sobota, 1 grudnia 2018

ULUBIEŃCY PAŹDZIERNIKA.




 Wiem, wiem zaraz mamy grudzień a ja przychodzę z ulubieńcami października ale spokojnie ulubieńcy listopada również się pojawią. Po prostu w październiku i listopadzie przybyło tak dużo świetnych kosmetyków, że chciałabym się nimi z Wami podzielić. Ale jako że tak wiele kosmetyków w tych dwóch miesiącach do mnie przybyło w grudniu,, styczniu i lutym zapewne nic nowego nie zakupię(no chyba, że jeden kosmetyk który chciałam już zakupić w poprzednią zimę). Mój budżet został bardzo nadszarpnięty ostatnio i jak na Black Friday miałam nic nie kupować kupiłam wiele-ale nie za wiele. Były to tylko i wyłącznie rzeczy potrzebne, takie które bardzo chciałam...naprawdę nie kupowałam na zapas i nie kupiłam rzeczy niepotrzebnych.

Dziś chciałabym podzielić się z Wami trzema kosmetykami, oczywiście do twarzy-a jakżeby inaczej :D
Ale uwierzcie te kosmetyki są GENIALNE.



Na początek kosmetyk który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Powiem tak z marką Resibo jest u mnie różnie..uwielbiam ich olejek do demakijażu-który jest świetnym, podstawowym, zmywającym makijaż olejkiem za naprawdę dobre pieniądze.Uwielbiam multifunkcyjny peeling, balsamy do ciała są również genialne ale nie polubiłam się z kremami a już w ogóle z tym jakże zachwalanym olejkiem wygładzającym który nie robił u mnie nic. Kompletnie nic. Czy bałam się energetyzującej esencji odmładzającej? Oczywiście, że tak bo bałam się, że będzie to kolejny bubel. A tu takie cudo. Nigdy nie byłam fanką esencji bo używam toników, nie lubię tej lepiącej powłoki jaką zostawia esencja-taka lepiąca. 



Tego produktu używam zamiast toniku podczas porannej pielęgnacji, jest pierwszym krokiem podczas pielęgnacji. W konsystencji po wyciśnięciu jest mleczkiem a po aplikacji na twarz zamienia się w wodę którą skóra piję od razu. Ale przy tym pozostawia niezwykle gładką i nawilżoną skórę. Gdy mam dzień wolny z  reguły nie nakładam wielu kosmetyków na twarz a jedynie tą esencję i to jest wystarczające nawilżenie dla mojej skóry. Nie mogę powiedzieć o jej właściwościach odmładzających ale w kwestii energetyzacji z rana-działa. Jest taka chłodna, lekko wodnisto-żelowa toteż pobudza skórę i budzi. A do tego ten przepiękny, luksusowy zapach, jeśli mam być szczera po aplikacji tego kosmetyku skóra ale i ja sama wręcz się uśmiecham. Bardzo lubię ten kosmetyk, cena to 99 zł/50 ml i uważam, że jest tego wart. Więcej zapewne opowiem po zużyciu tego opakowania i zobaczymy czy nadal moja opinia będzie tak pozytywna.




Teraz coś co chciałam już od dawna...pomyślicie, że jestem nienormalna ale mam marzenia kosmetyczne. Spisuje listę, piszę numerki co powinnam kupić jako pierwsze itp. Ale niekiedy są kosmetyki ważniejsze, tańsze, bardziej potrzebne i ta maseczka-bo mowa o maseczce-ciągle spadała na dół listy. May nie robi żadnych obniżek swoich produktów, nie ma na nie promocji, częściej dodaje do zakupów coś ekstra typu kup coś za 200$  a gratis dostaniesz nas tonik. Ale zdarzyło się tak, że na stronie Naturissimo na któreś urodziny sklepu(nie pamiętam które) było -10% na wszystko..gdzie nigdy nie było na May Lindstrom która jest  w ofercie sklepu. I mimo, że nazbyt wiele nie zaoszczędziłam bo ok 50 złotych to podkusiło mnie i powiedziałam-jak nie teraz to kiedy? Nie żałuje wydanych 380 złotych za ten produkt bo jest rewelacyjny i nie mogę przestać go używać. Ja May Lindstrom uwielbiam i gdybym tylko mogła wracałabym do tych kosmetyków i tylko nimi bym się "smarowała"...prócz prostych składników, prostych składów, takich iście naturalnych, bardzo "ziemnych" jest w tych kosmetykach jeszcze jakaś magia i wspominałam o tym wiele razy. O tej maseczce-The Problem Solver myślałam bardzo długo ale się jej bałam...bałam się bo z opinii ludzi którzy jej używali stwierdziłam, że jest niezwykle mocna a przez to zapewne za mocna dla mojej delikatnej, naczyniowej, suchej skóry. Bo wszystkie posiadaczki skóry suchej narzekały, że ona taka mocna i wysuszająca...gdzie ona jest wysuszająca? Za cenę ok. 430 złotych otrzymujemy aż 250 ml suchego proszku-tak maseczka jest do rozrobienia z wodą i tak wiem dla wielu z Was to wielki problem ale ta maseczka po dodaniu wody dopiero zaczyna działać.



