam tragiczna. Zaniżają tam strasznie ceny jeśli chodzi o zakup przez nich rzeczy ale potem wystawiają je za chore ceny byleby jak najwięcej oni zarobili. Tak więc ta usługa taka darmowa nie jest...bo czasami Ty możesz zarobić na bluzce 7 złotych a oni 30. Dostają ubrania za darmo i nie muszą za bardzo się wysilać bo ludzie chętnie im je oddają a potem sypią się negatywne komentarze na ich profilu na Facebook-u. Pieniądze również możecie otrzymać po dwóch miesiącach bo klient może się rozmyślić , może to odesłać, oni muszą to przetworzyć, pomyśleć...oddaje tam tylko rzeczy na których sprzedaży znacznej mi nie zależy a jedynie chce się ich pozbyć...lepsze rzeczy sprzedawajcie gdzieś indziej, lepiej na tym wyjdziecie.
Zakupy jak najbardziej...sprzedaż radziłabym Wam odpuścić.

Po piąte Hopla...ale tutaj kto pierwszy ten lepszy. Asortyment tego sklepu online wręcz się rozpływa. I się nie dziwie bo mają tam istne perełki w świetnych cenach które aż tak bardzo nie dziurawią portfela. Tutaj liczy się jakość a nie do końca marka. Bardzo minimalistyczne rzeczy, klasyczne i takie które "każda kobieta powinna mieć w szafie". Moher, wełna, kaszmir..cudowne płaszcze, swetry, spodnie...WOW.

A po szóste Vinted czyli coś od czego zaczynałam swoją przygodę ze sprzedawaniem i kupowaniem używanych ubrań. Działa na zasadzie Allegro-ale tutaj jest jeszcze gorzej bo nigdy nie macie pewności w 100%, że ktoś Was nie oszuka. Mi nie wysłano zakupionego towaru aż dwa razy, nic z tym nie robiłam bo policja gdy słyszy, że ktoś wyłudził od nas 100 zł to mówi, że to niska szkodliwość. Ale to przestępstwo i powinno być karane, bo ludzie potrafią tak żyć. Strona Vinted również nic z tym nie robi, może jedynie kogoś zablokować....a ten ktoś tworzy nowe konto i oszukuje. Kupuje rzeczy więc tylko u osób które mają potwierdzone swoje dane, są przynajmniej rok na Vinted i mają sporo pozytywnych komentarzy.

Kolejne używane buty tym razem model Bekett, ja dałam jedynie 500 zł, stan idealny. 

Jeśli pokazuje Wam jakieś perełki z drugiej ręki to właśnie w powyższych "sklepach" się w nie zaopatruje. Nigdy nie znalazłabym takich rzeczy stacjonarnie w swoim obrębie toteż w 99% zakupy robię internetowo. Oczywiście nigdy nie mam pewności, że rzecz będzie dobra, że będzie mi pasować i często albo odsyłam rzeczy albo odsprzedaje je dalej.
Żyje według pewnego rodzaju rotacji...gdy chce kupić jakąś rzecz inną muszę sprzedać toteż u mnie nie ma przesytu i odnajduje się w swoich rzeczach. Mimo małej szafy zawsze mam się w co ubrać a nie posiadam standardowych klasyków-nie jestem ich wyznawczynią. Nie marzy mi się klasyczny trench Burberry czy też skórzana kurtka od Acne. Za to marzy mi się zamszowy trench od Saint Laurent który jest dla mnie nieosiągalny bo cena poraża-ale może znajdę używany za max. 1000 zł :D

Mój pierwszy "luksusowy" używany łup. Trochę starszy model Marcie, mimo iż nie za często ją noszę mam do niej sentyment.

Jeśli chcecie zacząć kupować rzeczy droższych marek to nie wstyd sięgać po te używane, wcale nie musisz odkładać wieki na nowe buty byleby pochwalić się kartonem i faktem, że kupiłaś je w Vitkac-u. Ja uważam, że każdy używany zakup pcha nas ku lepszemu. Ale to nie tylko powinno tyczyć się ubrań czy butów ale i sprzętu elektronicznego-komputerów, telefonów czy nawet kosmetyków. Zrobiłam już dwa rozdania moich używanych kosmetyków i mimo iż odebrane było w pewnym procencie negatywnie będę robiła to częściej bo to dobre dla mnie, dla mojego myślenia by niczego nie wyrzucać ale i dla Ziemi oraz dla osoby która dane kosmetyki zdobędzie-zaoszczędzi pieniądze a wykorzysta coś co się u mnie nie sprawdziło.
Kupujmy rzeczy nowe ale z większą rozwagą i sięgajmy chętniej po te z drugiej ręki.

Słyszeliście, że w Szwecji otwarto centrum handlowe z używanymi rzeczami? Tutaj o tym poczytacie.
Co o tym myślicie, ja chętnie spędzałabym tam czas :)

piątek, 8 lutego 2019

NAJWSPANIALSZY,NAJCUDOWNIEJSZY,NAJUKOCHAŃSZY...



