piątek, 9 marca 2018

GLINKA ODPOWIEDNIA DLA CIEBIE.


Wiosna tuż, tuż....zauważyłyście, że właśnie podczas tej pory roku zmienia się z reguły nasze podejście do pielęgnacji. W kąt idą tłuste kremy a sięgamy po konsystencję lekkie i często oczyszczające. 
Aby nie nakładać na twarz zbyt wiele chemii a przy tym nie zbankrutować polecam Wam sięgnąć po glinki. W zależności jaką wybierzemy uzyskamy inne efekty a jeśli dodatkowo dobierzemy idealną dla naszego typu skóry zdziała ona cuda. 



Gliny kosmetyczne zawierają wszystkie potrzebne marko i mikroelementy w łatwo przyswajalnej formie: żelazo, wapń, magnez, fosfor, cynk, selen, miedź i inne.

Zielona glinka(glinka francuska)-swój piękny kolor zawdzięcza obecności jonów żelaza dwuwartościowego. Najlepsza do skóry tłustej, mieszanej, trądzikowej ale i z egzemą czy łuszczycą. Ma właściwości dezynfekujące, gojące a także odtłuszczające, oczyszczające a co najważniejsze regenerujące. 
NIE dla skór suchych i delikatnych. Dzięki właściwością antyseptycznym hamuje namnażanie bakterii zarówno gnilnych jak i fermentacyjnych co umożliwia głębsze oczyszczenie skóry.

!!!Glinki są odpowiednie dla każdego rodzaju skóry, jeśli jednak jesteś posiadaczką cery suchej warto do niej dodać oliwę lub żółtko. Pasty wcale nie musisz aplikować na całą twarz a jedynie punktowo czy partiami(tam gdzie masz największy problem z cerą). Glinki nadają się nie tylko do nakładania jako maseczki na twarz ale do mycia zębów i włosów. Aby nie nabałaganić podczas jej zmywania polecam Ci zmywać ją za pomocą naturalnej gąbki chociażby konjac lub bawełnianą gąbeczką zamoczoną w letniej wodzie!!!

Glinka porcelanowa  bardziej znana pod nazwą biała lub po prostu kaolinowa jest najpopularniejszą z glinek. Posiada właściwości ściągające, regenerujące oraz odżywiające co sprawia, że idealnie sprawdzi się podczas pielęgnacji skóry suchej, delikatnej, wrażliwej jak i zmęczonej. Działa łagodząco oraz zabliźniająco co za tym idzie poprawia koloryt naszej skóry. Jest ona tak delikatna, że wykorzystuje się ją w pudrach dla niemowlaków.

Glinka bentonitowa bardziej znana pod nazwą błękitna jest idealną pielęgnacją do cery tłustej, skłonnej do wyprysków, skóry trądzikowej, łojotokowej z egzemą i łuszczycą. Ten rodzaj glinki ma szczególne właściwości absorbujące-wchłania nadmiar sebum, nieczystości, obumarłe komórki naskórka i mineralizuje dodatkowo skórę. Wnika głęboko w skórę a nie tylko działa powierzchniowo poprawia przy tym krążenie oraz odżywia tkanki, sprzyja regeneracji komórek naskórka....polecam również stosować ją na ciało bo redukuje cellulit.

Czerwona glinka ma bardzo podobne właściwości co glinka zielona-absorbuje sebum i zanieczyszczenia dlatego jest idealna do skóry tłustej ale ponieważ jest łagodniejsza aniżeli zielona sprawdzi się również przy skórze wrażliwej i naczynkowej. Uszczelnia i obkurcza naczynia krwionośne, pomaga w leczeniu trądziku różowatego. Po jej użyciu skóra jest dłużej świeża i gładka ponieważ zapobiega rozszerzaniu naczynek krwionośnych.

!!!Podczas zakupu glinki powinnaś zwrócić uwagę na zawartość substancji aktywnej. Najlepsze są glinki medyczne i kosmetyczne mają ją na poziomie od 95% do 98%, drugim ważnym aspektem jest sprawdzenie czy do kosmetyku zostały dodane substancję zapachowe, antyzbrylacze, emulgatory oraz substancję chemiczne które obniżają działanie glinki. Pomimo iż glinka zanieczyszczona jest tańsza, warto dołożyć parę złotych i kupić produkt lepszej jakości ponieważ efekt stosowania będzie o wiele lepszy!!!


Żółta glinka różni się jedynie kolorem od glinki czerwonej oraz zawartością tlenku żelaza, bo w tej glince jest go więcej. Odpowiednia dla cery dojrzałej, tłustej, mieszanej i trądzikowej.

Różowa glinka(francuska różowa glinka) jest glinką stworzoną sztucznie, to połączenie glinki czerwonej i białej w proporcjach 1:2 dzięki czemu ma zabarwienie delikatnego różu. Jest idealna dla skóry wrażliwej i delikatnej a nawet ze skłonnościami do alergii i podrażnień. Można ją stosować również do cer mieszanych i suchych. Posiada właściwości ściągające, cera po jej zmyciu wygląda po prostu zdrowej, jest ukojona oraz odprężona. To moja ulubiona glinka.

Glinka Ghassoul inaczej nazywana czerwoną glinką marokańską jest idealna do pielęgnacji cery tłustej oraz trądzikowej gdyż redukuje nadmiar sebum, matuje oraz odświeża. Ja z reguły stosowałam ową glinkę na przetłuszczającą się skórę głowy, bo do mojej delikatnej skóry twarzy nie nadawała się-niezwykle wysusza. 

Polecam Wam byście nie pozostawiały glinki do całkowitego wyschnięcia bo może zrobić więcej szkody aniżeli pożytku, warto ją co jakiś czas zraszać najlepiej ulubionym hydrolatem czy tonikiem...dodając do glinki w proszku czy to żelu aloesowego, wody różanej, ulubionego czystego olejku a nawet jajka stworzymy jeszcze lepszą maseczkę. Glinki w proszku to idealna baza do wykonania swojej własnej maseczki. Zachęcam Was do eksperymentowania :) Jesteście fankami glinek?



wtorek, 6 marca 2018

ULUBIEŃCY OSTATNICH MIESIĘCY.


 Dawno nie mówiłam Wam o moich ulubieńcach, bo ostatni taki post pojawił się w październiku. Ale oczywiście nie oznacza to, że żaden kosmetyk przez ten okres czasu nie zrobił na mnie dobrego wrażenia bo jest wręcz przeciwnie. Mam nadzieje, że teraz będę przychodziła regularnie co miesiąc z ulubieńcami.