Musuje, musuje, tworzy się pianka i pachnie jeszcze bardziej obłędnie...goździkiem, gałką muszkatołową, kurkumą, pieprzem cayenne odrobinę też ziemią ale i surowym kakao-to moje zapachy, cudowne, przepiękne i takie naturalne. No ale co do maseczki..uwielbiam i przynajmniej raz w tygodniu muszę ją nałożyć na twarz. W składzie oprócz wyżej wymienionych składników znajdziemy glinę ziemską; czerwoną, marokańska glinkę; czerwoną, morską sól, witaminę C, węgiel z bambusa, sodę oczyszczoną, lawendę, fasolki wanilii, prawoślaz lekarski.
Ta maseczka to nic innego jak  czarna jak smoła fuzja naturalnych składników...maska skutecznie oczyszcza i napina pory, gasi stany zapalne, pomaga w rozjaśnieniu skóry, przyśpiesza krążenie krwi w naskórku ale co najważniejsze świetnie oczyszcza skórę. Nie mogę jeść nabiału, mam stwierdzoną nietolerancję laktozy i jednym z problemów z jakimi się borykam po zjedzeniu chociażby sera-bo czasami zdarza się, że zjem-są podskórne, białe grudki. Wiem niekiedy pojawiają się one od kosmetyków, niekiedy od złej pielęgnacji ale uwierzcie ja znam najlepiej swoją skórę i wiem kiedy od czego coś na niej wyskakuje. Grudki znikają od razu po odstawieniu nabiału ale niekiedy cieżko niektóre wydobyć i ta maseczka to robi-wyciąga je na wierzch i one znikają a skóra na nowo jest cudownie gładka. Ona oczyszcza skórę ale w tym samym czasie ją koi i goi. Ja już z przyzwyczajenia od razu po maseczce oczyszczającej-mimo suchej skóry używam takowych-nakładam na skórę czy to tonik nawilżający, czy esencję czy też serum ale równie dobrze mogłabym tego nie robić. Formuła pudrowa w kontakcie z wodą zamienia się w mus-istna magia. Po zmyciu tej maski skóra jest czysta i pełna blasku...czuje wręcz jak oddycha. Ja jestem w niej totalnie zakochana i sadzę, że to jest taki kosmetyk-z tych droższych-który chciałabym by był zawsze ze mną bo to moja idealna maseczka oczyszczająca.



Dzisiaj ogólnie są tacy ulubieńcy, że powinnam napisać tylko z dużych liter WOW i to by wystarczyło. Bo kolejny produkt to również cudo. Ogólnie moim zdaniem cała marka Eco by Sonya jest genialna bo nie było kosmetyku którego chociażbym nie lubiła. Nie raz kosmetyki tej marki były w moich ulubieńcach i do niektórych wracam bardzo chętnie. Ceny też nie są jeszcze tak strasznie wysokie jak za cudowne składy i formuły. Dziś przychodzę do Was z Glory Oil...i jego nazwa jest niezwykle trafna. Po stosowaniu tego olejku po paru już dniach wasza skóra jest pełna chwały,wygląda idealnie pomimo iż...w składzie ma olej kokosowy i to już na drugim miejscu. Ten olej to nic szczególnego bo w składzie znajdziemy właśnie olej kokosowy, olej z nasion winogrona, olej jojoba, olej z owoców acaii, olej z nasion dyni oraz olej z sacha inchi. Moja skóra uwielbia olej sacha inchi bo ma działanie regenerujące a skóra nabiera gładkości i jędrności..poza tym ten olej jest niezwykle uniwersalny bo nada się również do skórek przy paznokciach jak i do włosów. Założycielka marki-Sonya Driver w roku 2017 miała dużego raka podstawnokomórkowego który wycięto z jej twarzy.



Założycielka nie boi się oznak starzenia  na skórze ale blizna jaka pozostała po tym jakże ważnym zabiegu odebrała jej pewność siebie. Była smutna za każdym razem gdy patrzyła w lustro. Razem ze swoją chemiczką stworzyły cudo w buteleczce które początkowo służyło jedynie Sonya. Po 9 miesiącach po bliźnie nie ma ani śladu a Sonya znowu jest uśmiechnięta i pełna życia.
Ten olejek jest tak wielofunkcyjny i uniwersalny, że mógłby być jedynym w mojej kolekcji. Zmniejsza blizny, zmarszczki, rozświetla i co najważniejsze doskonale nawilża skórę. Świetnie działa podczas "tych dni" gdy na mojej skórę uwielbiają wyskakiwać niespodzianki. Mówię od razu  nie pachnie kwiatowo, pięknie itp. bo nie posiada w sobie zbędnych zapachów bo moim zdaniem ogólnie kosmetyki mają działać a nie ładnie pachnieć-od tego są perfumy czy olejki eteryczne.Pachnie dla mnie osobiście jak typowy olej sacha inchi czyli trawiaście, jak taka typowa trawa(ale nie skoszone sianko bardziej taka świeża trawa).Cena to ok. 193 złote za standardowe w przypadku olejków 30 ml. Moim zdaniem warto, warto i jeszcze raz warto nawet jeśli wasza skóra nie lubi oleju kokosowego to w tym olejku jakoś nie robi krzywdy.

środa, 21 listopada 2018

ZDENKOWANI.


Kolejny miesiąc za nami a więc przyszła pora na kolejne denko.

Nie ma tego nazbyt wiele ale to chyba mój ulubiony cykl postów bo uważam, że najbardziej wiarygodne opinie na temat produktu możemy udzielić po wykończeniu całkowitym produktu. Niekiedy jest tak, że jestem czymś niezwykle zachwycona na początku a z każdym użyciem robi mi coraz większą krzywdę i zamiast wykończyć to na twarz kończę na stopach-tak, zdarza mi się tak robić.