 Dziś o kosmetyku dla mnie już kultowym, genialnym, cudownym. Takim kosmetyku bez którego nie wyobrażam sobie swojej pielęgnacji zarówno rano jak i wieczorem. Mimo iż mam go w "swoich zbiorach" dopiero od początku grudnia, uwielbiam go. Ale zapewniam Was, że nie tylko u mnie działa cuda...komentarze pokroju "Wonderful, wonderful stuff. Indescribable scent. Amazeballs for skin, can't imagine being without it." albo "...I’d marry this one" mówi wszystko. Kosmetyk drogi bo za 45 ml musimy zapłacić aż 410 złotych, ale jest w konsystencji bardzo unikalny i inny toteż...starczy na bardzo długo. Chyba, że będziecie się nim "oblewały" tak jak ja :D



Nie raz powtarzałam, że nie jestem fanką kremów do twarzy, dla mnie to zapychacze, kosmetyk który nie robi nic więcej aniżeli daje uczucie nawilżenia-inny jest krem od Fridge którego recenzja tutaj.
Oleje to przyszłość, jeśli dobierzecie swoją armię uwierzcie, że już nigdy nie powrócicie do kremów. Ja na początek pochwyciłabym za olej z dzikiej róży oraz z opuncji figowej. Dla mnie rozchwalany olej arganowy nie robi nic a olej kokosowy w większości jednak zapycha. Oleje nie tylko nawilżają ale działają na problem naszej skóry, potrafią zmatowić naszą skórę, zbalansować ją, dodać blasku, rozjaśnić, odżywić, zregenerować i wiele, wiele innych.



Ale dziś nie o olejach ale kosmetyku którego rodzaju nie potrafię przetłumaczyć na polski w jednym słowie-BALM. Mówię od razu to nie jest balsam, produkt z masą olei i maseł który w słoiczku jest w postaci stałej a gdy tylko nałożymy go na twarz pod wpływem ciepła naszej skóry stopi się w olejek. Ale The Vital Balm Cream od Josh'a Rosebrook'a który dziś Wam przedstawię jest jeszcze inny. Genialny..



Dla Josh'a wszelkie kremy dostępne na rynku były zbyt za słabe zaś "balm-y" zbyt tłuste toteż postanowił wynaleźć coś co będzie lekkie niczym krem ale odżywcze niczym "balm". Miałam zarówno produkt tego pokroju od Mahalo, Leahlani i wszędzie TE kosmetyki  są w słoiczku półprzezroczyste, tłuste w konsystencji w bardzo żywych kolorach a produkt Josh'a jest zupełnie inny.
Zamknięty w przepięknym białym, minimalistycznym, szklanym słoiczku produkt jest na pierwszy rzut oka kremem w kolorze delikatnie niebieskim, bardziej morskim-kolor jest naturalny dzięki zawartości olejku Blue Tansy. Ale gdy tylko zaaplikuje się go na twarzy i rozsmaruje znika w mgnieniu oka i pod palcami staje się "wodnisto-olejowy". Co zauważam od razu po aplikacji? Ukojenie i spulchnienie skóry, od razu wydaje się ona jędrniejsza i cudownie nawilżona, wygładzona. Dodaje jej ogrom zdrowego blasku-nie zapewniam nie jest on tłusty. Powiem Wam szczerze, że mógłby być to jedyny produkt którego miałabym używać jeśli chodzi o pielęgnację skóry twarzy. Jednogłośnie to najlepszy kosmetyk jaki przyszło mi testować. Czytając o nim opinie nie przeczytałam ani jednego złego słowa na jego temat. Wszyscy go kochają. Ale ogólnie wszyscy kochają kosmetyki Josh'a i ja się pod tym podpisuje, bo stosowałam już sporo kosmetyków tej marki i wszystkie uwielbiam <3



Ale o co tyle szumu. Spójrzcie na początek na skład  Vital Balm Cream:

*Aloe Vera Leaf Juice, *Mango Seed Butter, *Honey, *Indian Senna Seed Extract (Botanical Hyaluronic Acid), *Shea Butter, *Olive Oil,*Avocado Oil, *Jojoba Seed Oil, *Borage Seed Oil, *Evening Primrose Oil, *Sea Buckthorn Oil, *Vitamin E, †Broccoli Seed Oil, *Witch Hazel, *Ashwagandha, *Turmeric, *Rose Hips, *Goji Berry, *Calendula, *Black Cohosh, *Elderberry, *Bladderwrack, *Marshmallow Root, *Ginger, *Fenugreek, *Chickweed, *Licorice, *Raspberry Leaf, *Dandelion, *Sage, *Eyebright, *Milk Thistle, *Rose Petal, *St. John’s Wort, *Cat’s Claw, *Cinnamon, *Lavender, *Ginkgo Biloba, *Gum Arabic, §Xanthan Gum, Potassium Sorbate, †Blue Tansy Essential Oil, †Ylang Ylang Essential Oil, †Lavender Essential Oil, *Vanilla Extract.

