piątek, 19 lutego 2016

Sekrety urody aniołków Victoria's Secret.


Zazdrościmy im wszystkiego. Od długich nóg po piękne,grube pukle włosów. Są ideałami kobiety w oczach naszych mężczyzn a my je nienawidzimy. Ale czy warto? Przecież na co dzień do normalne kobiety takie jak my które w większości pozbawione są makijażu. Ja osobiście bardzo lubię ich sposoby pielęgnacji czy to twarzy czy ciała oraz włosów. Są bardzo proste, tanie i naturalne.





Tak więc każda z nas może poczuć się jak aniołek.


Nasz polski aniołek Magdalena Frąckowiak używa pomadki na naprawdę wiele sposobów- nie tylko na usta ale i policzki gwarantując sobie tym samym ekstra blask bez rozświetlaczy, modelka również miesza podkład z kremem nawilżający dla bardziej naturalnego efektu.




Kocham wodę różaną tak jak Behati Prinsloo-nambijska modelka a dodatkowo żona Adama Levine. Owa modelka nigdzie nie rusza się bez buteleczki magicznej wody. Produkt posiada właściwości tonizujące, wygładzające i dodatkowo łagodzi podrażnienia a nawet zmiany trądzikowe.
Ową wodę możesz stosować na włosy-nadaje im blasku i elastyczności.

Josephine Skriver codziennie rano i wieczorem pije szklankę ciepłej wody w ten sposób oczyszcza organizm z toksyn wspomagając przy tym trawienie i balansuje swe pH.




Moja ulubienica jeśli chodzi o aniołki czyli Lily Aldridge która niegdyś była fanką nocnego życia od czasu gdy stała się matką oraz żoną-Caleba Followilla(zazdroszczę!!)  jest rannym ptaszkiem. Co dzień rano pija filiżankę zielonej herbaty po czym udaje się na poranny jogging. Dodatkowo cztery razy w tygodniu ćwiczy balet po czym obowiązkowy stretching. Co do diety to jpija naprawdę dużo wody oraz owocowych i warzywnych koktajli. Co wieczór pomimo natłoku zajęć sprawia sobie spa-peelingi, maseczki ujędrniające i nawilżające. I tak jak ja uwielbia olej kokosowy i stosuje go do nawilżenia całego ciała. 

Alessandra Ambrosio czyli topowy już aniołek stawia na regularne złuszczanie. Raz w tygodniu robi dokładny peeling ciała. Trzy razy natomiast złuszcza twarz. Jest również uzależniona od odżywczych masek do ciała i włosów- w tym przypadku jak Lily Alessandra często stawia na olej kokosowy. Olej kokosowy górą!!! <3 

Mirranda Kerr wierzy, że piękny wygląd skóry zależny jest od diety która w jej przypadku opiera się na świeżych owocach i suplementacji spiruliną. Jest również uzależniona od oleju kokosowego który stosuje w celach spożywczych jak i pielęgnacyjnych. Często również stosuje oliwę z oliwek którą wciera w końcówki włosów bądź jako całonocną maseczkę nawilżającą. Mirranda posiada własne kosmetyki o nazwie Kora Organics.



Adriana Lima- najseksowniejsza kobieta świata- przyznaje że i ona ma problem z wypryskami toteż sięga po olejek z drzewa herbacianego i nakłada go punktowo. Stosuje całorocznie również filtr przeciwsłoneczny ratując w ten sposób swą skórę przed szybkim starzeniem. To tak naprawdę jeden z niewielu nie naturalnych kosmetyków jakich używa-jak twierdzi najlepszą receptą na piękno jest minimalizm kosmetyczny.





Gisele Bundchen jest wielką fanką ostrych potraw które oczyszczają organizm oraz przyśpieszają nasz metabolizm. Uwielbia również spor toteż uprawia jogę, trenuje kung fu oraz intensywnie ćwiczy na świeżym powietrzu.
Modelka bardzo również bardzo ceni sobie kosmetyki firmy RMS Beauty tak jak i Mirranda Kerr- są to naturalne i organiczne kosmetyki kolorowe.



