piątek, 12 października 2018

DLACZEGO SIĘ NIE MALUJE/ROBIĘ TO MINIMALNIE?



 Dziś nie będzie ani recenzji, ani o produktach zdenkowany a chciałabym rozpocząć pewną dyskusję. Często powtarzam, że się nie maluje albo maluje bardzo minimalnie-z reguły w użyciu u mnie są trzy/cztery produkty. Ale co mnie podkusiło by to robić, by się nie malować. Nie tylko ku temu ma się moje "naturalne/zdrowe podejście do życia" bo na to kumuluje się wiele czynników.



To nie tak, że ja całe życie się nie malowałam. Pierwszy podkład kupiłam w wieku 15 lat-raczej mama mi kupiłam i pamiętam, że był firmy Avon-nawiasem mówiąc pamiętam również, że byłam z niego bardzo zadowolona ale w tamtym czasie nie miałam wielkich problemów skórnych ba ja w ogóle nie potrzebowałam się malować ale presja społeczeństwa-to były czasy gimnazjum-robiła swoje. Wymalowane koleżanki miały chłopaków a ja taka "blada" kto mógł się mną zainteresować?
9 lat temu podkład był podstawą..podkład i mocno matujący puder który robił istną szpachlę na twarzy..gdy weszłam do liceum doszedł tusz do rzęs i eyeliner, niegdyś byłam mistrzynią w rysowaniu kreski i tak rysowałam ją każdego dnia a teraz to nawet pędzelka do eyelinera trzymać nie potrafię. Podkład zaczął być coraz bardziej kryjący bo na mojej twarzy wszystko mi przeszkadzało od pękniętego naczynka po mały wyprysk hormonalny-nigdy nie miałam wielkiego problemu z cerą, była z reguły przesuszona i zaczerwieniona ale to z mojej winy bo w ogóle o nią nie dbałam. A więc tapetowałam się i szpachlowałam na potęgę...dodatkowo prostowałam swoje zafarbowane na czarno włosy...o zgrozo. Wszystko mi się zmieniło gdy odeszłam z liceum dziennego na zaoczne..presja otoczenia zniknęła. Nikt nie patrzył na to czy jestem pomalowana czy też nie..odłożyłam w kąt mocno kryjące podkłady, eyeliner i tusz do rzęs. Poza tym gdy zaczęłam pracę nie chciałam emanować swoją seksualnością a mocniejszy makijaż moim zdaniem skupia się uwagę głównie mężczyzn. Nie jestem kobietą która lubi słyszeć komplementy a już w ogóle ze strony mężczyzn którzy mi się nie podobają. To wcale nie buduje mojej samooceny. 

* O poranku mam 30 minut na wyszykowanie się a więc wyraźnie to skróciło czas na makijaż i to pierwszy powód dla którego się nie maluje. Rano trzeba się rozbudzić(co jest trudne o 6:00), zaścielić łóżko, zrobić poranną toaletę, nałożyć pielęgnację, ubrać się i po prostu wyjść do pracy. 

* Po drugie tak gdy zaczęłam najpierw ćwiczyć, potem dołożyłam do tego stosunkowo zdrową dietę(ale lubię niekiedy zgrzeszyć), weszły naturalne kosmetyki no to stwierdziłam, że naturalny, minimalny makijaż będzie dobrym kolejnym krokiem. 

* Naturalnymi kosmetykami ze zdrowym składem nie można przesadzić w makijażu. Z reguły nie zrobimy sobie szpachli na twarzy naturalnym podkładem, czy nie będziemy miały na rzęsach odnóg pająka po naturalnym tuszu do rzęs. Mimo iż pigmenty są naprawdę świetne w takich kosmetykach mimo wszystko stapiają się one z naszą skórą i wygląda to niezwykle naturalnie wręcz jak nasza skóra.

* Nie chce mi się, po prostu nie chce mi się spędzać nie wiadomo jak dużo czasu na idealnym konturze twarzy, pełnym kryciu twarzy i wręcz profesjonalnym smokey eyes. A potem to wszystko zmywać i używać do tego multum patyczków do oczu, wacików, ręczniczków i trzystu preparatów. 

* Wrażliwość oczu, konwencjonalne tuszę i cienie do powiek po prostu podrażniały moje powieki jak i również same oczy. Łzawiły, były zaczerwienione a po pewnym czasie od używania cieni z palety urban decay wręcz skóra schodziła mi z powiek. Od kiedy stosuje cienie od Kjaer Weis nie mam takiego problemu.