Our Indian Senna Seed/Cassia Angustafolia extract is made in-house along with all of our herbal extracts and infusions.

*CERTIFIED ORGANIC

†ORGANIC

‡WILDCRAFTED

§NON-GMO PLANT SOURCED



Nie mamy tutaj niczego zbędnego. Same cudowności-nie znajdziemy tutaj wody czy chociażby oleju kokosowego który w większości produktach typu BALM się pojawia bo jest stosunkowo tani i jest idealnym wypełniaczem. Czy już teraz wiecie dlaczego ten produkt jest drogi? Skład mówi wiele, fakt, że składniki są certyfikowane organicznie, organiczne a nawet i dziko rosnące. Znajdziemy w składzie sok aloesowy na pierwszym miejscy, masło z nasion mango, miód, olej z brokułów, kurkume, oczar, nagietek lekarski, cynamon, lawendę....i wiele, wiele innego dobra.

Aloe Vera, organiczne substancje aktywne i bogate oleje roślinne zapewniają silną synergię składników odżywczych aby wspomóc prawdziwą regenerację skóry. Indian Senna Seed znany również jako botaniczny kwas hialuronowy oferuje wysokie polisacharydy które odpowiedzialne są za naturalną zdolność do nawilżania komórek skóry i zatrzymywania w niej wilgoci. Łącząc ekstrakt z nasion Indian Senna z ziołowymi substancjami aktywnymi tworzy niezrównane wsparcie dla skóry, zwiększając zatrzymanie wilgoci, dodawać gęstości skórze, zmiększać ją, chronić i spowalniać zanik tkanek skórnych.


To skuteczny produkt silnie nawilżający który łączy w sobie zalety naturalnego "balm-u" z absorpcją i luksusowym wykończeniem kremu. Wspiera on prawdziwe zdrowie i urodę skóry, ułatwiając maksymalne nawodnienie komórek ich naprawę oraz przywracanie funkcji życiowej skóry. Gdybym miała wybrać jeden kosmetyk do nawilżenia mojej skóry każdego dnia niewątpliwie byłby to właśnie Vital Balm Cream. Będę to niego wracała z wielką przyjmnością-uwaga, uwaga jest niezwykle wydajny przez swoją unikalną konsystencję toteż nie wychodzi wcale tak drogo pomimo iż 22 ml tego kosmetyku kosztuje 215 złotych na stronie Colima.



Post nie jest sponsorowany.


poniedziałek, 28 stycznia 2019

ZDENKOWANI CZĘŚĆ I



Informowałam Was na początku stycznia, że zamierzam przez cały ten miesiąc nie kupować kosmetyków. Nic, zero-nawet nie otwierać nic nowego, nawet jeśli było to w moich zapasach. Udało się :)
Dzięki temu udało mi się zdenkować multum kosmetyków-tak dużo, że musiałam podzielić to denko na dwie części. Niektóre były już długo otwarte i to było mi ich szkoda używać, a to jakoś było mi nie po drodze z nimi, a to o nich zapomniałam. Ale powiedziałam sobie, że czystki i detoksy będą się u mnie pojawiały często. Tak, tak miesiąc niekupowania kosmetyków przyda się każdej z nas, ja będę takie detoksy przeprowadzała co dwa miesiące. By bardziej poznać produkty które już mam, polubić je czy też znienawidzić. Poza tym mimo iż kieszeń bardziej boli, lepiej jest robić duże jednorazowe zakupy-cieszą one bardziej. Już niedługo przedstawię Wam swoje zakupy kosmetyczne, jednak niektóre kosmetyki jeszcze nie zostaną przeze mnie otarte bo muszę zdenkować jeszcze parę kosmetyków- których mam już pozostałości wręcz w opakowaniach. Dziś będzie szybko i na temat, bez zbędnego rozwodzenia się.




CIAŁO:

Galeniczny regeneracyjny krem do stóp Alba 1913- początkowo byłam z niego zadowolona ale im bliżej do zdenkowania tym coraz mniej go lubiłam. Pod koniec użytkowania nie widziałam już nawilżenia a wręcz wysuszenie, bardzo dziwna konsystencja ani to olejek ani krem. Uwielbiałam jednak mentolowo-ziołowy zapach. Zapewniam nie wrócę do niego, idealnie do nawilżania stóp oraz ich regeneracji sprawdzają się u mnie olejki czy balsamy do ciała. Szkoda pieniędzy na produkt przeznaczony typowo do stóp. Poza tym ja ze stopami nie mam problemów-żadnych zrogowaceń itp. 45 zł/ 50g. Ocena 7/10

Galeniczny płyn do ciała i higieny intymnej Alba 1913- kolejny przeciętniak z tej marki. Bardzo nie wydajny, by umyć całe ciało  potrzebowałam go mnóstwo. Uciekał gdy nalałam go sobie na rękę-nie używam gąbek podczas kąpieli bo to tylko siedlisko bakterii- toteż połowa tego żelu umknęła mi bez namydlania mojego ciała. Ani nie nawilżał, ani nie przesuszał, pachniał przeciętnie..kosmetyk moim zdaniem wart max. 10 złotych a kosztował 45 zł/200 ml. Ocena 2/10 gdyż przyjemnie pachniał.