Może i Wy zazdrościcie czegoś Aniołkom? Która Waszym zdaniem jest najpiękniejsza(chociaż to pojęcie względne) oraz dlaczego?






sobota, 6 lutego 2016

ulubieńcy stycznia



Postanowiłam że co miesiąc będę opisywała produkty które wyraźnie mnie zachwyciły danego miesiąca.
Mówię z góry nie zawsze będą to kosmetyki czy to do makijażu czy też pielęgnacji ale i może znajdować się tu jedzenie, gadżety, ubrania albo filmy, książki czy np. piosenka która wywarła na mnie pozytywny wpływ.

Mówię z góry co miesiąc będzie góra 5 ulubieńców gdyż na mnie naprawdę ciężko wywrzeć dobre wrażenie gdyż jestem wymagająca, kupuję naprawdę niewiele gdyż z reguły lubię być wierna kosmetykom które na mnie działają, gdy odnajdę idealny podkład potrafię kupować tylko i wyłącznie jego gdy się skończy.
Tak więc owe posty będą krótkie ale mam nadzieje że ciekawe :)

Perełki stycznia to same kosmetyki-dwa kosmetyki kolorowe, jeden do pielęgnacji oraz jeden na pograniczu kolorówki i pielęgnacji. A raczej każdy z tych produktów jest pielęgnujący...sa to kosmetyki w 100% naturalne z cudownym składem i działaniem.



Pierwszy niech będzie produkt do pielęgnacji i jest to kawowy peeling do twarzy z zawartością witaminy C.
Nie jestem za mechanicznymi peelingami jeśli chodzi o ma twarz gdyż nie ukrywam że jest ona bardzo wrażliwa i bardzo łatwo można ją podrażnić tak więc zawsze stawiałam na peelingi enzymatyczne z niewielką dawką zazwyczaj jakiegoś kwasu. Peeling robię od jednego do dwóch razy w tygodniu gdyż nie czuję większej potrzeby ponieważ moja skóra jest aktualnie naprawdę w rewelacyjnej formie z czego niebywale się cieszę i sądzę że w głównej mierze jest to spowodowane faktem iż przeszłam z wegetarianizmu na weganizm i odstawiłam nabiał który jak się okazało niezwykle mi szkodził.
Ale wracając do produktu...
Owy peeling pochodzi z firmy Eadie Wallace Australia i zakupiłam go w TkMaxxie-jakie tam perełki można odnaleźć, wiem że jeszcze był dostępny peeling do ciała ale muszę wykończyć jeszcze kilogram sody z której najczęściej robię peeling tak więc powstrzymałam się od zakupu.
Produkt ma bardzo przyjazny, krótki i naturalny skład- brązowy cukier, zmielona kawa arabica, sodę, wanilie oraz witaminę C. Produkt pachnie niczym świeżo zaparzona kawa z wanilią, pomimo iż nie pijam kawy niezwykle podoba mi się ten aromat który towarzyszy mi podczas nanoszenia peelingu na twarz. Po jego użyciu twarz jest wyraźnie rozjaśniona, oczyszczona i wygładzona a skóra co najważniejsze nie jest ani podrażniona ani zaczerwieniona i nie czuje szczypania czy pieczenia. Potrzeba naprawdę niewiele ażeby oczyścić nim całą twarz ale i szyję i dekolt- gdyż właśnie na te partie nakładam dodatkowo peeling.
Uwielbiam owy produkt :)