* Nie lubię siebie w wersji w pełnym makijażu. Wyglądam po prostu za bardzo poważnie i za staro. Mam niestandardową urodę, nie jestem typową Polką toteż gdy przesadzę z ciemnym cieniem do powiek czy tuszem i dodam do tego czerwone usta, wyglądam swoim zdaniem wręcz wulgarnie. Lubię siebie w wersji saute wręcz.

* Pielęgnacja ponad wszystko. Uważam, że zadbana, wypielęgnowana skóra wcale nie potrzebuje nazbyt wiele makijażu. 

*Akceptuje siebie w pełni z nierównymi brwiami, pękniętymi naczynkami, nierównym kolorytem skóry, hormonalnym wypryskiem. Lubie siebie czy to w wersji "czystej" czy z delikatnym makijażem. Nie mam kompleksów i od kiedy je zwalczyłam podobam się sobie w pełni.

* Nie potrzebuje uwagi mężczyzn, nie jestem feministką ale ja po prostu muszę podobać się sobie a nie innym. Uważam, że niektóre kobiety które przesadzają z makijażem, po prostu szukają czyjejś uwagi i mocnym makijażem chcą by je zauważono. 

* Wszyscy się malują a ja chce być poniekąd inna i należeć do innej grupy aniżeli większość. 

* Malowanie się konwencjonalnymi kosmetykami niszczyło moją skórę-i to nie jest prawda, że źle robiłam demakijaż. Gdy słyszę jak kobiety się wypowiadają, że pryszcze nie zaczęły Ci wyskakiwać nagle przez ten podkład za 10 złotych tylko źle oczyszczasz skórę. Podkład nawet za 150 złotych może nas zapychać przez skład. Odrzuciłam kosmetyki konwencjonalne bo mnie podrażniały, przesuszały i miałam problem z wypryskami przy ustach i na brodzie od zawsze. Gdy zrezygnowałam z pasty z fluorem i konwencjonalnym podkładem moja bolączka zniknęła. 

Jak widzicie to nie jest tylko jeden argument dla którego się nie maluje. Owszem sięgnę po tusz do rzęs czy bronzer ale na większe wyjścia tak mój codzienny makijaż to głównie delikatny krem koloryzujący, korektor pod oczy, rozświetlacz oraz jeden cień do powiek. Moja kolekcja kosmetyczna jest zminimalizowana całkowicie są w niej tylko rzeczy które używam-choć jest mniejsza pojemność tuszu jak i czerwonej szminki na wyjście. Żyje mi się o niebo lepiej gdy nie czuje presji otoczenia względem malowania się. Poza tym lubię siebie i swoją skórę a więc co komu do tego??
Jakie jest Wasze podejście do makijażu?





sobota, 29 września 2018

ZDENKOWANI.



 Tak, tak kolejni zdenkowani, mam nadzieje, że nie nudzą Was oni-bo pojawiają się u mnie stosunkowo często. Ja uwielbiam oglądać czy też czytać o zużytych kosmetykach bo pełną recenzję możemy dopiero :spisać" po zużyciu całkowicie kosmetyku. Nie raz zdarzyło mi się, że na początku uwielbiałam dany kosmetyk ale im bliżej końca opakowania tak coraz bardziej go nienawidziłam.



Po pierwsze WŁOSY o które ostatnio zaczęłam dbać odrobinę bardziej. Powróciłam do łykania biotyny zaczęłam bardziej przykładać się do dbania o skalp aniżeli o włosy-wcierki, peelingi,olejowanie itp. "Konserwowanie" włosów przed myciem, nakładanie odżywki na włosy po każdym myciu, mycie tylko skalpu i nasady włosów...dużo się zmieniło ale włosy z dnia na dzień, z mycia na mycie wyglądają coraz lepiej i jest mnóstwo u mnie baby hair. Włosy odrobinę podcięłam i mam nadzieje, że teraz będą trzymać się dobrze :)

Będą dziś w tej kategorii dwie skrajności bo coś bardzo taniego i coś bardzo taniego i jak myślicie co dziś wygra?

Po pierwsze szampon nawilżający marki Alterra-uwielbiam go równie mocno jak szampon dodający objętości. W świetnej cenie, bardzo wydajny, przyzwoity skład...czego chcieć więcej. Po użyciu tego szamponu nie swędzi mnie głowa, włosy nie przetłuszczają się szybciej, są po prostu dobrze oczyszczone ale nie przeczyszczone. Cena ok 9 złotych-ale często jest na promocji, pojemność 200ml. Ocena oczywiście, że 10/10!