Balsam odżywczy Resibo- co do marki Resibo zawsze Wam powtarzam, że mam mieszane uczucia. Raz produkt genialny, innym razem totalna klapa...ale o balsamach do ciała nie mogę powiedzieć złego słowa. Mimo iż te zapachy w balsamach są perfumowane, to nie są duszące i przeszkadzające jakoś znacznie. Balsam wyszczuplający jest moim hitem-i nie, nie wyszczupla ale przepięknie ujędrnia skórę i nawilża. Jest taka pulchna i odbita-zapewne wiecie o co mi chodzi. Ten odżywczy jest równie genialny, podwójnie nawilża, bardzo szybko się wchłania, nie jest lepiący..dodatkowo jest bardzo, ale to bardzo wydajny gdzie ja go sobie nie oszczędzam. Skóra jest jedwabiście gładka i elastyczna. Produkt do którego będę chętnie wracała. Cena 59zł/200ml a ocena 10/10 bo nie mam się do czego przyczepić-uwielbiam!!!


Głęboko odżywcza i regenerująca maska do skóry dłoni EO Laboratorie- to kosmetyk po którym nie spodziewałam się za wiele dobrego. Wiecie bo wspominałam już o tym nie raz jak cięzko jest mi znaleźć dobry krem w dobrej cenie-u mnie krem do rąk schodzi bardzo szybko ponieważ myjąc ręce po paręnaście razy dziennie przynajmniej co dwa-trzy raz kremuje je, ponieważ miałabym skórę niczym papier ścierny. Tak więc raz na miesiąc kupuje nowy krem-aktualnie stosuje świetny krem do rąk do którego raczej będę wracała...już niedługo pojawi się w denku :D
Ten krem kosztuje ok 10-15 złotych, jest niezwykle wydajny i bardzo dobrze działa. Mimo iż kosztuje niewiele nie posiada w składzie parafiny, silikonów, syntetycznych barwników oraz konserwantów i w 98% jest naturalny. Nie zrobił mi krzywdy a wręcz odratował moją skórę dłoni. Ten krem natychmiastowo koi skórę, głęboko odżywia, regeneruje i nawilża. W konsystencji bardzo skoncentrowany ale szybko się wchłania. Olej z awokado w tym kosmetyku robi całą robotę. Dłonie wyglądają na zadbane i ładne, skóra jest miękka, gładka i przyjemna w dotyku. Na lato będzie za silny ale na okres jesienno-zimowy to ideał!!
Ocena 10/10!!!!



WŁOSY:

Alterra maska do włosów z granatem oraz szampon dodający objętości-na temat tych produktów wypowiadałam się już nie raz. To fajne podstawowe szampony i odżywki/maski za naprawdę fajne pieniądze. Jednak ja te szampony zaliczam już do "zdzieraków" i swędzi mnie po nich skóra głowy. Wracam do nich jednak co jakiś czas, na ich podstawie robie peeligi do skóry głowy dodając chociażby sody, na maski czy odżwyki olejuje włosy. Ceny wahają się między 6 zł(na promocji) a 10 bodajże, ja zakupuje pare opakowań i zawsze mam w rezerwie. Bo musicie wiedzieć, że ja niekiedy podczas jednego mycia używam aż 2-3 szamponów :D Pierwszy do oczyszczenia zaś drugi do nawilżenia czy też dodania objętości-to jest zależne od problemu moich włosów. Ocena 10/10 bo nie mam się do czego przyczepić.

Szampon intensywnie regenerujący Biovax- ten szampon wpadł w moje ręce całkiem przypadkiem, gdy był już na wykończeniu. Moja mama go nie używała a ja miałam dosyć Rahua i mówię raz kozi śmierć najwyżej wypadną mi wszystkie włosy :D Po pierwszym umyciu włosy mi nie odpadły, po kolejnym również a stały się po prostu piękne. Sypkie, odbite od nasady i gładziutkie a do tego wydawało się, że jest ich więcej. To szampon którego obietnice producenta są prawdziwe. Robi dokładnie to co jest napisane na opakowaniu-pogrubienie i zagęszczenie. Jednak dla mnie jest to szampon mocny i do stosowania tylko raz w tygodniu i to tylko do pierwszego mycia-drugie mycie odbywa się już szamponem nawilżającym. Genialna jest ta linia, miałam jeszcze maskę z tej serii i również jest WOW. Mam drugie opakowanie tego szamponu i używam. Konsystencja niezwykle kremowa, niewiele trzeba aby dobrze oczyścić włosy-pamiętajcie o spienianiu szamponu i jego rozwadnianiu- nie robi mi krzywdy, nie swędzi mnie po nim skóra głowy, czego chcieć więcej? 10/10 cena to ok. 25-30 złotych za 200 ml w sklepach stacjonarnych, wiem, że można go dostać taniej online.