Kolejny produkt to coś na pograniczu kolorówki ale i pielęgnacji gdyż upiększa ale i pielęgnuje dokładnie brwi.
Od dawna szukałam żelu do brwi ale i rzęs...mam to szczęście że jestem posiadaczką ciemnych z natury brwi jak i rzęs równie gęstych i długich toteż nie dorysowuje sobie brwi ani też na co dzień nie maluje rzęs tuszem. Zależy mi jedynie aby "ogarnąć" z rana niesforne brwi oraz zakręcić delikatnie i usztywnić me rzęsy...początkowo używałam bezbarwnego tuszu do rzęs z miss sporty ale nie dość że śmierdział dla mnie chemią to dodatkowo miss sporty testuje swe produkty na zwierzętach. Bardzo ciekawił mnie żel do brwi transparentny z Anastasia Beveryl Hills(owa firma na szczęście nie testuje swych produktów na zwierzętach) ale niestety produkt nie jest dostępny w Polsce a dodatkowo jest dosyć drogi jak na żel do brwi. I tak oto natknęłam się na produkt z Lavera który nazywa się eyebrown styling gel który wiem że też dostępny jest w kolorze brązowym. Kosztuje ok 35 złotych i jest w 100 procentach kosmetykiem naturalnym. I produkt ten oprócz tego że świetnie utrwala me brwi, podkręca me rzęsy, pięknie pachnie to i cudownie je pielęgnuje.
Kombinacja starannie dobranych ekstraktów z korzenia lukrecji, rokitnika zwyczajnego,malwy,kwiatu limonki i róży nadaje im naturalnego blasku. Opakowanie jest bardzo poręczne i praktyczne gdyż oprócz zwykłej szczoteczki mamy grzebyk którym możemy rozczesać brwi. Tak oto znalazłam swój idealny żel do brwi.
Oto skłąd produktu: wodno-alkoholowy wyciąg z kwiatu róży*, wosk pszczeli*, kwas stearynowy, ester jojoby, algina, olej arganowy*, tlenki żelaza, szelak, ekstrakt z korzenia lukrecji, ekstrakt z rokitnika*, masło shea*, olej z orzechów kokosowych*, olej z lnicznika, masło kakowe, oliwa z oliwek*, lecytyna, ekstrakt z kwiatu malwy*, ekstrakt z kwiatu lipy*, mika, dwutlenek tytanu, witamina C, witamina E, olej z kwiatu słonecznika, mieszanka naturalnych olejków eterycznych


Pozostałe dwa produkty jest to typowa kolorówka ale jakże naturalna.




Na firmę RMS oraz ten produkt natrafiłam zupełnie przypadkiem oglądając filmik na Youtube youtuberki-Megilounge  na której kanał serdecznie Was zapraszam. Ona właśnie tam zachwalała rozświetlasz w kremie
 tej marki.. Produkt kusił mnie od dawna aż w końcu odnalazłam sklep internetowy który w swej ofercie ma 
produkty RMS ale i innych naturalnych, cudownych firm.
Uwielbiam naturalne rozświetlenie, jakoże jestem posiadaczką cery suchej nie potrzebuje matu tak więc w swej
kosmetyczce nie posiadam nawet pudru. Ale rozświetlacz to mój must have jak nie w formie kremowej to sypkiej
a jak nie sypkiej to wypiekanej albo chociaż w formie bazy czy olejku. Dla mnie glow jest równe ze zdrową, 
odżywiona skórą.Living luminizer podkreśla młodzieńczy blask skóry, a jednocześnie nie klei się, nie jest tłusty i nie zawiera brokatowych drobinek.Jeden uniwersalny odcień - przejrzysty, połyskujący i rozświetlający kolor dający transparentne, perłowo-satynowe wykończenie. Odcień idealny dla wszystkich odcieni skóry. Jest to bardziej pewnego rodzaju tafla która z każdym ruchem odbija pięknie światło. Po prostu to jest poezja gdyż błysk nie jest nachalny ale jest widoczny, to wręcz mokry efekt.
RMS living luminzer to bestseller owej marki ale to nie jedyny produkt który jest wart wypróbowania. Ja w swojej
 kolekcji mam już 4 produkty tej firmy i zapewniam że nie będą to ostatnie zakupy.
Każdy produkt firmy RMS opart jest na oleju kokosowym który tak bardzo uwielbiam. Produkt zamknięty jest w bardzo minimalistycznym, szklanym słoiczku jak każdy produkt tej marki.
Zachęcam Was do dowiedzenia tej strony warsztat piękna i zapoznania się z pełna ofertą owej marki.
Cudowne składy, świetnie działanie, sama natura....czego chcieć więcej?
Co ważne produkt jest nietestowany na zwierzętach jak każdy inny tej firmy.

Oto skład produktu:  Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, *Cocos Nucifera (Coconut) Oil, *Cera Alba (Beeswax), *Rosmarinus officinalis (Rosemary) Extract, and may contain [+/- Titanium Dioxide CI77891, Mica CI 77019]