Dziś przedstawię Wam kosmetyki które używam już jakiś czas, niektóre dobijają dna inne są już puste a jeden kosmetyk nawet zakupiłam po raz kolejny. Przeważa marka Alkemie w tych ulubieńcach ale cóż jakże mogło być inaczej skoro od października zakupiłam naprawdę sporo kosmetyków tej marki i wciąż przygotowuje się do takiej dużej recenzji ich kosmetyków(ale to w swoim czasie).



Zacznę od ciała bo tutaj pojawią się aż dwa kosmetyki.

Zacznę od czegoś co zakupiłam w TkMaxxie w bardzo promocyjnej cenie bo za 30 złotych-a wtedy zakupiłam na zapas jeszcze dwa opakowania :D). Jeśli chodzi o mycie ciała z reguły stosowałam mydła od Ministerstwa Dobrego Mydła, od produktu do mycia ciała oczekuje by oczyściło moje ciało skutecznie ale delikatnie i nic poza tym, bo i tak po prysznicu stosuje na ciało czy to balsam czy też olejki i w ten sposób nawilżam ciało. Nie zwracam uwagi również na zapach, jestem wręcz zdania, że gdy coś nieprzyjemnie pachnie to działa tak więc nie dla mnie sztuczne zapachy. Ale ten produkt głównie pokochałam właśnie przez zapach...raczej wątpię, że zapłaciłabym za niego ok 150 złotych(taka jest jego oryginalna cena) bo nie lubię przepłacać za produkt który ma tylko oczyścić ciało. Mowa tutaj o żelu pod prysznic marki Aromatherapy Associates De-stress body wash...cudowne opakowanie typu air less(plastikowe przez to nic złego się z nim nie stanie gdy wyślizgnie się nam z ręki)dzięki czemu wykończymy produkt do samego końca. Nie pieni się nazbyt mocno ale to dzięki braku SLS-ów w składzie które są złe, pamiętajcie :p nie podrażnia skóry, nie wysusza ale również nie nawilża jest powiedziałabym w tej kwestii neutralny, wygładza a również jak pięknie pachnie. Nazywa się De-stress i właśnie taki jest..ja po ciężkim dniu siadam pod prysznicem i delikatnie masuje każdy fragment mego ciała tym żelem, nie spiesząc się daje ukoić mu moje zmysły, rozluźnić mięśnie oraz złagodzić ból...po prysznicu z tym żelem śpię niczym zabita a to dzięki olejkom eterycznym z dzikiego rumianku, kadzidła, rozmarynu oraz liści dzikiej pomarańczy-uwielbiam ten zapach. Jeśli znajdziecie owy żel w TkMaxxie w okazyjnej cenie nie zastanawiajcie się tylko kupujcie, nawet na zapas :D


Drugim kosmetykiem który jest bardzo ważny jeśli chodzi o utrzymanie czystości naszego ciała a raczej pach jest dezodorant. Od trzech lat stosuje jedynie naturalne dezodoranty są one zawsze w postaci sztyftu..czasami przewijały się również takie w słoiczku do nakładania szpatułką ale z naturalnymi dezodorantami jest u mnie tak, że działają ale tylko do pewnego czasu i przestają-z reguły o wiele wcześniej aniżeli zużyje opakowanie. Pamiętajcie jednak, że dezodorant nie ma za zadanie zatrzymać produkcję potu a jedynie zneutralizować jego zapach, pocenie się to naturalny proces którego nie warto zaburzać. Nie powiem, że mój pot pięknie pachnie oczywiście to wszystko również zależy od tego jaki tryb życia prowadzimy, co jemy oraz czy jesteśmy w stresującej dla nas sytuacji...od pewnego czasu gdy wróciłam ponownie do całkowitej zdrowej diety zapach stał się neutralny ale w ryzach mój pot utrzymuje również dezodorant marki Agent Nateur N3 holi stick deodorant. Uwielbiam go! Już nawet przemilczę fakt, że otrzymałam zepsute opakowanie i muszę nakładać go palcami(sztyft zamiast wyjść to kręci się wokół własnej osi). Produkt nie należy do najtańszych bo za 50ml dezodorantu musimy zapłacić ok. 90 złotych ale ten naturalny dezodorant działa i nie podrażnia moich pach pomimo zawartości sody oczyszczonej(a mam bardzo wrażliwe pachy, mimo iż ich nie golę bo jestem po zabiegach depilacji laserowej). Pachy wręcz są ukojone i nawilżone. Jest on wykonywany ręcznie co czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym, nie zawiera żadnych substancji chemicznych, jest nietoksyczny dla otoczenia i dla nas. Powiem Wam szczerze działa do dwóch dni-okłamałabym Was pisząc, że kąpie się każdego dnia dwa razy dziennie, ja nie jestem wyznawczynią, że trzeba kąpać się każdego dnia-chyba, że miałam ciężki dzień czy ćwiczyłam. Kosmetyk pachnie niezwykle luksusowo i delikatnie-lawenda, eukaliptus i miód. Wcale nie musisz aplikować go dużo by działał, niewielka już ilość działa cuda. Jest unisex a więc jest odpowiedni dla Ciebie jak i twojego mężczyzny. Uwielbiam i wiem, że będę do niego wracać. Ja swój ściągałam aż z Kanady ale od niedawna jest dostępny na stronie naturissimo.


A teraz pora na twarz i tutaj przedstawię Wam same perełki i to tylko i wyłącznie polskich marek.