Po drugie produkt powiedziałabym przeciętny, nie zapewnia nam tego co obiecuje nam producent a mowa o Rahua voluminous conditioner-szampon z tej serii uwielbiam ale odżywka jest przeciętna a nawet powiedziałabym, że nie dobra i w o wiele niższej cenie znajdziecie coś o niebo lepszego. O stokroć bardziej wole odżywkę te marki ale z serii nawilżającej-to jest dopiero "sztos". Zużyłam no bo już ją kupiłam, ale nie kupujcie jej jeśli szukacie maski która doda objętości waszym kosmykom bo ta odżywka wręcz je obciąża.
Cena ok. 180 złotych za 275 ml, ocena to 5/10-mimo wszystko bo to Rahua.

Ostatni kosmetyk z kategorii WŁOSY to totalne dno i nie wiem jak kobiety mogą o nim tak pochlebnie się wyrażać. Ogólnie marka Phenome nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia i nigdy już nie zakupie niczego od tej marki bo naprawdę jest mnóstwo wiele cudownych marek cenowo odpowiadającej Phenome, że po co się w nią bawić? Nie polubiłam zarówno kremu do rąk jak i również Purifying hair mask. Ja może nie polubiłam tego kosmetyku, ze względu na to, że po umyciu włosów i ich naturalnemu wysuszeniu były one zawsze niezwykle oklapnięte. Cieżko mi było również z moich długich włosów dokładnie wypłukać tą maseczkę ze skalpu...a bo nie powiedziałam to jest maseczka oczyszczająca naszą skórę głowy z brudu, resztek kosmetyków do stylizacji itp. No ja nakładając tą maskę na skórę głowy nie czułam oczyszczenia a zaklejenie...nienawidzę jej zapachu, konsystencji, opakowania...nic mnie w niej nie ujeło. Stosowałam ją jako krem do golenia ale i w tej kwestii irytowała mnie bo "siedziała" mi w kratce pod prysznicem i ciężko ją było wypłukać. Wiem, że wiele kobiet ją uwielbia..ale ja ogólnie zauważyłam, że to co większości się sprawdza u mnie jest totalnym bublem. Cena to 135 złotych za 200 ml-produkt jest bardzo wydajny i termin do użycia 6 miesięcy to istna kpina bo nie uda się zużyć tego kosmetyku w ten czas chyba, że ktoś używa tego kosmetyku na całe włosy od skalpu po końce. Ocena to 1/10...niczego w nim nie polubiłam a więc jestem na NIE.

CIAŁO



Jestem wierna temu produktowi od lat..w ogóle ostatnio zauważyłam, że uwielbiam wracać do sprawdzonych kosmetyków i niekoniecznie szukam czegoś nowego. Zapewne w niedługim czasie się o tym jeszcze bardziej przekonacie bo na okres jesienno-zimowy który nie jest przychylny mojej skórze postanowiłam nie eksperymentować a wrócić do rzeczy sprawdzonych. Już teraz mam problem z łuszczeniem się skóry, podrażnieniem i brakiem nawilżenia ale jeszcze nie wymieniłam kosmetyków na te w konsystencji cięższe i bardziej nawilżające, regenerujące, opatulające skórę.
Ale wróćmy do produktu czyli żelu aloesowego marki Gorvita. Jest parę takich "kosmetyków" które zawsze muszą być ze mną jest to olej z dzikiej róży, olej kokosowy, olej z pestek śliwki, maść cynkowa oraz żel aloesowy. Ten niezmiennie stosuje od 3 lat od głowy aż po palce od stóp. Jest świetny do nawilżania skalpu, twarzy, ciała, do włosów, na podrażnienia, gdy komar mnie ugryzie, robię z jego dodatkiem toniki, maseczki, łącze z olejami i serami. Zawsze musi być ze mną-tak, tak to kosmetyk który kupuje na zapas.
Ocena jest oczywista a cena to ok 16-20 złotych.