Ostatni produkt to korektor. Jestem ich wielką fanką, lubuje się w tych w formie kremowej jak i tych rozświetlających, bardzo lubię testować również nowe ale zawsze wraca do tych wypróbowanych.
Całkiem przypadkiem podczas jednych z zakupów natrafiłam na kamuflaż firmy 100% Pure- tak jak mówi ich nazwa są one w 100% czyste. Naturalne i niestestowane również na zwierzętach.
Korektor świetnie współgra z podkładami czy to w formie płynnej, kremowej czy sypkiej ale i również raz używałam go jako podkładu. Nie pudruje go nigdy i utrzymuje się prze cały dzień, nie ściera nie roluje oraz nie wchodzi w zmarszczki mimiczne. Produkt ten w 100% zawiera pigmenty z owoców. Stosuje go na wypryski, przebarwienia ale i również pod oczy i nie wysusza bardzo wrażliwych partii. Sądze jednak że nie poradzi sobie z mocnymi przebarwieniami czy też rozległym trądzikiem ale ja nawet aż tak wielkiego krycia nie oczekuje od owego korektora. Widzę gdy nałoże owy produkt na wyprysk ten jest wyraźnie uspokojony i szybciej zanika.
Produkt ma naprawdę cudowny skład: Zinc Oxide, Shea Butter, Candelelia Wax, Extracts of Organic Green Coffee*, Organic Rice Powder*, Peach, Carrot, Cocoa, Apricot, Lavender Powder, Chamomile, Organic Rosehip Oil*, Vitamin E (a-tocopherol), Vitamin C (ascorbyl palmitate), Cocoa Butter, Extracts of Organic Rosemary*, Organic Oregano*, Organic Thyme*, Organic Grapefruit Seed* and Organic Goldenseal*

A dostępny jest na stronie plantsforbeauty.


Mam nadzieje że podoba Wam się post i przyjmie się nowa seria na moim blogu. Obiecuje być systematyczna w pisaniu tego rodzaju postów.
Co sądzicie o moich ulubieńcach? A może to i Wasi ulubieńcach?

piątek, 5 lutego 2016

Na czym polega tajemnica perfekcyjnej cery azjatek?




Cera Azjatek-gładka, rozpromieniona, pozbawiona trądziku oraz przebarwień, jest traktowana jako wzór i cel naszych starań. Wydajemy fortunę ażeby cieszyć się takim efektem jak i one. Kolejną fortunę przeznaczamy na nieodpowiednie kosmetyki. Dajemy się również nabrać na wiele marketingowych sztuczek ponieważ ci, którzy pracują w dziale reklamy doskonale wiedzą, że dodanie "azjatycki" spowoduje wzrost sprzedaży.

Azjatki opierają swą pielęgnację na zupełnie innych metodach aniżeli my. Patrzą na cerę w szerszym kontekście i wiedzą co naprawdę czyni ją zdrową i piękną. Wiedzą również, że to nie makijaż sprawia,że jesteśmy piękne. Jest to ostatnia rzecz jakiej ufają.




Ich sekret tkwi w 6 prostych krokach.
Te triki są warte wypróbowania.

* Azjatki uwielbiają opluskiwać twarz. Wiem, brzmi to dziwnie. Cel wielokrotnego ochlapywania twarzy wodą jest prosty. Azjatki w ten sposób usuwają kosmetyki oczyszczające. Niedokładnie spłukany żel do twarzy zatyka pory i sprawia, że nasza cera wygląda niekiedy gorzej niż gdybyśmy go w ogóle na nią nie nałożyły. Azjatki tak więc opłukuje twarz przynajmniej 10 razy.

* Azjatki, w przeciwieństwie od Amerykanek czy Europejek, bardzo serio traktują mięśnie twarzy. I dbają o nie częściej niż o makijażowe nowości. Kobiety te wierzą,że stan naszej skóry w dużej jak i nie największej mierze uzależniony jest od stanu mięśni twarzy, bo to  przecież na nich skóra jest osadzona. Azjatki wykonują masaż twarzy co dzień. Jest kilka technik, ponieważ mięśnie twarzy także podzielone są na grupy. Najpierw okrężnymi ruchami wykonują delikatny masaż całej twarzy, a potem głównie skupiają się na czole. Ruchami odpowiednimi palców wskazujących rozmasowują "lwią zmarszczkę" oraz zmarszczki poziome.

* Jeden dzień w tygodniu dają swej skórze odpocząć. Nie nakładają nic ani makijażu ani kosmetyków pielęgnacyjnych.
Dają w ten sposób skórze odpocząć, gdyż taki trick pomaga skórze przywrócić w naturalny sposób równowagę. Wszystkie procesy metaboliczne mają szansę się wyrównać i w ten sposób działać dużo lepiej. Ta metoda jest warta wypróbowania.