WŁOSY

Dziś nie ma tego nazbyt wiele. Opowiem jedynie pokrótce o szamponie dodającym objętości marki Alterra. Nietestowane na zwierzętach, bez silikonów, świetna cena i dobra wydajność. Moje włosy lubią te szampony czy to ten, czy nawilżający z granatem. Co jakiś czas do ich wracam, używam je co drugie mycie(włosy myje od 2-3 razy w tygodniu) ale jako pierwsze mycie(włosy myje dwa razy za pierwszym razem czymś "mocniejszym" zaś drugie mycie jest delikatniejsze już całkowicie naturalnym szamponem). Zapewne również znacie te szampony, odżywki i maski. Lubicie je również?
Ocena 10/10 bo nie mam do czego się przyczepić i naprawdę je lubię. Cena ok 9 złotych(często są na promocjach)


CIAŁO

Ten balsam uwielbiam! I jak nie przepadam za produktami do twarzy marki Resibo-kremami, tonikami i tym olejkiem wygładzającym-tak uważam, że balsamy do ciała są genialne. Mowa o specjalistycznym balsamie wyszczuplającym i jak raczej wątpię w jego możliwości wyszczuplające-nawet tego nie potrzebuje i nie dlatego go używam, tak działa świetnie w inny sposób. Najważniejsze czyli świetnie nawilża, ja balsamu używam jedynie po kąpieli a średnio myje się co dwa dni-nie czuje potrzeby mycia się każdego dnia, moja skóra też łatwo się wysusza a ałun jakiego używam pod pachy działa u mnie dwa dni, uważam, że to również zasługa depilacji laserowej pach, gdzie nie mam już włosów-toteż balsam ma nie tylko działać chwilowo ale przez cały okres do kolejnej aplikacji. Wygładza strukturę skóry i wyraźnie ją ujędrnia, staje się ona taka pulchna-ale pamiętajcie balsam nie zastąpi ćwiczeń i picia dużej ilości wody, on ma nam tylko pomóc a nie zapobiec. Balsam jest wydajny mimo iż ja na ciało nakładam dosyć sporą warstwę. Z reguły aplikuje go na wilgotną skórę-niegdyś stosowałam tylko olejki i również je tak aplikowałam toteż jakoś ciężko jest mi się przestawić na nakładanie czegoś na suche ciało. Poza tym ja nie wycieram skóry ręcznikiem a daje jej okazję wyschnąć samej. Czy kupie kolejne opakowanie, zapewne tak bo to moje już drugie opakowanie także może nie teraz ale w przyszłym roku powróci do mnie. Ocena 10/10. Cena 89 złotych za 200 ml.

Ten produkt pojawił się w ulubieńcach i jestem tak pomiędzy bo jak na żel po prysznic jest drogi i zupełnie nie wart tej ceny bo wydajność jego była równie kiepska tak przez uwielbienie do marki jak i samą przyjemność używania tego kosmetyku zapewne w przyszłości skuszę się na zakup kolejnego opakowania. 3.4 good morning body od Fridge to odpowiednik żelu do twarzy jaki jakiś czas już temu marka wypuściła do sprzedaży. Z Waszych opinii nie przypasował Wam jego zapach, dosyć specyficzny a jako że ja jestem fanką niekonwencjonalnych zapachów dla mnie  zapach bazylii jest cudowny, z początku kojarzył mi się ze "foliakiem", ogórkami gruntowymi takimi prosto z krzaczka jeszcze brudnymi od ziemi-moje dzieciństwo kręciło się na działce gdzie dziadkowie uprawiali ogórki, ziemniaki dlatego ten zapach wywołał u mnie naprawdę miłe wspomnienia bo okres dzieciństwa był najprzyjemniejszą częścią mojego życia. Ja z reguły inaczej odczuwam zapachy aniżeli reszta dlatego uwielbiam zapach błota, ziemi, kory, mchu, warzyw z pola a nie tam jakiś sztucznych aromatów i zapachów. Żel sam w sobie odrobinę przypomina glutek aloesowy-żelowy ale wodnisty, potrzeba go dosyć sporo by umyć całe ciało,ani trochę się nie pieni, uważam też, że nie myje wystarczająco dobrze ale..działa świetnie na skórę. Ja mam szczególnie na udach wrastające włoski-tak jeszcze nie skończyłam mojej przygody z depilacją laserowa-a to z reguły taka krostka, wypełniona płynem i ten żel świetnie regenerował te "chore" obszary i łagodził. Świetnie sprawdzał się po depilacji gdzie włosy się wypala, skóra jest podrażniona i dosłownie boli(najgorzej przeżywam jednak depilację głębokiego bikini i pach bo nie mogę ich dosłownie opuścić po zabiegu rąk). Ocena to 7/10 bo lubię go ale jest dla mnie za mało wydajny i uważam, że cena 87 złotych za 195 g to troszeczkę za dużo mimo iż ja jestem w stanie wydać dużo na dobry kosmetyk.

Na koniec krem do rąk który nie jest moim wymarzonym kremem. Krem do rąk musi być ze mną przez cały rok nie tylko gdy jest zimno za oknem. Pracuje w branży jakiej pracuje i jak już kiedyś wspominałam ręce myje po paręnaście razy dziennie, i staram się przynajmniej połowę tej ilości nakładać krem do rąk. Tak więc trochę go zużywam bo z reguły nakładam trochę grubszą warstwę. Markę Alkemie poznałam już rok temu, przed tym całym bum i to właśnie wtedy przetestowałam prawię całą dostępną linię. Teraz gdy wszyscy zachwycają się tymi kosmetykami ja jakoś o nich zapomniałam i postanowiłam przypomnieć sobie o nich poprzez krem do rąk o długiej nazwie  "SUN FOR EVERYONE! HANDS UP BABY!", miał to być krem rekonstruujący który miał ujędrniać i odmładzać ich skórę a dodatkowo hamować fotostarzenie. Tak krem kupiłam latem i stosowałam go głównie latem, opakowanie po nim po prostu leżało w pracy i zawsze zapominałam zabrać go do domu. Krem dla mnie był taki meh. Po pierwsze zapach z początku podobał mi się ale z czasem ten iście sztuczny zapach mango wręcz mnie dusił. Nie zauważyłam znacznego ujędrnienia dłoni, wygładzenia czy nawet dobrego nawilżenia. Krem bardzo długo "leżał" na skórze ale to nie było równoznaczne z nawilżeniem. Nie czułam uczucia ukojenia...nie czułam nic. Kolejny przeciętny krem do rąk tyle. Cena to 39 zł za 50 ml ocena to niestety 1/10.