Resibo jest marką dobrze mi znaną już od paru lat jak nie zachwyciłam się ich serum wygładzającym-nie widziałam naprawdę żadnych rezultatów podczas jego stosowania, tak już od dwóch lat co jakiś czas wracam do ich olejku do demakijażu który jest najlepszym produktem tej w tej cenie na rynku. Jak nie lubię ich produktów typowo do pielęgnacji jak kremy czy olejki tak te do demakijażu są cudowne. Multifunkcyjny peeling do twarzy to istne cudo...jaki ten kosmetyk jest dobry nawet sobie nie wyobrażacie. W cenie 79 zł/75ml otrzymujemy  w konsystencji kremowy produkt z delikatnymi drobinkami który zarówno może być stosowany jako peeling mechaniczny ale i enzymatyczny. Ja stosuje go każdego dnia po demakijażu twarzy...dwa razy w tygodniu jako peeling enzymatyczny zaś pięć razy jako peeling mechaniczny. Początkowo obawiałam się jego stosowania jako zdzierak bo posiadam skórę delikatną, suchą i wrażliwą jednak kosmetyk okazał się niezwykle delikatny a zarazem bardzo skuteczny. Skóa w żaden sposób nie jest podrażniona, wysuszona...za to jest wygładzona, delikatnie nawilżona, jędrna i pulchna a do tego ukojona i promienna. Produkt dodatkowo jest niezwykle wydajny bo stosuje go każdego dnia i sobie go nie żałuje a stosuje już go trzy miesiące, cena jest także niezwykle niska jak za tak dobry produkt.
Trójpeptyd perfectionpeptide P3 przyśpiesza odnowę naskórka, wpływa na poziom nawilżenia oraz wygładza go, ekstrakt z owocu papai poprawia koloryt i ogólny stan skóry, biała glinka nie tylko ma za zadanie złuszczyć naszą skórę ale i ją odżywić, poprawić koloryt oraz złagodzić podrażnienia.
Skóra wedle zapewnień producenta z każdym dniem staje się zdrowsza, gładsza, odżywiona i promienna jest jak nowa i ja totalnie się z tym zgadzam. Polecam Wam z ręką na sercu ten cudowny produkt.

Teraz pora aż na trzy kosmetyki marki Alkemie, wszystkie pochodzą z serii microbiome-która jest moją ulubioną serią tej marki, po prostu jest najbardziej dopasowana do mojej skóry oraz jej potrzeb. To seria którą nazwałabym wręcz ratunkową...delikatna, kojąca ale i niezwykle działająca.

Zacznę od pianki i powiecie to tylko pianka i owszem nie ma w niej nic nazbyt nadzwyczajnego bo to pianka ale...Foa-m my god! to naprawdę ekstremalnie łagodna pianka do mycia twarzy, która nawet gdy wpadnie mi jakimś cudem do oka nie szczypie. Świetnie odświeża skórę, bardzo delikatnie ale również efektywnie, jedna pełna pompka pozwala na demakijaż całej twarzy, pianka jest delikatnie zbita, wystarczająco się pieni. Po jej zmyciu skóra nie jest zaczerwieniona a tym bardziej wysuszona. Nie chcę zbytnio rozpisywać się tutaj o kosmetykach marki Alkemie bo chciałabym o wszystkim Wam powiedzieć w pełnych recenzjach ich produktów. Cena to 89 złotych za 150 ml-produkt jest niezwykle wydajny bo ja już używam go 7 miesiąc i jeszcze trochę mi go zostało a sobie jej nie żałuje.

Serum które teraz Wam przedstawię zmieniło wygląd mojej skóry i to dosłownie, bo jest to kosmetyk który można porównać do mężczyzny którego kochamy ale który nie bierze nas na poważnie. Mowa tutaj o Liquid shield S.O.S. które jest wyciszającym serum w postaci delikatnego mleczka bardzo szybko się wchłaniającego. Ja mam skórę bardzo ciężką w utrzymaniu, jest wrażliwa, delikatna i sucha jak i również bardzo łatwa do powstawania podskórnych grudek gdy kosmetyk nie przypadnie mi do gustu ale również bardzo zaczerwienionej szczególnie w zimie(niska temperatura robi swoje). Zawsze mam czerwony nos i policzki, nigdy nie neutralizowałam tego zielonymi bazami czy korektorami, stosowałam po prostu bardziej żółte podkłady...ale będąc bez podkładu było to widoczne. Początkowo kupując owe serum nie wierzyłam w jego działanie...a tam to takie coś-pomyślałam. Jakież było moje zdziwienie po paru dniach codziennego stosowania...skóra była ukojona, pozbawiona jakichkolwiek zaczerwienień, tak spokojna i mi wdzięczna. Serum zaaplikowany na zaczerwienioną skórę w parę chwil sprawia, że jest ona WOW. Dodatkowo ja lubię przesadzać z kwasami, za długo je trzymam, za dużo nakładam jak i też za często i skóra niekiedy się łuszczyła a stosując te serum...skóra była WOW. Nawet gdy pojawiał mi się mały pryszcz na skórze, serum to pomagało mi całkowicie wygoić pryszcz bez zaczerwienienia...mam jednak z nim wielki problem. Na pewno zakupie go ponownie bo jest tego całkowicie wart-wykończyłam owe opakowanie przedstawione na zdjęciu ale nie mogę go stosować codziennie bo niestety mnie zapycha. Nie działa korzystnie na moją skórę...miałam mnóstwo podskórnych grudek które do teraz wybawiam poprzez picie wapna ale zauważyłam, że gdy stosowałam go co 2/3 dni skóra była mi naprawdę wdzięczna i nie buntowała się. Jest to najlepsze serum jakie dane mi było stosować i bardzo mi go brakuje, uwielbiałam delikatną poświatę jaką pozostawiał po aplikacji i jakikolwiek podkład/krem tonujący zaaplikowany na niego wyglądał przepięknie. A dodatkowo naprawdę świetnie nawilżał,niestety przy -15 stopniach nie był wystarczający ale przy delikatnym mrozie dawał odpowiednią dawkę nawilżenia. Cena to 139 zł za 30 ml ale produkt ten jest wart tych pieniędzy i jeśli macie taki typ skóry co ja wypróbujcie go bo warto.


Ostatnim już kosmetykiem jest maseczka w działaniu taka sama jak serum ale działająca o wiele szybciej i mocniej. Rapid relief to 10 minutowa maska ratunkowa ale ja nazwałabym ją kompresem ratunkowym. Stosuje ją w sytuacjach szczególnych gdy moja skóra naprawdę jest bardzo podrażniona(gdy np. zamiast używać peelingu kwasowego od The ordinary aha 30%+2% bha przez 10 minut zrobię to przez 15 minut) albo potrzebuje ekstra nawilżenia. Ona działa dokładnie w 10 minut, błyskawicznie nasza skóra jest ukojona i pozbawiona podrażnień i zaczerwienień a dodatkowo jest nawilżona i wygładzona. Przywraca ona skórze to czego jej pozbawiliśmy czyli po prostu spokoju. Jest bardzo kremowa, taka przyjemna i kojąca-zapach jest bardzo neutralny tak samo jak serum. Stosuje ją przynajmniej raz w tygodniu, bardzo lubię nakładać ją również przed okresem gdy wyskoczy mi parę nieprzyjaciół. Kolejny produkt Do którego będę na pewno regularnie powracać. Cena to 119 złotych za 60 ml-produkt jest niezwykle wydajny i wcale nie trzeba nakładać jego grubej warstwy. 





czwartek, 22 lutego 2018

KYPRIS MOONLIGHT CATALYST.