* Kobiety z Azji odżywiają skórę przede wszystkim od środka. Ich jadłospis jest zbilansowany i bogaty we wszystkie dobroczynne składniki. Azjatki jedzą bardzo dużo warzyw, owoców i roślin strączkowych- głównie fasoli. Ich dieta jest bogata w witaminy i mikroelementy, odpowiedzialne m.in. za wygląd cery. Unikają fast foodów i piją bardzo dużo wody.




* Nie od dziś wiadomo, że Azjatki przykładają się do pielęgnacji o wiele mocniej niż do makijażu. Dbają o optymalne nawilżenie i oczyszczenie. Wykonują peeling każdego dnia. Nie eksperymentują z nowościami, a ich pielęgnacja jest na podstawowych krokach i prostych naturalnych składnikach.

* Makijaż Azjatek jest zawsze bardzo subtelny- dlatego właśnie tak młodo wyglądają. Czy ktoś widział kiedyś Japonkę z wykonturowaną bronzerem twarzą? No właśnie- to wyjaśnia wiele. Azjatki stawiają na wyjątkowo lekkie kremy BB( bardzo rzadko stosują podkłady) które prócz właściwości wyrównujących koloryt skóry, pielęgnują ją. Prawdziwe kremy BB- które są dostępne jedynie w Azji- zawierają liczne wyciągi oraz ekstrakty, które nawilżają skórę i opóźniają procesy jej starzenia.
Sekret jej pięknej skóry tkwi również w tym, iż zmywają one makijaż od razu po przyjściu z pracy czy szkoły oraz nigdy nie używają tuszu wodoodpornego.



piątek, 29 stycznia 2016

Ulubieńcy kosmetyczni roku 2015- pielęgnacja twarzy.



W końcu udało mi się usiąść, znaleźć chwilkę i napisać ten post. Ulubieńców do pielęgnacji jest zdecydowanie więcej aniżeli do makijażu z bardzo prostego powodu. Nie jestem wielką fanką makijażu, lubię odnajdywać nowe kosmetyczne perełki, relaksuje mnie wykonywanie porannego makijażu ale nie czuje żadnej presji gdy wyjdę z domu bez makijażu. Mam jedynie fioła na punkcie korektorów- mam ich aktualnie pięć.




 Ale wracając do pielęgnacji twarzy w tamtym roku bardzo dużo użytkowałam produktów, niektórzy zagościli już na stałe a inni ale nie ale te 9 produktów oraz jeden gadżet do twarzy zdobyli me serce.




Pierwszą warstwę a raczej całą warstwę makijażu zmywam olejkiem. Początkowo robiłam to zwykłym nierafinowanym olejem kokosowym, aczkolwiek ma skóra twarzy wielce nie przepada za nim-skóra pod oczami jednak to co innego-jednak w końcu wpadłam na olejek do demakijażu naszej rodzimej marki Resibo.
Jakoś pierwszą buteleczkę zakupiłam w marcu tamtego roku i skończyłam ją w październiku i bez zastanowienia zakupiłam drugą buteleczkę.
Usuwa makijaż dokładnie a przy tym bardzo delikatnie. Skóra po nim jest gładka, oczyszczona i przyjemna w dotyku.
Olejek w swym składzie ma olej abisyński, manuka, lniany, z pestek winogron oraz witaminę E. cudowny skład, przystępna cena, wydajność no i zakupując owy produkt wspieramy świetną polską, naturalną markę. Czego chcieć więcej?




Kolejny krok to umycie twarzy przy użyciu jakiegoś żelu czy mydełka. Ja od lutego do końca roku, a nawet
i teraz postawiłam na mydełko firmy Lush o nazwie CoalFace.
To czarne mydełko zawiera wyciąg z korzeni lukrecji oraz węgiel drzewny. I pomimo, iz jestem posiadaczką skóry bardzo wrażliwej lubię je. Oprócz oczyszczenia, mydełko przyjemnie peelinguje skórę. Mydełko niestety w składzie posiada SLS tak więc nie polecam go osobą którym to przeszkadza.




Kolejny będzie gadżet urodowy, który marzył mi się od dłuższego czasu. Foreo Luna, mówi Wam to coś?
Urządzenie do oczyszczania twarzy. Moja twarz a szczególnie partia na nosie walczy z wągrami i dzięki temu urządzeniu owe nieprzyjemne kropeczki znikają. Ja zakupiłam tą w wersji mini, nie dość że cudownie oczyszcza to i masuje.