TWARZ

Czas na twarz, zacznę od pewniaków które przewijały się już w poprzednich denkach albo też tak często o nich mówię, że już zapewne macie dosyć.

Po pierwsze pomadka rumiankowa z Alterry ja stosuję ją do brwi i rzęs aby je wzmocnić i to właśnie robi dzięki zawartości olejku rycynowego w składzie. Kupuje ją z reguły na promocji w większych ilościach i to już zapewne z moje 10 opakowanie. Uwielbiam!!!



Po drugie nieśmiertelne, ukochane, najcudowniejsze FF od Fridge czyli moja baza/podkład/krem CC-jak zwał tak zwał- idealna. Kocham ten produkt po prostu i tak będę go kupować zawsze nawet jeśli mój budżet wyraźnie zmaleje i na kosmetyki nie będę mogła wydawać takiej fortuny. Nie znalazłam produktu który mógłby ten zastąpić, produkt którego gołym okiem się nie widzi, daje efekt "makeup no makeup" a przy tym świetnie nawilża i chroni skórę. Kryje ale mimo wszystko widać naszą skórę, jej powierzchnie, strukturę i to jest w nim genialne. Uwielbiam.

Trzecim kosmetykiem jest balsam do ust-tak, tak również kolejny wielki ulubieniec i po raz kolejny od marki Fridge. Mam wielki sentyment do tej marki po prostu-nie, nie marka nie płaci mi za to. Ja ją po prostu uwielbiam, tak od serca. No i ten balsam jest tak dobry, że nie szukam już niczego nowego-wyobrażacie sobie? 4.5 orange lips to zbity balsam/masełko do ust który świetnie, długotrwale nawilża nasze usta a przy tym wygładza je i sprawia, że są takie pełne i piękne. Również uwielbiam, na pewno jeszcze nie raz pojawi się w denku.

Im więcej kosmetyków testuje tym częściej wracam do pewniaków. Powiem Wam szczerze, że powoli nie chce mi się już odkrywać nowych kosmetyków bo boję się porażki, poza tym na swej drodze również "spotkałam" tak genialne kosmetyki, że nie chce z nich rezygnować. A raczej jestem typem osoby która nie lubi marnować/wyrzucać rzeczy toteż niekiedy męczę się z kosmetykami...ale wracając do kosmetyków do których wracam idealnym przykładem jest srebro koloidalne marki ARGENTUM200.  Tak jestem w trakcie używania drugiego opakowania bo już nie wyobrażam sobie swojej rutyny demakijażowej bez niego. Z reguły stosuje trzy "toniki", innego do porannej pielęgnacji, innego do wieczornej oraz innego po demakijażu/po stosowaniu maseczki, peelingu itp. i w tym ostatnim kroku stosuje własnie owe srebro. Tonik jest na bazie najczystszej wody demineralizowanej ze srebrem koloidalnym o wartości 25 PPM. No i to jest wszystko czego ja oczekuje od toniku, oczyszcza, regeneruje, łagodzi podrażnienia, mimo iż nie lubię efektu matowego na skórze przez to jak ten tonik działa nie przeszkadza mi jego matowe wykończenie-nie ściąga skóry. To kolejny produkt który już zawsze będzie ze mną bo robi wiele dobrego z moją skórą. Ocena oczywiście 10/10 a cena to ok. 12-15 zł za 150 ml