Z reguły jest mało kosmetyków-mówię tutaj o wyższej półce cenowej- do których po zużyciu opakowania chętnie bym wróciła. Ja jestem fanką kosmetyków pielęgnacyjnych, powinnam już powoli to leczyć i uwielbiam testować, stosować nowe produkty i odkrywać je dla Was ale dla mnie Moolight Catalyst od Kypris jest produktem do którego warto wrócić.



Kosmetyki tej marki albo się kocha albo nienawidzi, nie ma osób które byłyby pomiędzy. Na pewno niedostępność produktu w Polsce jak i wysoka cena wiele osób odstrasza ale jeśli macie ochotę na kosmetyki Kypris i chcecie je wypróbować tutaj w cenie 38 euro(w cene wliczona jest już wysyłka) możecie kupić próbki 5 produktów marki-a później wykorzystać kod na 38 euro na zakup pełnowymiarowego produktu marki Kypris-ja sama z tego skorzystałam(zapewniam Was to nie jest sponsorowany post i nikt mi nie płaci za polecenie owej strony).


Wracając jednak do Moonlight Catalyst, dlaczego jest tak wart polecenia?
Przychodzę z opinią na temat tego kosmetyku po roku stosowania, nie systematycznego bo jego codzienne używanie przy mojej wrażliwej i delikatnej skórze nie działo cudów a wręcz przeciwnie. Dla mnie idealną dawką było raz, dwa razy w tygodniu.

Owe serum zamknięte jest w przepięknym szklanym opakowaniu w kolorze głębokiego, ciemnego niebieskiego z pipetką która działa bardzo dobrze. Estetyka marki niezwykle mi się podoba, luksusowy produkt opakowany równie luksusowo-za coś w końcu płacimy ok. 350-360 złotych. Też za sporą pojemność bo nie ma tutaj jak standardowo 30 ml serum a aż 47 ml i dosyć krótki termin przydatności bo 6 miesięcy-ja jednak na własną odpowiedzialność przedłużyłam użytkowanie aż do 10 miesięcy i już na 9 miesiącu serum zaczęło podejrzanie pachnieć, a gdy w pipecie zauważyłam pleśń wiedziałam, że to czas pożegnać się z owym serum. Nie zużyłam go do samego końca, bo jest strasznie wydajne i niewiele już trzeba by pokryć nim twarz, ja stosowałam go na ramiona, dekolt a nawet i....plecy. Moja pielęgnacja wieloetapowa nie kończy się na twarzy tonizuje również szyje, dekolt, ramiona, plecy a nawet czasami nogi...serum zdarza mi się szczególnie te kwasowe nakładać na różne partie ciała nie tylko na twarz.

To nocne serum- a więc nakładać go możemy tylko i wyłącznie przed pójściem spać-no chyba, że jesteście nocnymi markami i w ogóle nie śpicie. Owe serum właśnie podczas snu ma zoptymalizować procesy regeneracyjne komórek, stymuluje ono naturalne cykle odnowy skóry dzięki czemu budzisz się z gładką, pulchną i promienną buzią.


W skład produktu wchodzi aż 16 aktywnych składników w tym między innymi:

* enzymy z fermentowanej dyni bardziej skuteczne od AHA ale i mniej drażniący, zmiękcza skórę i sprawia, że wygląda po prostu piękniej nie ważne jaki styl życia prowadzisz

* algi hawajskie bogate w substancje odżywcze, witaminy i przeciwutleniacze głęboko nawilżają skórę, uzupełniają równowagę wilgotności i nie zatykają porów

* ksylitol glukozyd głęboko nawilża jak i pomaga w tworzeniu naturalnego kwasu hialuronowego

* ekstrakt z owoców dzikiej róży i owoców rokitnika dostarczają cennych nienasyconych kwasów tłuszczowych i składników odżywczych do pielęgnacji skóry podrażnionej i popękanej.

* EGF czynnik wzrostu naskórka to peptyd który stworzony jest poprzez syntezę aby naśladowaćodnawiające korzyści naturalnie występującego EGF

* ekstrakt brzoskwiniowy o jeszcze większych właściwościach nawilżających, uzupełnia zalety ich opatentowanej mieszanki ekstraktów z alg dla pięknie nawilżonej skóry

* organiczny ekstrakt z kwiatu neroli kojący dla skóry i nerwów, zawiera wspaniały subtelny wyciąg z gorzkich pomarańczowych kwiatków.

pełen skład:
Water/Aqua, Glycerin, Lactobacillus/Pumpkin Fruit Ferment Filtrate, Xylitylglucoside, Sclerotium Gum, Algae, Anhydroxylitol, Xylitol, sh-Oligopeptide-1,  Prunus Persica (Peach) Fruit Extract, Rosa Canina (Rosehip) Flower Extract, Vigna Aconitifolia Seed Extract, Hippophae Rhamnoides (Sea Buckthorn) Extract, Prunus Domestica (Plum) Fruit Extract, Salix Alba (Willow) Bark Extract, Citrus Aurantium Amara (Bitter Orange) Flower Water Extract, Hydrolyzed Fucus Vesiculosus Protein, Sodium Chloride, Trehalose,  Sodium Levulinate, Maltodextrin, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Sodium Anisate, Sodium Citrate

Ja nazwałabym owy kosmetyk delikatną, ziołową alternatywą dla retinoidów. Stosując owy kosmetyk nie ma mowy o podrażnieniu czy złuszczaniu się skóry.
Ale co on robi? No i co ja mam powiedzieć....wszystko. Poprawia strukturę skóry, oczyszcza pory i pomaga utrzymać je w czystości, poprawia odnowę komórkową, wyrównuje koloryt skóry, zmniejsza oznaki "poprzednich wad" jak plamy po słoneczne, blizny potrądzikowe itp. Kosmetyk nie zawiera w składzie niepotrzebnych olejków eterycznych przez co mogą owe serum używać osoby z bardzo wrażliwą skórą ale i osób które lubią kosmetyki o zapachu neutralnym. Serum łagodzi, uspokaja a z każdym dniem staje się ona promienna, zdrowa i taka pulchna, pełna. Pomimo iż mam skórę suchą nie zauważyłam wyraźnego przesuszenia a wręcz nawilżenie skóry-pamiętajcie jednak jeśli jesteście posiadaczkami skóry suchej nie przesadzać z jego stosowaniem-raz, max. dwa razy w tygodniu. To idealna ilość.