Ten produkt całkowicie skradł me serce i bardzo żałuje, że nie wykupiłam całego TkMaxx-u z jego zapasów.
Mowa tutaj o toniku amerykańskiej firmy Jeffrey James Botanicals- która jest firmą naturalną oraz nietestującą swych produktów na zwierzętach. Aktualnie używam czwarte opakowanie tego produktu, jednakże nie jako toniku ale utrwalacza makijażu.
Dwie butelki zużyłam na przemywanie twarzy i oczyszczał pięknie twarz, rozjaśniał ją dzięki zawartości
witaminy C, nawilżał oraz tonizował. Twarz wyglądała na wyraźnie wypoczętą. Po prostu oddychała.
W TkMaxxie kupowałam je po 30 złotych a jego cena regularna to ok. 110 złotych.
Korzystam z niego okazjonalnie, gdyż pozostało mi mniej niż połowa opakowanie, a żaden fixer-nawet ten z Inglota, tak mnie nie zauroczył jak ten tonik.


W moich ulubieńcach zabraknie na pewno peelingu. Kończę właśnie jedyny peeling z tamtego roku firmy Korres z kwasami AHA ale nie wypowiadam się na jego temat bo nie powalił mnie na nogi.

Pojawią się za to dwie maseczki.





Pierwsza to błoto kosmetyczne z Morza Martwego którą stosuje na całą twarz ale i punktowo, jak również na całe ciało oraz włosy. Te błoto to bomba mineralna dla skóry. Nie pachnie może zachęcająco, nie wygląda również ale działa. Błoto świetnie odżywia skórę- dotlenia ją, oczyszcza-pochłania nadmiar sebum, zmniejsza pory, ujędrnia skórę. Skóra staje się napięta oraz wyraźnie nabiera zdrowego kolorytu. Pomaga w walce z trądzikiem i mogę porównać ją do tych maseczek z firmy Glamglow które kosztują powyżej 200 złotych a ja 200g błota zakupiłam za 14,90. Gdy wyskoczy mi niespodzianka, nakładam na nią błoto i skóra uspokaja się a pryszcz następnego dnia znika.



Jestem wielką fanką kwasu hialuronowego i nic nie sprawiło, że moja skóra wygląda tak dobrze w tamtym roku, prócz właśnie tego kwasu. Kwas ten świetnie wiąże wodę i zatrzymuje ją w skórze przez co bardzo szybko poprawia jędrność oraz gładkość naskórka. Produkt ten również ma działanie wypełniania głębokich zmarszczek. Polecam także używać kwasu na skórę głowy, gdyż przyśpiesza porost włosów oraz działa na nie odżywczo i regenerująco. Można zakupić kwas hialuronowy w formie proszku czy też żelu, ja stosuje 1% stężenia, natomiast moja mam(lat 40) 3%-dla lepszego efektu. Zawsze mam w zapasie dodatkową buteleczkę tego kwasu.





Powracając jeszcze do maseczek, kolejne maseczki skradły me serce. A to za sprawą mej siostry, która wciąż powtarzała bym zakupiła jej maseczki z Douglasa, gdy będę w galerii. No i ciągle zwlekałam z tym zakupem ale w końcu gdy jej kupiłam to i ja straciłam dla nich głowę. Szczerze, nie mam już żadnych innych maseczek gotowych aniżeli firmy Montagne Jeunesse.
Pierwsza jest głęboko oczyszczająca z białą czekoladą, która oczyszcza tak, że mojej siostrze dzięki niej zniknął prosak. Wygładza skórę, oczyszcza ją bez uczucia ściągnięcia a do tego one tak smakowicie pachną.
Produkty tej firmy są nietestowane na zwierzętach a niektóre maseczki są idealne dla wegan.

Kolejna maseczka sprawdza się mi gdy czuje, że ma skóra chce "pić". Truskawkowa wersja świetnie nawilża oraz napina suchą skórę przy tym odblokowuje pory. I również przecudownie pachnie. Obie maseczki mają również bardzo przyjemne składy. Kosztują 6,50 za saszetkę(15ml) w perfumerii Douglas.

Przejdźmy teraz do pielęgnacji.