Nienawidzę stóp...i może to się Wam wydawać dziwne ale jest sporo osób której tej partii ciała nie preferuje. Ja najchętniej chodziłabym cały czas w skarpetach i latem nie zobaczycie mnie w sandałach. Ale niestety jak o każdą partię ciała tak i o stopy dbam, latem ze zdwojoną siłą. Odświeżający ochronny spray do stóp marki Alba 1913 uwielbiałam choć uważam, że za taką cenę jest to za mała pojemność. Ten spray cudownie pachnie-ziołowo a wiecie, że ja takie zapachy uwielbiam-pielęgnuje i co najważniejsze był dla mnie latem odświeża i chłodzi zmęczone stopy. Zauważyłam również, że gdy zaaplikowałam ten spray rano i chodziłam w butach na gołe stopy w ogóle się nie pociły. Aplikowałam go również w miejsca gdzie ugryzły mnie te straszne komary-one uwielbiają mnie kąsać- i dzięki temu nie swędziło mnie dane miejsce. Produkt fajny ale za wysoka cena-49 złotych-jak za 30 ml produktu który stosowałam każdego dnia dwa razy dziennie. Ocena 8/10.
Tak bardzo polubiłam tego typu rodzaj, że teraz testuje taki spray ale innej marki.

Markę Mokosh uwielbiam za brązujący balsam do ciała który jest moim must have na lato-zarówno był w tamtym roku jak i w tym, ale ich standardowe balsamy również są cudowne. Ja zakupiłam ten o zapachu melona z ogórkiem. Produkt mimo iż jest balsamem w konsystencji nie był nazbyt gęsty ale świetnie nawilżał skórę i wchłaniał się bardzo szybko w skórę pozostawiając ją wygładzoną, zregenerowaną i jak wspominałam wcześniej nawilżoną. Kąpiel z reguły biorę co dwa dni i po kąpieli zawsze aplikuje balsam, podczas jego stosowania nawilżenie na skórze utrzymywało się na bardzo długo- a muszę zaznaczyć, że mam suchą skórę nie tylko na twarzy ale i na całym ciele. Kuszą mnie inne zapachy balsamów tej marki i sądzę, że na pewno skuszę się w przyszłości na inne. Cena 59 złotych za 180 ml. Ocena 10/10 bo nie mam żadnych przeciwwskazań do tego produktu, jest po prostu genialny.

Jest i mydło ale pozwólcie, że nie będę się nad nim rozwodzić bo mydło to mydło. Te jest marki Purite pokrzywowe...oczyszczał-oczyszczał i nie robił nic poza tym. Ale tylko tyle oczekuje od mydła :)

Ten produkt nie przez przypadek pojawił się w sekcji CIAŁO bo ja stosowałam go do ciała a ściślej mówiąc do nóg. Był zbyt agresywny dla mojej skóry a jako że z bólem serca wyrzucam kosmetyki toteż postanowiłam spróbować wykorzystać go w inny sposób. Jak dobrze, że kupiłam tylko jej mało pojemność bo to kosmetyk może i dobry ale nie dla mojej wrażliwej i suchej skóry-powodował podrażnienie i suchość mojej skóry.Mowa o esencji marki Caudalie- ona ani trochę nie dodawała jej blasku a więc ją odbierała.Nie walczyła też z przebarwieniami...jako że miałam problemy z wrastającymi włoskami na nogach-przede mną ostatni sesja depilacji laserowej na nogi) stosowałam ową esencję na nogi ale nie widziałam żadnych efektów toteż po prostu się jej pozbyłam. Dla cery wrażliwej i suchej nie...toteż pozwólcie, że nie będę wystawiała oceny temu kosmetykowi. Cena regularna to  ok 80 zł za 100ml

TWARZ



I moja ulubiona kategoria...

Na początek produkt którego pełna recenzja jest na blogu a więc nie chce tutaj się rozpisywać na jego temat-link tutaj, powiem tylko tyle, że mowa o preparacie oczyszczającym marki Tata Harper Purifying Cleanser

Kolejny produkt był w poprzednich ulubieńcach i tak stosunkowo szybko ją zużyłam przyznaję-bo mowa o maseczce Face Compost marki Eco by Sonya-ale stosowałam ją codziennie uwierzcie mi tak bardzo ją polubiłam. Jest genialna, z ręką na sercu ją Wam polecam. Na lato była świetna bo regenerowała skórę, nawilżała ją i sprawiała, że była ona miękka i nawilżona ale tak delikatnie, idealnie na okres letni właśnie. Poza tym działa już w uwaga 7 minut-każda ma siedem minut które może poświęcić na maseczkę. Uwielbiałam jej lekko szpinakowy zapach..ogólnie ona dla mnie pachniała obierkami zielonych warzyw-ale to zabrzmiało zachęcająco-ale stąd maska compost. Ta marka ogólnie bardzo pozytywnie mnie zaskakuje-uwielbiam ich samoopalacze, produkty do pielęgnacji ciała a teraz lubię coraz bardziej te do twarzy-mam żel do mycia twarzy i jest równie genialny. Ocena to 10/10!!! a cena to ok 155 złotych za 100 ml.