Serum jest w postaci przezroczystego, żelu który wręcz ekspresowo wchłania się w skórę pozostawiając ją nawilżoną i ukojoną. Ja po jego nałożeniu nakładałam dalszą pielęgnację z reguły olejek z dzikiej róży. Ważne jest to, że owego serum nie powinno się łączyć z innymi produktami czy też lekami które zwiększają złuszczanie się skóry bo może to powodować podrażnienia i ważne jest, że podczas "kuracji" z tym produktem musicie nakładać filtry przeciwsłoneczne. I powtarzam po raz kolejny owe serum stosujemy tylko i wyłącznie na noc.

Jeśli macie na niego ochotę nie zastanawiajcie się. Wiem, że cena odstrasza ale serum jest niezwykle wydajne i naprawdę działa, działa. Ja pożegnałam się ze swoją pierwszą buteleczką serum  i zapraszam Was do obserwowania mnie na instagramie aby przekonać się czy zakupie kolejne :)










piątek, 16 lutego 2018

ULUBIEŃCY PIELĘGNACYJNI 2017.


 I tak minął rok 2017..nawet nie wiem kiedy ten czas zleciał. Nie będę Was oszukiwała mówią, że tamten rok był pełen dla mnie radości. Wręcz przeciwnie był niezwykle smutnym rokiem osobiście dla mnie...jeśli chodzi jednak o przygody z kosmetykami obfitował w cudowności-udało mi się przetestować naprawdę sporą ilość kosmetyków-zarówno polskich jak i zagranicznych, droższych jak i tańszych. Na niektórych się zawiodłam inne okazały się totalnymi bublami. W tych ulubieńcach roku przebijają polskie marki-oczywiście w zestawieniu nie mogło zabraknąć Resibo jak i Ministerstwa Dobrego Mydła-moje dwa graale ale i pojawiło się moje odkrycie poprzedniego roku- Jan Barba.
No cóż nie będę Was już zanudzała tym wstępem i przejdę do rzeczy.
Kosmetyki podzieliłam na dwie kategorię: "twarz" oraz "reszta", zapewne wiecie, że wiekszą fanką jestem kosmetyków do pielęgnacji twarzy toteż będzie ich więcej. Zacznę jednak od kategorii "reszta" bo tych kosmetyków jest o wiele mniej.

Kategoria: CIAŁO I WŁOSY



1.MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA MUS SZAFRANOWY WYGŁADZAJĄCY

Pomimo, iż ten produkt zaczęłam stosować już w roku 2016 nie pojawił się on w ulubieńcach z prostego powodu-za mało czasu miałam aby go pokochać. Ale pokochałam bo to naprawdę świetny produkt. Za 42 złote otrzymujemy 120 ml cudownego, puszystego musu w słoiku z ciemnego szkła-och uwielbiam te surowe opakowania tej marki. To naprawdę super odżywczy mus który cudownie nawilża i regeneruje skórę. Napakowana jest antyoksydantami i witaminą E. Dokładnie już nie pamiętam co i jak ale doskonale pamiętam jego konsystencję taką pulchniutką i mięciutką i ten cudowny lekko orientalny, ostry zapach idealny na zimne wieczory. Mus jest pełen nierafinowanych olejów i maseł a do tego olejki eteryczne łatwo się wchłaniają i ta cała mieszanka głęboko regeneruje zniszczony naskórek.
Najlepiej aplikować go na wilgotną skórę...bo pomimo iż to mus wraz z ciepłem naszego ciała zamienia się w olejek i otula nas...och jak otula. Na pewno kupie go ponownie gdy tylko wykończę produkt który aktualnie używam (ciii....jest nim odżywczy mus od fresh&natural)


2.MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA PEELING CUKROWY ŚLIWKA

No i po raz kolejny MDM-było by tego więcej ale w tamtym roku pojawił się już olejek z pestek śliwki oraz hydrolat różany-oba produkty wciąż "kocham" i zawsze do nich wracam, serdecznie je Wam polecam-ta pozycja powinna pojawić się jako pierwsza...bo najpierw peelingujemy ciało a potem nawilżamy. Już zapewne wiecie o czym mówię-peeling cukrowy śliwka, jeśli wiecie jak pachnie olejek śliwkowy(marcepanem) to dokładnie tak pachnie ten peeling. Za 38 zł otrzymujemy 300 g peelingu-najlepszego peelingu na świecie. W jego skład wchodzi cukier trzcinowy, olej z pestek śliwki, olej ze słodkich migdałów, olej z pestek winogron, olej awokado, masło shea i kakaowe, wosk pszczeli i jeszcze, jeszcze więcej. Pomimo tak wielu cudownych olei peeling nie ocieka tym wszystkim, tylko jest idealnie "suchy" jeśli wiecie o co mi chodzi..mimo swej suchości cudownie nawilża skórę, przez co nie czuje potrzeby by nawilżać skórę po "szorowaniu". Skóra po regularnym stosowaniu(ja robię to dwa razy w tygodniu) staje się odświeżona i sprężysta, wygładzona, nawilżona, zmiękczona...idealna do głaskania jest tak miła w dotyku., a do tego ten słodki, cudowny zapach...no czegóż chcieć więcej? Uważajcie szczególnie na swoich mężczyzn bo po użyciu tego peelingu poczują różnice :D
Bardzo apetyczny wręcz peeling, który jest bardzo, bardzo wydajny i naprawdę jest to taki produkt, dzięki któremu nie mam ochoty szukać czegoś lepszego, bo on spełnia wszystkie moje zachcianki.