Wiecie zapewne, że jestem ogromną fanką maseczek...gdyby moja skóra przeżywałaby to w stanie nienaruszonym nakładałabym je każdego dnia(ale z reguły robię to co dwa dni :D) ale jestem o dziwo fanką maseczek tradycyjnych takich co rozrabiamy z wodą albo wyciągamy ze słoiczków/tubeczek. Nie jestem jak większość Polek i nie sięgam po maseczki w płachcie bo one a)wychodzą drogo b) moim zdaniem, nie są tak dobre jak maski standardowe c) są dla osób które mają czas. Ja aplikując maseczkę sprzątam, oglądam seriale...napewno coś robię z reguły nie kładę się i nie leże przez 20-30 minut. Maseczki w płachcie jednak od nas tego wymagają bo po prostu zsuną nam się z twarzy(chyba, że pomyślimy o tym jak Charlotte Tilbury-mimo iż jej maseczka nie należy do naturalnych kusi mnie, kusi). Poza tym średnio taka maska kosztuje ok 15 złotych ja za naturalną dałam 25 złotych(maseczka na jeden raz, skandal!!!!)i uważam, że to dosyć sporo jak na coś co po aplikacji ląduje w koszu. Poza tym ilość esencji/substancji w maseczce jest ogromna i wszystko cieknie mi po twarzy/szyi. Z marką 100% pure nie mam za dobrych wspomnień, na początku swojej przygody z naturalną pielęgnacją ta marka występowała u mnie ale nic się nie sprawdzało, było totalnymi bublami, że zrezygnowałam z niej. Ale gdy zauważyłam,że wszyscy zachwalają ich hydrożelowe maseczki pod oczy czy na twarz postanowiłam zamówić. I dodatkowo wrzuciłam do koszyka maseczkę w płachcie Does It All która miała być maseczką wielozadaniową a ja po ściągnięciu maseczki czułam tylko oblepienie na twarzy i nic poza tym. Zrezygnowałam więc i po 5 minutach nałożyłam ją mojej mamie i u niej efekty były oszałamiające(moja mama ma 42 lata nawiasem mówiąc)zmarszczki mimiczne zostały wyraźnie wygładzone, skóra stała się pełna blasku, rozjaśniona, wygładzona, i jakże odbijało się od niej światło jak od lustra. Moja mama nader bardzo nie dba o pielęgnację, ale jej skóra jest w świetnym stanie ale brakuje jej nawilżenia, skóra po maseczce była pulchna i nawilżona. W składzie m.in. retinol, enzymy sake, lukrecja, witamina C, resweratrol z czerwonego wina, kofeina, olej z nasion marchwi, kwas hialuronowy, olej z dzikiej róży. Może to po prostu nie jest jeszcze maseczka dostosowana do mojego wieku bo nie mam zmarszczek a więc nie miała jak zadziałać.
Nie ocenie tej maseczki bo to nie ja ją stosowałam, ale powiem Wam, że nawet mój tata zauważył różnice a więc warto spróbować...jeśli nie szkoda Wam wydać na maseczkę 25 by potem wyrzucić ją do kosza po jednym użyciu.

Kolejny kosmetyk kupiłam prze Youtuba nie ukrywam, ciągle o nim czytałam, oglądałam i mówię a skuszę się. Mowa o Beauty Elixir od Caudalie...kompletnie nie wiem jak można tego używać jako toniku. Moja skóra była przesuszona po paru dniach stosowania go jako tonik a to zasługa alkoholu w składzie i to już na drugim miejscu. Jednak to jest dla mnie must have jeśli chodzi o makijaż mineralny, nic tak pięknie nie scala podkładu mineralnego ze skórą jak ten produkt. Skóra wygląda na zdrową, makijaż wygląda bardzo naturalnie no i ten blask. Od czasu do czasu gdy spryskam twarz tym produktem nie robi mi krzywdy jednak gdybym miała to stosować każdego dnia obawiam się, że skończyłoby się to podrażnieniem i suchymi skórkami. Produkt jest moim zdaniem jednak drogi i nie wart swojej ceny a dodatkowo bardzo nie wydajny, jednak mimo to w zastępie oczywiście kupiłam to samo. Ocena mimo wszystko 9/10 bo uwielbiam wykończenie jakie daje, jego zapach, przepiękną buteleczkę ale nie lubię alkoholu w składzie oraz ceny która moim zdaniem jest zbyt wysoka jak za wodę która tylko rozświetla i zbiera pudrowość. Cena ok. 130 złotych za 100 ml

Na ten tonik wpadłam całkiem przypadkiem podczas zakupów w Super-Pharm. Wykończyłam swój poprzedni tonik i szukałam jakiegoś zastępstwa  i on akurat był pod ręką. Niekiedy nie potrzebuje, nie szukam jakiś iście wyszukanych toników lubie wynajdować nowe w TkMaxx-ie gdzie z reguły wynajdowałam świetne toniki za 20/30 złotych. A za ten tonik dałam ok. 100 złotych za 100 ml i bym nie przeżywała tak bardzo tej ceny gdyby on robił coś więcej aniżeli jedynie był tonikiem. Już tłumaczę...mowa o toniku marki DR. HAUSCHKA Facial toner i to było nic nadzwyczajnego. Tonik jak tonik czy go użyłam czy też nie nie widziałam żadnej różnicy. Dodatkowo nie pasował mi jego aż nazbyt ziołowy zapach. Nie podrażniał mojej skóry ale też ani nie nawilżał, ani nie pomagał w regeneracji, ani nie koił tylko szczypał w oczy i tworzył mgłę. Ja aplikuje dosyć sporą ilość toniku na twarz za pomocą atomizera po czym wklepuję go dłońmi w twarz delikatnie, tutaj w tym przypadku musiałam aplikować go na dłonie i dopiero wtedy na twarz. Zużyłam go ale już pod koniec mnie męczył. Za atomizer i ładną buteleczkę podniosę ocenę a więc 2/10.


wtorek, 13 listopada 2018

MAHALO THE BEAN


 Wiecie doskonale jak uwielbiam maseczki. To krok pomijany przez wiele osób w pielęgnacji, no bo co może zrobić produkt który nakładamy na parę-paręnaście minut? Otóż wiele bo zarówno może oczyścić, nawilżyć, rozjaśnić, wygładzić czy dodać blasku naszej skórze i to o wiele szybciej aniżeli krem czy olejek.



Maseczki powinnyśmy nakładać nie tylko przed ważnym wyjściem ale przynajmniej, podkreślam przynajmniej raz w tygodniu. Ja robię to od 2-3 razy w tygodniu. Jestem uzależniona od tego kroku w pielęgnacji i go uwielbiam. Moja skóra mimo iż jest sucha i wrażliwa to raz potrzebuje oczyszczenia, raz nawilżenia a jeszcze innego dnia blasku-toteż tak "biegam" między różnymi maseczkami tak więc z reguły w moim asortymencie muszą być przynajmniej 4 maski. I to nie w płachcie bo to dla mnie nie jest dobra maseczka i dodatkowo wychodzi naprawdę drogo. Bo gdybym chciała kupować maseczki w płachcie z dobrym składem to koszt ok. 20 złotych za sztukę średnio 3 razy w tygodniu x 4 tygodnie to miesięcznie wychodzi mnie ten interes 240 złotych a za te pieniądze macie dobrą maseczkę która starczy na pół roku. Mimo iż często nakładam maseczki z reguły opakowanie 30 ml starcza mi na pół roku.