Od ponad roku nie stosuje kremów.Nie działały na mnie a wręcz przeciwnie sprawiały, że moja skóra czuła się gorzej. Nie stosuje nic w formie kremu czy też balsamu a nawet emulsji. Nawet ciało nawilżam olejami i także właśnie twarz.
Szczególnie wyróżniłam dwa. Oczywiście moim ciągłym ulubieńcem jest olej arganowy jak i jojoba. To bardzo uniwersalne oleje i sprawdzą się u każdego do wszystkiego.

Pierwszy będzie olejek który ok. miesiąc temu skończył mi się i pamiętam że pod koniec bardzo oszczędnie go używałam, gdyż po pierwsze nie jest dostępny w Polsce- zakupiłam go w TkMaxxie już jakiś czas temu a po drugie jego regularna cena na oficjalnej stronie jest bardzo wysoka-prawie 200 złotych.
Mowa tu o produkcie firmy Jeffrey James Botanicals-można powiedzieć, że to moja ulubiona marka tamtego roku.
Uwielbiam efekt glow na twarzy czy to za sprawą makijażu jak i pielęgnacji. Dla mnie glow równa się zdrowa skóra.
Produkt ten właśnie nazywa się "The Glow" i jest w formie olejku żółtego, pięknie pachnącego toteż głównie używałam go na noc wykonując masaż twarzy.
Olejek ten balansuje pH skóry przez co wygląda ona na zdrową i jest bardziej wręcz lśniąca. Dodaje on energii, skóra wygląda bardzo świeżo, jest wyraźnie nawilżona i napięta. Bardzo ładnie również ją regeneruje. Pory po użyciu tego olejku są wyraźnie wygładzone a skóra twarzy jest delikatna i gładka w dotyku.
Brakuje mi tego olejku i coraz bardziej się zastanawiam czy nie zakupić go ponownie- tyleże tym razem nie wydam 40 złotych a 200. Ale on jest tego wart.






Kolejny będzie olej z nasion malin który zakupiłam od Ministerstwa Dobrego Mydła-bardzo lubię ta nazwę. To mała rodzinna firma, która jest przecudowna. Początkowo dwie siostry-Ania i Ula tworzyły jedynie cudowne mydła a potem rozszerzyły asortyment o kulę do kąpieli, różnego rodzaju surowce czy masła.
Właśnie jedynym z tych surowców jest olejek.
Początkowo zakupiłam go z myślą o mężczyźnie który ma problem z trądzikiem, ale jak to w życiu bywa ostatecznie zatrzymałam go dla siebie. Uwielbiam jego zapach- bardzo intensywny, ziemisty który utlenia się gdy nakładamy go na twarz. Jest lekki i bardzo aksamitny, świetnie sprawdza się pod makijaż.
Cudownie twarz uelastycznia, łagodzi i odbudowuje uszkodzony naskórek- chwilami zmagam się z niewielkimi zmianami skórnymi.
Nie zatyka porów- a to dla mnie bardzo ważne, ma działanie antybakteryjne, świetnie nawilża a przy tym nie pojawiają się na mej twarzy nowe krostki czy zaskórniki. No i co ważne ma w sobie naturalny filtr przeciwsłoneczny. Aktualnie nie ma go na mojej "półce" i bardzo ubolewam nad tym, gdyż brakuje mi go, ale mam jeszcze parę olei które muszę skończyć i wtedy ponownie go zakupie.




 Ostatnią rzeczą jest coś na każdą kieszeń jak i również ogólnodostępne. Mowa tutaj o pomadce rumiankowej firmy Alterra, koszt to ok. 5-6 złotych. I pomimo, iż to jest balsam do ust, ja używam go do brwi i rzęs. Owy produkt  świetnie sprawdza się w tej roli. Rzęsy i brwi szybciej dzięki niej rosną, są wyraźnie gęstsze i dłuższe oraz bardziej czarne. Ja naturalnie mam bardzo ciemne brwi jak i rzęsy ale ta pomadka wyraźnie pogłębia ten kolor. Pomadka w żaden sposób nie podrażnia mych oczu a to bardzo często zdarzało się gdy używałam typowych odżywek do rzęs.



To już wszyscy ulubieńcy roku 2015.
Bardzo chętnie poczytam o waszych ulubieńcach, o produktach które zrobiły na was ogromne wrażenie.
A może mieliście przyjemność stosować te kosmetyki które zawarłam w  tym poście?
Komentujcie. :)