3.ECO TAN COCONUT BODY MILK

W roku 2017 o wiele bardziej dbałam o skórę ciała, niegdyś robiłam to niechętnie...omijałam szerokim łukiem nawilżanie ciała czy nawet jego peelingowanie, nie zwracałam nawet uwagi na to czym myje ciało-czy to mydło, czy żel co to za różnica. Zauważyłam jednak różnicę gdy zaczełam bardziej skupiać się na ciele-skóra stała się napięta jędrna i nawilżona..piękniejsza. Jak po mus szafranowy od MDM lubiłam sięgać szczególnie w zimne miesiące tak bo mleczko kokosowe od Eco Tan w lecie-ze względu na swoją lekką, mleczną konsystencję która w oka mgnieniu wtapiała się w skórę i mogłam się po prostu ubrać, poza tym w ciepłe dni nie stosuje olejków bo po prostu są za tłuste. Poza tym jest to bardzo tani produkt, jeśli pojemność 500 ml podzielimy przez początkowo wysoką cenę 170 złotych-wychodzi, że za 1ml zapłacić musimy 0.33 zł. Balsam opakowany jest w butelkę z pompką która dozuję odpowiednią ilość produktu, który jest mleczny, delikatny i pachnie-dla mnie to nie kokos-dosyć specyficznie, dla mnie trochę szpitalnie. Ale tu nie zapach jest najważniejszy a działanie-pomaga uspokoić podrażnienia, nawilża bardzo intensywnie, pozostawia skórę gładką...z czasem skóra staje się lśniąca i elastyczna. Po aplikacji jego czułam jak moja skóra wręcz go pije. Idealnie sprawdzi się u osób z chorobami skóry jak egzema czy łuszczyca, u mnie poradził sobie z podrażnieniami po depilacji laserowej.


4.JAN BARBA SZAMPON ZIOŁOWY

Och ten szampon  również był cudowny ale wiem, że nie każdemu się on spodoba. Powiem Wam szczerze, że pomimo iż na początku nie byłam do niego pozytywnie nastawiona, to gdy go wykończyłam czułam smutek i zastanawiam się czy nie zakupić go ponownie. To na pewno nie jest szampon dla każdego, bo się nie pieni i to dla mnie początkowo był wielki problem. Nie wiedziałam ile go dozować, czy go zmyłam czy też nie i jak używanie go samego sprawiało mi trud tak w połączeniu z innym szamponem to istne cudo. Świetnie oczyszcza skórę głowy a przy tym jej nie podrażnia-nie aplikowałam go na całe włosy a jedynie skupiałam się na skalpie, w ogóle nie myje włosów od połowy szamponem-chyba, że olejowałam włosy. Stosowałam go jako takie mocne oczyszczenie skalpu raz w tygodniu, nie radziłabym go używać podczas każdego mycia bo wydaje mi się, że może przesuszyć skalp nawet jeśli ma się przetłuszczające włosy, używanie go nawet tylko raz w tygodniu pomogło mi właśnie z problemem nadmiernego przetłuszczania się włosów. Włosy mogłam myć co trzy dni i wyglądały one naprawdę dobrze...jak sprawdziłam na stronie niestety Jan Barba nie posiada już w ofercie tego szamponu, a szkoda :(



Kategoria: TWARZ


1.FRIDGE 3.2 ROSE WATER TONIC

W tym roku jeszcze bardziej uwierzyłam w magię toników..naprawdę skóra wygląda o niebo lepiej gdy od razu po demakijażu zaaplikujemy na naszą twarz tonik. Ja używam go aż trzy razy dziennie, podczas porannej pielęgnacji, po demakijażu oraz podczas wieczornej aplikacji.
Woda różana/tonik różany/hydrolat różany zawsze musi być ze mną, nic tak nie koi i nie uspokaja mojej wrażliwej skóry jak róża...gdybym mogła okładałabym twarz płatkami dzikiej róży :D
Przetestowałam wiele "wód różanych" i jak wciąż jestem fanką hydrolatu od Ministerstwo Dobrego Mydła-pojawił się w zeszłorocznych ulubieńcach roku, tak w tym roku królował u mnie tonik różany od Fridge. Za 100 g zapłacić musimy 87 złotych może to dużo za wodę różaną ale ta w niezwykły sposób koiła moją skórę, wygładzała jej powierzchnie oraz nawilżała i do tego ten przepiękny, naturalny zapach róży. Tonik posiada świetny atomizer dzięki czemu zaaplikujemy na twarz mgiełkę a nie strugę wody.


2.ECO TAN BY SONYA FACE TAN WATER

Natomiast ten tonik to wielkie odkrycie tego roku, uwielbiam go i pomimo iż nie stosuje go 3 razy dziennie a jedynie dwa razy w miesiącu no może trzy ale to już jest maksymalnie to bardzo go lubię. Nad jego zakupem zastanawiała się już długo, bardzo długo od kiedy zaintrygowała mnie marka Eco Tan po użyciu ich samoopalacza do ciała. Za 100 ml musimy zapłacić ok 142 złote-ale ten produkt jest wart każdej złotówki.
Sięgam po niego z reguły wtedy gdy moja skóra twarzy nie wygląda za korzystnie-jest pozbawiona blasku, kolor nie należy do jednolitych oraz pojawiają się na niej jakieś wypryski. Tonik ten pomimo iż nazywany jest "wodą samoopalającą" to dla mnie to tonik pielęgnujący. Po dwóch aplikacjach zauważymy już na skórze delikatny brązowy odcień a po jednym jedynie muśnięcie słońcem-i ja ten efekt najbardziej lubię.
Nie używam go często bo nie tyle zależy mi na efekcie opalonej skóry co na oczyszczeniu dogłębnie skóry, nawilżeniu oraz pozbyciu się wyprysków...skóra poza tym po jego użyciu jest pełna blasku i wydaje się rozjaśniona...wygląda tak zdrowo, że nie potrzebuje już nakładać podkładu. Aplikuje go wacikiem, równomiernie rozcierając na twarzy, szyi, dekolcie a nawet i ramionach i po upływie 6-8 godzin zmywam go. Pomimo iż jest zalecany do skóry trądzikowej i tłustej u mnie posiadaczki cery suchej i wrażliwej sprawdza się cudownie. Na pewno gdy wykończę opakowanie z czasem zakupię kolejne.