Szampon klasyczny Rahua- Najgorszy szampon z rodziny Rahua. Nie mył, nie mył i nie mył. Był ciężki do spłukania, nie regenerował włosów, włosy po umyciu były jeszcze gorsze aniżeli przed..posklejane, ciężkie do rozczesania, toporne i tłuste. Wspomniałam Wam ostatnio, że nie będę już wracała do tych kosmetyków bo z biegiem lat stwierdzam, że nie są warte tych jakże wysokich cen. Odżywki to totalne klapy, nie robią nic z włosami prócz ich obciążenia. Moim ulubieńcem był niewątpliwie szampon dodający objętości ale zauważyłam, że z każdym użyciem zaczął przesuszać moje włosy oraz robić ptasie gniazdo na włosach. Oceniam ten produkt a nie całą markę i daje mu niestety 0/10-totalna klapa. Cena to ok. 162 zł/ 275 ml-trzeba jednak przyznać tym szamponom, że są bardzo wydajne przez swoją jakże skoncentrowaną, żelową formułę. Jeśli chcecie jednak wypróbować te szampony radzę zakupić na początek małą pojemność.



TWARZ:

4.4 face the green Fridge- o tym kremie powiedziałam tak dużo dobrego w recenzji(tutaj),żę nie wiem co jeszcze mogłabym dopowiedzieć. Jedyny krem do twarzy jaki stosuje w okresie jesienno-zimowym bo tylko wtedy mi go potrzeba. Silnie nawilżający, regenerujący...cudowny!!! Ocena oczywiście 11/10. Polecam go każdemu kto boryka się z przesuszeniami, podrażnieniami podczas minusowych temperatur i wietrznych dni-to jest cudo!!!

Olej z opuncji figowej Ministerstwo Dobrego Mydła- pielęgnacja "oczu", krok niezwykle pomijany podczas naszej pielęgnacji. Ja kremów/olejków przeznaczoną do tej strefy używam już od czterech lat, ponieważ skóra tam jest niezwykle delikatna, sama się nie regeneruje i nie nawilża gdyż nie posiada gruczołów łojowych i bardzo szybko się starzeje. Zapobiegam teraz aniżeli mam leczyć za parę lat, poza tym dobrze wypielęgnowane "oko" otwiera spojrzenie, odejmuje nam lat...ale czy trzeba naprawdę trzeba wydawać majątek na specjalne kremy, sera...otóż nie bo wystarczy Wam olej z opuncji figowej-mistrz. Na tą chwilę jest to najdroższy olej na świecie, do wyprodukowania litra tego oleju potrzeba około miliona pestek z prawie 500 kg owoców. WOW!!! W jego składzie znajdziemy aż 90% nienasyconych kwasów tłuszczowych z czego 60% to kwas linolowy a także aktywna witamina E, A, F, K ale również takie minerały jak wapn, potas, fosfor, magnez, żelazo oraz cynk. To jest olej mistrz, drogi bo 10 ml tego oleju potrafi kosztować od 65 zł do nawet 200 zł-ale już wiecie skąd bierze się jakże wysoka cena.  Bardzo wydajny olej bo stosowałam go przez 6 miesięcy-również aplikowałam go na całą twarz. Olej jest płynny w konsystencji, w delikatnym żółtawym kolorze, zapach ma delikatny nie drażniący. Skóra pod oczami podczas używania tego oleju była przepiękna...wygładzona, nawilżona, zregenerowana a spojrzenie było zawsze wypoczęte. Olej z opuncji figowej to kolejny olej po tym z dzikiej róży który powinien pojawić się u każdej kobiety która ceni sobie naturalną pielęgnację. Wrócę do niego na 100%. Ocena 11/10.

The bean Mahalo- Już na wstępie zaznaczam fajna maska ale szału nie było. O storoć bardziej fascynuje mnie "kakaowa" maseczka od Josh'a Rosebrook'a. Tamta to dopiero działa jak szalona. Czuć wręcz działanie a The Bean....była po prostu ale nie widziałam nader dużych zmian po jej użyciu. Była przyjemna gdyż przepięknie pachniała kakao, uwielbiam kosmetyki Mahalo przez przepiękne opakowania ale czy warto po raz kolejny wydać 300 złotych za 50 ml maski? Nie, nie...o stokroć razy ponownie kupiłabym The honey Mud od May aniżeli to. Musiałam dodawać do niej zawsze odrobinę wody czy olejku bo była bardzo gęstą, ciężką do rozsmarowania czarną pastą, którą równie ciężko zmywało się z twarzy gdy zastygła-więc z reguły zmywałam ją o wiele wcześniej. Robiła ogromny bałagan podczas zmywania...i to nie jest bubel oj nie bo skóra po zmyciu była wyraźnie dotleniona, rozjaśniona i rozświetlona ale wiele maseczek to robi. Ocena 5/10 ale nie kupiłabym jej ponownie, o wiele bardziej lubiłam Pele Mask- tutaj widziałam świetne działanie.