Mówię o maseczkach bo dziś recenzja maseczki szczególnej dla mnie marki bo Mahalo. Na początku tamtego roku królowały w mojej pielęgnacji kosmetyki właśnie tej marki, to było niezwykłe przeżycie móc je "testować" na własnej skórze. Te cudowne zapachy, cudowne konsystencje i cudowne działania. Na maseczkę The Bean bo o niej mowa w dzisiejszej recenzji, czaiłam się już dawno. Miała w ogóle nie zostać wprowadzona do standardowej sprzedaży bo z reguły była w sprzedaży w specjalnych edycjach które marka wypuszcza co jakiś czas. Ceny są ich zawrotne poza tym ja kosmetyków tej marki nie kupowałam bezpośrednio ze strony producenta przez  cło, które niekiedy jest takie do opłacenia, że głowa boli. Gdyby nie cło zawsze byłabym do przodu i to nie o małe kwoty.


Maseczka zaciekawiła mnie już półtorej roku temu przez fakt, że pachnie kakao. Kto nie lubi tego zapachu? Zapachu czekolady ale takiej naturalnej, ciepłej, gorzkiej? Jeśli chodzi o zapachy to marka Mahalo bezkonkurencyjnie wygrywa, ja ogólnie nie zwracam uwagi na zapachy, dla mnie ważne jest działanie a nie zapach ale aromaty tych kosmetyków uwielbiam. Tak stosuje nawet kosmetyki które brzydko pachną(ale naturalnie) bo wiem, że ratują moją skórę.

Zacznę od takich podstawowych informacji. Za 50 ml kosmetyku opakowanego w standardowe dla Mahalo bambusowe opakowanie musimy zapłacić +/- 350 złotych(nie podaje cen ze strony producenta bo tam doliczyć trzeba cło i cena wychodzi podobna). Ja kupuje kosmetyki tej marki na stronie Alyaka-tak, tak to pewna strona z bardzo dużym asortymentem jeśli chodzi o marki naturalne. Oczywiście kosmetyki nie są te pakowane w dodatkowe kartonowe opakowanie ze względów oczywiście ekologicznych-ten karton i tak wyrzuciłybyśmy do śmieci.



Maseczka jest koloru czarnego w konsystencji niezwykle gęsta niczym pasta, ja ze względu na swoją pracę porównałabym ją do smoły, bardzo gęsta, zbita i ciężka do rozprowadzenia na suchej skórze, posiada w sobie malutkie granulki które pochodzą z marokańskiej glinki. Aplikowałam i aplikuje ją zawsze na lekko wilgotną, nie mokrą skórę i wtedy ma lepszy poślizg. Maseczka jest mokra w swej konsystencji co znaczy, że na skórze nie zastyga na wiór. Trzeba więc uważać by niczego nie dotknąć nawet po 20 minut od jej aplikacji. Co za tym idzie jest nawet dobra dla skór wrażliwych i delikatnych.
Zapach to połączenie kawy i czekolady(duet idealny) które osłodzone są miodem, kardamonem, paczulą, drzewem sandałowym, yalng yalng i bergamotką. Zapach jest niezwykle ciepły, otulający i bardzo mnie osobiście uspokajający ale i poprzez zawartość kakao i miodu uszczęśliwiający.

Producentka nie nazywa tego maseczką a wyjątkowo skoncentrowanym zabiegiem na twarz. Bo maseczka ma za zadanie nie tylko obudzić i ożywić naszą skórę ale i ducha własnie jak poranna kawa po długim tygodniu. Ziarno kakaowca, wanilia i kawa "zapakowana" z surowym hawajskim miodem z dodatkiem botanicznych roślin i ekstraktów szlachetnych jest pełna antyoksydantów. I takie zadanie właśnie ma ta maseczka, naturalną obronę skóry, detoksykacja, rozjaśnienie, złagodzenie, zmiękczenie i delikatne złuszczenie skóry.



Ale czy ona to wszystko robi? Otóż tak.
Z reguły tą maseczkę stosuje przed miesiączką/w czasie miesiączki/od razu po miesiączce lub też po nocnej imprezie. Wtedy moja skóra jest bez życia, matowa, z pojedynczymi wypryskami, taka po prostu brzydka. Ta maseczka jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Świetnie oczyszcza z brudu, sebum, toksyn które nagromadziły się na skórze. Po zmyciu skóra staje się pełna blasku, i życia taka po prostu pełniejsza i stonizowana. Oczyszcza pory(ale wiecie zapewne, że wiele kosmetyków oczyszcza pory tylko trzeba wiedzieć jak je stosować, że pory przed oczyszczaniem trzeba otworzyć a potem zamknąć). Uwierzcie lub nie ale po zmyciu tej maseczki nie mogę napatrzeć się na swoją skórę bo jak mam 24 lata, wyglądam na 18(skromna ja) to po tej maseczce skóra jest niczym niemowlaka. Wierze również, że stosując tą maseczkę poniekąd chroni moją skórę przed zanieczyszczeniami, warunkami atmosferycznymi, smogiem, kurzem, brudem które mają bardzo szkodliwy wpływ na naszą skórę. Zauważyłyście może, że po całym dniu w mieście wasza skóra jest taka "brudna" i matowa? To właśnie zanieczyszczenia robi swoje. Formuła maseczki ma za zadanie działać antyoksydacyjnie-opóźniać starzenie się skóry-detoksykować ją i wspomagać jej naturalne zdolności uzdrawiające skórę. Ja wiem, że większość kobiet jeśli nie widzi rezultatów od razu po aplikacji to uważa, że to bez sensu cokolwiek stosować ale ja należę do osób które lubią zapobiegać aniżeli potem leczyć, tak więc wierze podwójnie  w moc tej maseczki.