3.JAN BARBA TONIK ZIOŁOWY

I kolejny obiecuje, że już ostatni tonik w tym zestawieniu którego z początku wcale nie polubiłam a to dlatego, że używałam go za często. Tak dobrze słyszycie...toniku używam, aż trzy razy dziennie-przed poranną pielęgnacją-nie myje twarzy żelem/mleczkiem rano a jedynie wodą, podczas demakijażu-robię go zawsze po przyjściu do domu nie ważne czy jest to 15, 17 czy 21 oraz przed wieczorną pielęgnacją i tyle też razy go używałam. Skóra z czasem stała się przesuszona i powstawały suche skórki-wiedziałam, że to jego wina ale brakowało mi go w pielęgnacji, odrobinę wylewałam zawsze na dłoń i wklepywałam delikatnie w twarz. Zaczęłam go więc stosować tylko raz po demakijażu i był to strzał w dziesiątkę. Skóra z każdym dniem stawała się coraz piękniejsza, ukojona jej kolor był wyrównany. Dodatkowo tonik-jak mówi nazwa-przepięknie pachnie ziołami. Tonik ma za zadanie odświeżyć i odżywić naszą skórę, wyrównuje jej pH. Jego koszt to 63 złote za 200 ml.

4.MAY LINDSTROM THE HONEY MUD

W ulubieńcach roku 2017 pojawiła się tylko jedna maseczka, co bardzo mnie zdziwiło na początku bo trochę ich przetestowałam w tym roku ale tylko ta jedna bardzo zapadła mi w pamięć i powiem szczerze, że bardzo za nią tęsknie. Za jej konsystencją, działaniem i przepięknym zapachem...pomyślcie o kakao i miodzie połączonym razem-czujecie ten zapach? Mi udało się the honey mud kupić  jeszcze przed wyraźną podwyżką ze strony May gdyż aktualnie za 100 ml w przybliżeniu trzeba zapłacić ok. 410 złotych. Kupiłam go na początku stycznia 2017 i nie oszczędzałam ani trochę bo używałam go zarówno do demakijażu jak i również jako maseczka i wykończyłam dopiero w październiku. Pełną recenzje, moje ochy i achy na temat tego kosmetyku możecie przeczytać tutaj bo boje się, że tutaj zabrakłoby na to miejsca.


5.RESIBO MULTIFUNKCYJNY PEELING DO TWARZY

Ja wiem co powiecie, jeśli obserwujecie mnie na Instagramie to wiecie, że ten produkt wcale nie jest długo ze mną bo od początku grudnia. Polubiłam go jednak na tyle bardzo, że pozwoliłam sobie umieścić go w tym rankingu. To istne cudo naprawdę, świetnie sprawdza się zarówno jako peeling enzymatyczny ale i mechaniczny-nawet przy mojej delikatnej i suchej skórze. Tutaj Was zaskoczę ponieważ ja tego peelingu używam każdego dnia po demakijażu twarzy i powiem szczerze, że moja skora w tak świetnym stanie nie była-brak suchych skórek, rozjaśniona a jej koloryt jest wyrównany. Wszystko co obiecuje producent ten peeling robi-złuszcza, regeneruje, odżywia, poprawia koloryt i odnawia skórę a przy tym jest delikatny i bardzo ale to bardzo skuteczny i jakże wydajny. 79 złotych za 75ml uważam, że to niewiele w szczególności, że to produkt na bardzo wysokim poziomie i musicie go mieć. Po prostu musicie.Serum odżywiało i nawilżało ale i jaki blask dawało-glow, glow, glow. Rozprowadzałam go aplikatorem po czym delikatnie wklepywałam opuszkami palców..skóra pod oczami była wygładzona a spojrzenie rano takie świeże i jasne, jakbym spała najlepszym snem. To było najlepiej wydane 65 złotych w 2017 roku, niewątpliwie.


6.KYPRIS MOONLIGHT CATALYST

Tego kosmetyku nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu-to moje odkrycie roku, cudo bez którego nie wyobrażam już sobie mojej pielęgnacji, naprawdę działa i z bólem portfela mówię, że jest wart każdej wydanej na niego złotówki. Uwielbiam kwasy, złuszczanie skóry bo uważam, że wcale nie olejki czy maseczki są najważniejsze a dobrze oczyszczona i "otwarta" skóra na przyjmowanie właśnie dobroci które płyną z olejków i maseczek. Cena 350 złotych może początkowo przerażać ale gdy dowiadujemy się, że aż jest 47 ml produktu, nie jest już tak źle. Moonlight Catalyst to nic innego jak wieczorne serum, które działa właśnie podczas naszego snu-regeneruje naszą skórę sprawia, że staje się ona gładka, ujednolicona, zdrowa, pełna blasku, idealna, pulchna, promienna....ogrom tego, naprawdę ogrom. Dodatkowo odnawia naszą skórę...działa trochę jak retinol ale to nie zasługa retinolu a chociażby enzymu który pochodzi z dyni. Napełnia skórę witaminami, złuszcza ją(nie polecam używać go każdego dnia, ja robię to raz na tydzień)sprawia, że skóra jest nawilżona i taka sprężysta, ukojona i uspokojona. No nie wiem co jeszcze mam napisać, gdybym napisała tylko WOW myślę, że również dużo by to powiedziałoby Wam o tym produkcie. Powoli wykańczam ową pierwszą buteleczkę i szczerze zastanawiam się nad zakupem kolejnego opakowania. Serum jest tak wydajne, że stosuje go również na ramiona, dekolt a nawet i plecy...i na każdej części mojego ciała sprawdza się rewelacyjnie. To jest największy ulubieniec roku 2107!!!!


7.KYPRIS ANTIOXIDANT DEW

Przygodę z marką Kypris zaczełam od powyżej przedstawionego produktu ale tak bardzo polubiłam pierwszy więc zapragnełam kolejnego i jak Moonlight Catalyst stał się moją obsesją tak nie było inaczej z Antioxidant Dew. No co ma zrobić, że te produkty są po prostu genialne, nie powiedziałabym, że da radę się przeżyć tylko z tymi dwoma produktami ale gdybym miała wybierać...tak wybrałabym tylko te dwa.
Za co lubię Antioxidant Dew...za to, że działa. Dla mnie zdrowa skóra to rozpromieniona skóra, pełna blasku, napięta, jędrna, piękna....taki efekt chce widzieć na mojej skórze każdego dnia i ten jeden produkt to sprawiał. Każdego ranka nakładając owe mleczne serum widziałam efekty skóra była po prostu piękna. Antioxidant Dew to nie tylko pielęgnacyjne serum które daje glow, rano mogłam nałożyć po prostu tylko ten produkt i zyskiwałam w ten sposób efekt glow, ogromne nawilżenia i wygładzenie skóry...lekki photoshop. Serum świetnie sprawdzało się również jako baza pod makijaż-nie utrwalało makijażu a jedynie sprawiało, że po prostu lepiej wyglądało na skórze. Może wrócę do niego w okresie letnim, lekka konsystencja ale bardzo duże nawilżenie-idealne serum na lato. Po tym produkcie testowałam pare podobnych kosmetyków do tego i żaden nie dawał mi takiego efektu jak Antioxidant Dew...czy abym miała do niego wrócić?
Tutaj znajdziecie moją recenzję na temat tego produktu.