1.4 eye Fridge- marka Fridge to jedna z moich ulubionych. Powodów jest kilka, po pierwsze polska marka, po drugie nietestowana na zwierzętach, w 100% naturalna, tak świeża, że kosmetyki te trzeba trzymać w lodówce, szklane opakowania które nadają się do recyklingu(można odsyłać je do nich w zamian otrzymując kwiatki które w przyszłości można wymienić na pełnowymiarowy produkt). Dodatkowo te kosmetyki naprawdę działają i ceny te nie są wielce wysokie jak na naturalne kosmetyki luksusowe. Dostaje od Was wiadomości, że kupujecie te kosmetyki z mojego polecenia i się sprawdzają, a już w ogóle FF który jest moim ultra-ulubieńcem. Kosmetykiem życia wręcz mogłabym powiedzieć. Kosmetykiem który nigdy mnie nie zawiódł. Tak samo jest z tym kremem, zużyłam chyba z 5 opakowań jego, wracam co jakiś czas i wiem, że 1.4 eye nie ma tyle zwolenników co krem kawowy..a ja kawowego nie lubię. Dla mnie jest on za gęsty i za odżywczy-a ta różana wersja jest idealna. Skóra pod oczami jest rozjaśniona, odżywiona, zregenerowana i nawilżona....stosowałam go zarówno rano i wieczorem, również pod korektor-a musicie wiedzieć, że ja nie czekam aż pielęgnacja stuprocentowo wchłonie się tylko od razu przechodzę do makijażu-i korektor się nie ważył. Krem pod oczy pewniak, zapewne kupie jeszcze nie jedno opakowanie. Ocena 11/10!!!

Deep hydration sheet mask 100% pure- w opisaniu tego kosmetyku będę poniekąd niesprawiedliwa. Nienawidzę maseczek w płachcie, nie widzę po nich spektakularnego efektu, dla mnie to totalne buble i tak samo było w tym przypadku. Pachniała niemiłosiernie zle, tak mocno, że nie mogłam jej trzymać nader długo na swej twarzy, źle wycięta maseczka, miałam problem z aplikacją jej na twarz...zdenerwowałam się i po 4 minutach leżenia plackiem na łóżku zrezygnowałam, wycisnęłam z niej esencję i zaaplikowałam na twarz i szyję. No i nic, nic i nic.Żadnych efektów, cieszę się również, że nie zrobiła mi niczego złego z twarzą. Poza tym wydawanie 20-30 złotych na maseczkę na raz, opakowaną w plastikowe folie...no nie, ani to dobre dla naszej planety ani nie robi nic dobrego z naszą skórą. Ocena 0/10

czwartek, 24 stycznia 2019

ULUBIEŃCY GRUDNIA.


Grudzień to święta fakt ale dla mnie to miesiąc podwójnego nawilżania-tak samo jak styczeń i luty. Staram się nie podchodzić do mojej skóry nazbyt agresywnie, nakładać na nią niezliczone ilości kwasów, produktów złuszczających mechanicznie czy chemicznie ale również wszelkiego rodzaju peelingów. Zima to dla mnie okres głównie rozświetlania-jak i w całym roku ale i regeneracji i nawilżenia ze zdwojoną siłą.

Jestem posiadaczką skóry suchej, ale również delikatnej i bardzo wrażliwej. Łatwo się rumienie i pękają mi naczynka...a jako że nie noszę podkładów-a jedynie krem FF od Fridge to moja pielęgnacja musi chronić moją skórę podczas minusowych temperatur. Zimą 2017/2018 miałam wielki problem z czerwienieniem się skóry, non stop wyglądałam niczym rudolf czerwononosy wtedy sięgałam po serum liquid shield SOS od Alkemie i stosowałabym go i w tym roku ale nie potrzebuje go-poza tym tworzył u mnie podskórne grudki(czyli zapychał mnie) ale uwielbiałam go.
Stwierdziłam jednak, że czerwienie się bo skóra nie jest wystarczająco zregenerowana i nawilżona, po prostu. Sam olej jak latem da radę tak zimą niestety nie. Tak więc podczas wieczornej pielęgnacji nakładam aż trzy warstwy kosmetyków a o poranku starcza mi jedynie olej. No i pokochałam maseczki nawilżające-co było widać chociażby po ulubieńcach listopada ale i teraz mam do przedstawienia Wam jedną.