Najgorszą rzeczą jest jej zmywanie. Maseczka ze względu na to iż jest niezwykle gęsta a na twarzy gęstnieje jeszcze bardziej jej zmycie to istna katogra. Przez ciemny kolor brudzi wszystko dookoła, toteż jedynym wyjściem jest zmywanie jej przy pomocy gąbeczki ja używam konjac. To jest jedyny problem.

To niewątpliwie moja ulubiona maseczka marki Mahalo-a miałam przyjemność testować wszystkie. Moim zdaniem robi świetną robotę i po stosowaniu jej od ośmiu miesięcy jak najbardziej ją Wam polecam. U mnie przy skórze suchej i delikatnej sprawdza się świetnie, nie podrażnia, nie robi nic złego. Nigdy po zmyciu skóra nie była podrażniona, zaczerwieniona.

czwartek, 25 października 2018

ULUBIEŃCY OSTATNICH MIESIĘCY.


 Tak, tak wiem nie pojawili się ulubieńcy zarówno sieprpnia ani września ale za to pojawią się ulubieńcy ostatnich miesięcy. Będzie zarówno ciało, twarz jak i włosy...raczej szybko nie pojawi się żaden nowy ulubieniec jeśli chodzi o makijaż bo w tej kwestii jestem wierna swoim "staruszkom" i nie potrzebuje nawet niczego nowego.

CIAŁO




Wiecie, że jestem ogromną fanką naszej rodzimej marki Fridge i czego by nowego nie wypuścili pragnę to przetestować na własnej skórze-nie, nie powtarzam raz jeszcze nie współpracuje z marką Fridge. Nie inaczej było z żelem do mycia ciała 3.4 good morning body! Wiem, że wielu z Was nie podpasował jego zapach ale ja całkowicie się od niego uzależniłam, jestem dziwna jeśli chodzi o zapachy, nie lubię cytrusów ani kwiatków albo preferuje kosmetyki bezzapachowe albo już takie co pachną ziemiście, roślinnie, zielono...prawdziwą Ziemią. Ten żel początkowo pachniał dla mnie ogórkami-ale nie takimi ze sklepu, a zerwany prosto z krzaczka ogórek gruntowy, jeszcze brudny od ziemi...tak w dzieciństwie jadłam takie jeszcze brudne od ziemi, przetarte tylko ręką ogórki podczas zbierania ich u dziadków. Tak na początku pachniał dla mnie ten żel potem wyczułam już bazylię a raczej zioła po prostu. Jeśli chodzi o jego konsystencję przypomina ich żele do twarzy a jeśli nie miałyście jego to jest niczym żel aloesowy. Ucieka gdy nabiera się go na dłoń oj tak ucieka. Ja owszem uwielbiam go ale ma swoje wady i zapewne ponownie go nie zakupię. Po pierwsze wydajność, myje się średnio 2-3 razy w tygodniu(tak jestem brudasem) a opakowanie 195 g zużyłam w przeciągu miesiąca, przez swoją konsystencję żelowa ale wodnistą ucieka między palcami, nie pieni się ani trochę przez to potrzebuje go sporo ażeby rozprowadzić na całe ciało. Poza tym owszem nie wysusza skóry ale też niekiedy miałam wrażenie, że nie za dobrze myje..czułam się nie domyta. Trzeba mu przyznać, że świetnie wygładzał strukturę skóry, gdy miałam jakieś wypryski-zdarzają mi się na ramionach gdy plecach) o wiele szybciej się goiły ale czy warto na żel go mycia ciała wydawać aż 87 złotych, gdzie zużywamy go podczas jednego mycia o wiele więcej aniżeli żelu do twarzy? Mimo tych wad jest moim ulubieńcem i od czasu do czasu w nagrodę będę do niego wracała-bo uwielbiam jego zapach i poniekąd tą uciekającą konsystencję która fajnie chłodzi-idealny produkt na lato.