8.FRIDGE THE GREEN FACE

I tutaj Was zdziwię bo jeśli obserwujecie mnie już jakiś czas czy to tutaj na blogu czy też na Instagramie to wiecie, że wielką fanką kremów do twarzy nie jestem, w ogóle nie jestem fanką. Nie lubię tekstury kremu, tego uczucia, że coś mam na twarzy, poza tym dla mnie kemy są po prostu za ciężkie i nie raz robiły tylko krzywdę mojej skórze. Ale zielony kremik od Fridge to najlepszy krem jaki dane mi było używać przez całe moje życie a szczególnie w okresie zimowym. Zgadzam się ze stwierdzeniem marki Fridge- to dyniowy mistrz regeneracji. Jest koloru zielonego-ale spokojnie po aplikacji nie będziecie wyglądały jak ufo-przepięknie pachnie w moim mniemaniu pestkami dyni, świetnie natłuszcza a przy tym szybko się wchłania, wygładza strukturę skóry, regeneruje i sprawia, że skóra wygląda po prostu tak dobrze. Jest idealny na zimę dla osób które nie lubią makijażu-bo daje świetną barierę ochronną przed mrozem i chociażby śniegiem, a co za tym idzie moja skóra nie jest czerwona a wręcz ukojona. To świetny krem, jeśli jak ja nie jesteście fankami kremów mimo wszystko musicie wypróbować ten, bo to istne cudo. 30 g kremu kosztuje 187 złotych.



9.JAN BARBA SOU

Jan Barba mile mnie w tym roku zaskoczyła co widać po ilości ich kosmetyków w moich ulubieńcach roku-ale to na pewno nie koniec jeśli chodzi o odkrywanie ich kosmetyków bo jest jeszcze parę pozycji które bardzo mnie interesują.
Pomimo iż mam dopiero 23 lata dbam nie tylko o skórę twarzy ale i wrażliwą strefę pod oczami która jednak najszybciej mówi o naszym wieku. Nawilżanie jak i regeneracja tej strefy powinna zacząć się jak najwcześniej i to nie tym samym kremem co do twarzy-chyba, że jest to olejek.
SOU-serum oczy usta-to taki malutki bohater w cudownym opakowaniu z aplikatorem w formie roll-on w takim malutkim 10 ml szklanym opakowaniu. Z początku przyznam się Wam, mówię sobie 10 ml co to jest, przecież mi to starczy na chwilę a używałam go 4 miesiące i w ogóle nie oszczędzałam bo pomimo iż w nazwie są oczy i usta to ja aplikowałam go również na skrzydełka nosa ale i czasami rozcierałam na całą twarz :D A co tam, kto mi zabroni? Powiem Wam szczerze, że to było najlepiej wydane 65 złotych w roku 2017.


10.MAHALO THE RARE INDIGO

Długo się zastanawiałam czy ten produkt ukazać w ulubieńcach roku z jednego prostego powodu- ceny bo moim zdaniem wyraźnie jest ona zawyżona. Na tą chwilę owy kosmetyk kosztuje ok 460 złotych za 30 ml i jest to niewątpliwie najdroższy kosmetyk jakie dane mi było używać. Zakupiłam go na początku stycznia poprzedniego roku i wykończyłam po 6 miesiącach co wieczornego używania. Aplikowałam go jedynie wieczorem z wielu kwestii-po pierwsze jest to olejowy balsam-kompletnie nie wiem jak to nazwać po angielsku po prostu jest to balm-przez co jest bardzo tłusty, musiałam zawsze uważać na linię włosów bym rano nie obudziła się z tłustą, po drugie miał bardzo wyciszający, intensywny zapach który koił moje zmysły po ciężkim dniu w pracy. Z jego pomocą wykonywałam masaż twarzy ale i po prostu aplikowałam go kolistymi ruchami, delikatnymi i wolnymi. Gdy go używałam, rano nawet podczas zimy nie potrzebowałam już dodatkowego nawilżenia, nawet w strefie pod oczami-zrezygnowałam w tamtym czasie z kremu pod oczy a aplikowałam tam właśnie the rare indigo. Czy mi go brakuje? Tak, bardzo ale nie zdecydowałabym się po raz kolejny na niego ze względu na cenę-moim zdaniem jednak mimo wszystko za wysoką, bo on nie jest wart 460 złotych. Uwielbiałam jego konsystencję i zapach, moja skóra uwielbia olejki ale nie, nie. W tym roku mam w planach zakup innego balsamu, ciekawej w moim mniemaniu firmy a to już niedługo tak więc czekajcie.


11.FRIDGE 3.3 GOOD MORNING

To niezwykły produkt jak zresztą wszystkie od marki Fridge, jedyny w swoim rodzaju. Niewątpliwie to najlepszy produkt do demakijażu roku 2017. Jak na żel przystało jest w konsystencji żelowy, ale tak przyjemnie, tak idealnie już niewiele trzeba aby dokładnie oczyścić skórę twarzy. Oczyścić a nie zedrzeć wszystko z twarzy łącznie ze skórą. Skóra po demakijażu jest przyjemnie miękka, nawilżona, oczyszczona, zregenerowana a kolor skóry jest wyrównany. Zapach jest niezwykle świeży i odświeżający dzięki dwóm olejkom eterycznym w nim zawartym-miętowym i pomarańczowym. Co tu wiele mówić, wiele opinii pozytywnych u wielu blogerek mówi samo za siebie-to świetny produkt. Koszt 79 złotych za 145 g i mamy aż 6 miesięcy na jego zużycie.

Za parę dni pojawi się post o ulubionych kosmetykach kolorowych roku ubiegłego, ale nie myślcie, że będzie tego pod dostatek bo jedynie pojawi się pięć produktów. Pojawią się również buble roku-kosmetyki które znienawidziłam w roku 2017 bądź które po prostu nie sprawdziły się u mnie tutaj będzie aż 10 pozycji-prawie tyle samo co ulubieńców :)