Summer Fridays jak wspominałam już Wam na Instagramie jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Oczywiście pozytywnym, jakoś nie przekonują mnie kosmetyki tworzone przez youtuberki czy influencerki. Abym kupiła kosmetyk on wcale nie musi być drogi, ale uwielbiam poznawać filozofie marki, to dlaczego osoba stojąca za marką tworzy kosmetyki, czy wkłada w to serce czy zależy jej po prostu tylko na zysku. Oczywiście skład i nietestowanie na zwierzętach jest kluczowe ale naturalne kosmetyki to moja pasja, moje zainteresowanie toteż lubię ludzi którzy tworzą kosmetyki z pasji, z uczuciem. Jedna z założycielek marki Summer Fridays Marianna Hewitt jest youtuberką-niegdyś ją oglądałam ale zmieniło mi się grono youtuberek które oglądam-przepiękną kobietą która postanowiła tworzyć kosmetyki w 100% naturalne a do tego nietestowane na zwierzętach i wegańskie. WOW!! A dodatkowo w jej linii kosmetycznej znajdują się jedynie dwa kosmetyki- a więc jakość a nie ilość. Ta maseczka została przeze mnie kupiona po  prostu z ciekawości, wszyscy tak polecali, polecali to pomyślałam, że musi być genialna. No i jest bo używam jej aktualnie prawie każdego dnia. The jet lag mask jak nazwa wskazuje została stworzona przez Marianne jak i Lauren Gores- która jest jej przyjaciółką- jako typowo maseczka samolotowa. Te które latają samolotami dokładnie wiedzą co dzieje się ze skórą podczas lotu, jest ona niezwykle wysuszona przez powietrze. Dlatego nawilżenie jest tak bardzo ważne podczas lotu. Ja nie latam samolotami, nie jeżdżę na wycieczki ale nie trzeba tej cudownej maseczki używać jedynie do lotów ale podczas codziennej pielęgnacji. Maseczka w konsystencji jest kremowa-jak większość masek nawilżających-pachnie miętowo, bardzo orzeźwiająco i maseczka pomimo właściwości nawilżających delikatnie chłodzi skórę, toteż jest idealną maseczką po peelingach czy kwasach. Maseczka opakowana jest w aluminiową tubkę do wyciskania-dzięki czemu zużyjemy produkt do końca, końca ani kropelka się nie zmarnuje-coś czuje, że pokuszę się nawet o jej rozcięcie a nie często mi się to zdarza. Maseczka to istny bohater szczególnie teraz gdy za oknem ziąb. Idealna dla skóry zestresowanej, pełna jest ceramidów, przeciwutleniaczy, delikatnych wyciągów które działają kojąco i nawilżająco. Skóra już po nałożeniu maseczki jest ukojona, taka zabezpieczona...lubię ją również aplikować z rana gdy jestem mocno opuchnięta-genialnie działa w tej kwestii szczególnie gdy na wieczór włożycie ją jeszcze dodatkowo do lodówki. Maseczka ta wygładza skórę, zmniejsza widoczność porów oraz niedoskonałości...dodaje blasku skórze. No co tu dużo mówić skóra po jej użyciu wygląda jak z photoshopa. Dodatkowo ta maseczka jest multifunkcyjna bo może być twoim nawilżającym kremem, maseczką całonocną ale i szybką maseczką dosłownie kilkuminutową, okładem ratunkowym, kremem do rąk czy stóp ale i maseczką przed wielkim wyjściem. Ja jestem totalnie zakochana i zapewne powrócę do niej na 100%-mimo iż mamy początek dopiero roku zapewniam pojawi się w ulubieńcach 2019. Cena to ok. 200 złotych za uwaga aż 64 g produktu.


Kolejny kosmetyk nie jest zaskoczeniem, mam słabość do tej marki, do tych kosmetyków bo są genialne, Po prostu. To niewątpliwie kosmetyk za którym będę tęskniła-toteż bardzo oszczędnie go używam, jeśli chodzi o ilość a nie częstotliwość. Uwaga-używam go aż dwa razy dziennie. Kolejny produkt który pokochałam tak bardzo, że pojawi się w ulubieńcach 2019-zapewniam. Mowa o The vital balm od oczywiście Josh'a Rosebrook'a-marka na której punkcie totalnie ześwirowałam. O marce więcej mówię w poświęconym jej poście *ZOOM NA MARKĘ* który pojawił się parę postów wstecz.
Vital Balm ma bardzo zaskakującą konsystencję-jest czymś pomiędzy kremem a produktem typu balm-to nie jest balsam, nie potrafię w jednym słowie przetłumaczyć to słowo na polski. W słoiczku jest kremem, o standardowej formie pod palcami jednak staje się wodnisty a aplikując go na twarz jest otulającym olejkiem który jak na oleistą konsystencję wchłania się dosyć szybko. Produkt ten ma za zadanie nawilżyć skórę i owe nawilżenie zatrzymać-produkt idealny na zimę. To idealna hybryda dla skóry normalnej, suchej, odwodnionej i wrażliwej. Aloes, organiczne substancje czynne, bogate oleje roślinne dostarczają składników odżywczych oraz regenerujących skórę, podczas gdy indyjskie nasiona senny-nazywane inaczej "botanicznym kwasem hialuronowym" zwiększają naturalną zdolność komórek skóry do zatrzymywania wilgoci, która jest nam niezbędna do naprawy naszej skóry. Wszystkie te składniki razem zmiękczają, chronią naszą skórę dzięki czemu jest ona po prostu piękna.
Muszę Wam przedstawić pełen skład bo jest genialny:

*Aloe Vera Leaf Juice, *Mango Seed Butter, *Honey, *Indian Senna Seed Extract (Botanical Hyaluronic Acid), *Shea Butter, *Olive Oil, *Avocado Oil, *Jojoba Seed Oil, *Borage Seed Oil, *Evening Primrose Oil, *Sea Buckthorn Oil, *Vitamin E, †Broccoli Seed Oil, *Witch Hazel, *Ashwagandha, *Turmeric, *Rose Hips, *Goji Berry, *Calendula, *Black Cohosh, *Elderberry, *Bladderwrack, *Marshmallow Root, *Ginger, *Fenugreek, *Chickweed, *Licorice, *Raspberry Leaf, *Dandelion, *Sage, *Eyebright, *Milk Thistle, *Rose Petal, *St. John’s Wort, *Cat’s Claw, *Cinnamon, *Lavender, *Ginkgo Biloba, *Gum Arabic, §Xanthan Gum, §Potassium Sorbate, †Blue Tansy Essential Oil, †Ylang Ylang Essential Oil, †Lavender Essential Oil, *Vanilla Extract.

*CERTIFIED ORGANIC, †ORGANIC, ‡WILDCRAFTED, §NON-GMO PLANT SOURCED

Jestem totalnie zakochana w tym kosmetyku i coś czuje, że będzie mi go tak brakować, że zakupie kolejne opakowanie mimo iż jego cena to aż 410 złotych za 45 ml. Cudo nad cudami-tyle.


Ostatni produkt nie jest już tak ekscytujący, bo kto ekscytuje się myciem zębów? Ja...dla mnie to ważna kwestia podwójnie. Od czterech lat noszę aparat na zębach, mycie zębów to moja obsesja i pragnę, pragnę mieć śnieżnobiałe zęby. Stosuje pasty naturalne dodatkowo bez fluoru, czyściłam zęby już sodą, olejem kokosowym ale najczęściej wracałam do tradycyjnych past. Nie sięgam po czarne proszki do mycia zębów bo boje się zafarbowania moich zamków od aparatu-gumek które zmienia się co miesiąc-a z reguły chodzę w bezbarwnych i już wystarczy, że curry często je farbuje i moje zęby wydają się podwójnie żółte :D
Lubię efekt tak czystych zębów, że gdy przejadę językiem po nich to są gładkie no i wybielone oczywiście.
Całkiem przypadkiem wpadłam na markę Georganics podczas jednych z zakupów...co mnie urzekło? Po pierwsze szklane opakowanie oraz metalowa zakrętka a do tego kartonik jest wykonany z papieru rzemieślniczego oraz tuszu warzywnego-ekologia górą!! Po drugie pasta do zębów w formie proszku, niegdyś używałam-ale to były lata temu-pasty w tabletkach od Lush ale tam był SLS i ogólnie nieciekawy skład ale byłam z nich zadowolona. Fajna alternatywna jeśli chodzi o pasty to te w proszku...czy działają jednak? TAK!!! Tylko przypominam jeszcze raz od czterech lat nie stosuje past z fluorem, SLS-ami tylko takie z naturalnym składem, jeśli przejdziecie nagle z pasty silnej z fluorem na tą mówię Wam od razu nie będziecie zadowoleni, bo to nie jest zdzierak :D
Pasta ta zawiera w sobie olej z drzewa herbacianego który jest destylowany parą i certyfikowany ekologicznie- w ofercie jednak znajdziecie także z aktywnym węglem, miętą pieprzową, kokosem oraz mandarynką. Ja wybrałam z olejkiem z drzewa herbacianego ponieważ uwielbiam jego działanie. Leczy on rany, oparzenia, jest idealny do miejscowego stosowania w przypadku infekcji. A ja często przy noszeniu aparatu mam różnego rodzaju otarcia, przetarcia czy afty. Ta pasta nie posiada fluoru, SLS-ÓW  i jest idealnym zamiennikiem past wybielających-bo naprawdę wybiela.
Pasta działa w prosty sposób, musimy nabrać niewielką ilość pasty na szczoteczkę i myć zęby przez 2 minuty. Ja zostawiam powstają "pianę" na chwilę dla dodatkowej remineralizacji. Produkt jest niezwykle wydajny a stosuje go niekiedy aż trzy razy dziennie.
Skład pasty:
Calcium Carbonate^, Caprylic & Capric Triglyceride^, Kaolin^, Cocos Nucifera Oil*^, Butyrospermum Parkii Butter*^, Diatomaceous Earth*^, Sodium Bicarbonate^, Melaleuca Alternifolia Leaf Oil*^, Citrus Limon Peel Oil*^, Cinnamomum Zeylanicum Bark Oil*^, Tocopherol^, Commiphora Myrrha Oil^.
*Organic Certified, ^Food Grade.

Cena to od 50 złotych za 120 ml w sklepach internetowych. Ja zapłaciłam dużo bo aż 52 zł za 60 ml aczkolwiek nie miałam rozeznania i kupiłam ją stacjonarnie. Zapewniam, że wrócę do tego kosmetyku ale może następnym razem z węglem aktywnym-kto wie, kto wie.