WŁOSY



Ostatnio króluje u mnie temat włosów. Jak z skóry mojej twarzy jestem niezwykle zadowolona i chętniej robię sobie dni wolne od makijażu ale i pielęgnacji to z włosami dzieje się coś nie dobrego. Wypadają, są uklepane od nasady, nie chcą się układać samoistnie gdzie niegdyś nie miałam z tym problemu. Tak byłam u fryzjera ale jako że w kwestii włosów jestem tradycjonalistką i im mniej dziwna fryzura tym lepiej wygląd fryzury się nie zmienił a jedynie podciełam włosy i wyrównałam je w długości (kiedyś miałam włosy cieniowane). Nie obcinałam włosów dwa lata i fryzjerka była w szoku jak dobrze moje włosy się trzymały-a ja myślałam, że są istną katastrofą. Nie wiem ale czegoś mi u nich brakuje,denerwują mnie toteż w większości nosze je albo w warkoczu, koku czy kucyku. Więcej fryzur nie potrafię wymyślić, od lokówki prostownicy jak najdalej. Postanowiłam więc dobrze o nie zadbać i może sprawić, że moje fale powrócą. Moje włosy nigdy nie były proste, są falowane ale takie obojętne. Zaczęłam ze zdwojoną siłą je nawilżać i poniekąd pomaga mi w tym odżywka nawilżająca marki Rahua. Moim skromnym zdaniem jest najlepszą odżywką z rodziny marki, dwie pozostałe są przeciętne a ta jest genialna. Robi dokładnie to co ma robić, nawilża włosy. Po jej użyciu(nakładam ją na dosłownie minutę, bo mój prysznic jak zawsze jest ekspresowy)włosy są sypkie, nawilżone i wygładzone. Włosy są wręcz takie lustrzane, pięknie odbijają światło...gdybyś spotkały mnie na żywo pomyślałybyście, że nie dbam zupełnie o włosy ale one już takie są i nigdy nie będą niczym tafla najczystszej wody. Zawsze będą wyglądać na podniszczone a jest zupełnie inaczej. Zapewne nie kupie jej po raz kolejny bo świetnie u mnie sprawdzają się maseczki Alterra która jest o wiele tańsza od tej marki Rahua-jej koszt to 171 złotych za 275 ml produktu. Gdybyście miały tyle wydać na maseczkę to bardziej jednak polecam tą marki John Masters Organics z awokado i lawendą-cudo!!!!

TWARZ

Teraz jedynie dwa kosmetyki do twarzy i obydwa z jednej kategorii-demakijaż. Tak, tak wszyscy już powtarzali, że demakijaż jest najważniejszy...no ale zmywanie makijażu mokrymi chusteczkami nie możemy nazwać demakijażem. Ja nie wyobrażam sobie zmyć makijaż wacikiem nasączonym mleczkiem i to wszystko..u mnie to trzy kroki-olej, produkt z użyciem wody i tonik. A muszę nadmienić,że mój makijaż nawet gdy mam "wychodne" nie jest nazbyt intensywny i mocny i jest w 100% wykonywany naturalnymi kosmetykami.



Zacznę więc od olejku który jest chyba najlepszym tego typu produktem z jakim miałam do czynienia. Tłusty ale nie za bardzo tłusty, świetnie się zmywa bez użycia ściereczki, zmywam nim również makijaż oczu i po jego użyciu nie mam poczucia zamglenia, nie podrażnia również oczu, jest w miarę wydajny i świetnie oczyszcza. Mowa o olejku oczyszczającym marki Kahina Giving Beauty-naprawdę nie musicie wydawać 243 złotych za 100 ml produktu bo to tylko olejek do oczyszczania i równie dobrze do tego nada się każdy inny olej, ale wiecie jak ja lubię dla Was testować nowe kosmetyki. Świetny tani olejek chociażby nasze rodzime Resibo-zużyłam chyba z pięć opakowań i lubię do niego wracać za tą cenę.
Po użyciu tego olejku skóra jest super oczyszczona ale i bardzo miękka i uspokojona nawet po użyciu żelu do mycia twarzy. Pachnie bardzo delikatnie geranium i neroli więc koi również zmysły podczas demakijażu. Ma przepiękną buteleczkę więc cieszy  oko a w składzie między innymi: nagietek, kurkuma, wrotyczyn marokański oraz ziele dziurawca jak i oczywiście olejek arganowy który znajduje się w każdym kosmetyku marki Kahina. Czy musicie go kupować-oczywiście, że nie ale jeśli Wasz budżet na to pozwala to jak najbardziej jest wart wypróbowania.



Natomiast żel do mycia twarzy no to już musicie przetestować bo to bardzo, ale to bardzo przyjemny kosmetyk. Uwielbiam w nim wszystko...no ale o czym mowa o żelu do mycia twarzy Super Citrus Cleanser  marki Eco by Sonya. Nie było chyba jeszcze kosmetyku tej marki który by mi się nie sprawdził-uwielbiam samoopalacze, balsam do ciała, peeling do ciała a ta ostatnia maseczka do twarzy...przecież wiecie, że to mój ogromny ulubieniec. Takie niby nic a działa cuda. Z tym żelem jest podobnie, jest bardzo podstawowy i niby ma tylko myć ale jest zbawieniem dla mojej suchej skóry. Moja metoda demakijażowa jest prosta, najpierw olejek do zmycia pierwszej warstwy a potem ten olejek zmywam bezpośrednio żelem. Idę na łatwiznę po prostu. Żel świetnie radzi sobie z zmyciem zarówno tłustego olejku jak i makijażu pozostawiając przy tym skórę przyjemnie miękką i nawilżoną. Po jego użyciu wcale nie czuje od razu potrzeby po sięganie toniku czy olejku/kremu by skórę nawilżyć. A to nie dzieje się u mnie przy każdym produkcie do demakijażu. Żel w konsystencji przypomina aloesowy glutek, przepięknie pachnie cytrusami-ale nie jest to nachalny zapach i nie dusi mnie, a ja jestem wrażliwa na zapachy uwierzcie. Nie pieni się nazbyt wybitnie w tej kwestii przypomina żel do mycia twarzy od Fridge-zapewne każda już go z Was miała. Produkt bardzo przyjemny, ale jakoś szybko umyka mi z tej butelki, nie wiem jak to możliwe. Głównymi składnikami tego kosmetyku są aloes-koi,reguluje, łagodzi; trawa cytrynowa która posiada właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne oraz kawior z limonki który jest pełen naturalnych kwasów AHA.
cena to 116 zł za 175 ml i uważam, że to naprawdę godny polecenia produkt dlatego pojawił się w ulubieńcach.