Teraz pora na istne rozczarowanie, nie polubiłam kompletnie tego kosmetyku a mowa o pomadce ochronnej bezbarwnej marki Tata Harper. Opakowanie muszę to zaznaczyć jest niezwykle tanie i tandetne-niskiej jakości plastik z których napisy bardzo szybko zniknęły. Za cenę 133 złotych za uwaga 2.5g produktu oczekuje, że będzie nie tylko świetnie działał ale i opakowanie będzie warte tych pieniędzy. Jest to bezbarwny balsam do ust który ani dobrze nie nawilża ust, ani ich nie odmładza jak zakłada producent ani nawet nie regeneruje a już napewno nie wypełnia naszych ust i nie wydają się one ani trochę większe. Daje bardzo tandetny efekt na ustach-połysku, blasku, niczym olej którego ja osobiście nienawidzę-pachnie dla mnie gumą balonową i to jedyny plus. To istny bubel a więc daje 0/10. Na tą chwilę najlepszym balsamem do ust jaki stosowałam jest ten od Fridge 4.5 orange lips. Właśnie jestem w trakcie użytkowania trzeciego opakowania a to już dużo mówi.

Co do tego produktu cieszę się, że zakupiłam jedynie próbkę i mogłam dowiedzieć się, że kompletnie mi on nie pasuje. Szaleństwem byłoby kupienie dużego opakowania i męczenie się z nim. Marką Omorovicza byłam niezwykle zafascynowana a tak naprawdę moja "przygoda" z tą marką zakończyła się jedynie na próbkach. Nic prócz maseczki oczyszczającej nie zrobiło na mnie piorunującego wrażenia. Tak samo jak Thermal Cleansing Balm-po pierwsze okropny zapach, dla mnie pachniał jak ropa. Coś strasznego, po drugie dziwna konsystencja ni to balsam ni to błoto-twarz po aplikacji była delikatnie czarna. Do jego zmycia zmuszona byłam użyć ręczniczka-czego z reguły nie robię bo mimo iż producent tak zaleca ja idę na łatwiznę i zmywam balsamy czy olejki za pomocą żelu do mycia twarzy. W tym przypadku ani ich pianka oczyszczająca ani inne żele oczyszczające nie dawały sobie rady. Ten balsam w konsystencji bardzo przypominał mi wazelinę-cięzki, tłusty, w kontakcie z wodą tępy.  Cena za 50 ml to ok. 300 złotych i wiem, że ludzie go uwielbiają, że jest bestsellerem marki dla mnie jest tragiczny i szkoda mi by było na niego 300 złotych. Ocena oczywiście, że 0/10!!

Na sam koniec zostawiłam perełkę której chyba wykupie cały zapas w TkMaxxie o ile jeszcze ją znajdę. Mowa o mgiełce/toniku marki Valjean Labs-kompletnie nieznana mi marka, która nazywa się Glow Vitamin C+Magnesium..to jeden z lepszych toników jakie dane mi było używać. Jego cena regularna(znalazłam go na stronie amerykańskiej) to ok. 44 złotych za 118 ml. Ja używałam go zarówno rano jak i wieczorem wręcz w za dużych ilościach ale uwielbiałam jego działanie. Skład nie jest nader naturalny ale wybaczam mu to bo działanie było takie o jakim myślałam.
Skład: Purified Water (Aqua), Glycereth-26, Propanediol (Zemea), Polysorbate 20, Benzophenone-4, Ascorbic Acid (Vitamin C), Magnesium PCA, Sodium Hydroxide, Panthenol (Pro Vitamin B-5), Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Rosa Damascena (Rose) Flower Water Extract, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Leaf Extract, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Red No.40 (CI 16035), Blue No.1 (CI 42090), Fragrance (Parfum)
Muszę zaznaczyć, że po aplikacji toniku na oczyszczoną skórę twarzy czułam delikatne szczypanie, mrowienie i ciepło a to znaczy, że witamina C w nim zawarta działała. Skóra w żaden sposób nie była podrażniona, przesuszona czy pozbawiona nawilżenia. Była rozjaśniona i rozświetlona a dodatkowo świetnie nawilżona a dodatkowo zauważyłam, że gdy stosowałam ten tonik zmiany hormonalne na mojej twarzy szybciej się goiły i nie pozostawiały przebarwienia-co z reguły ma miejsce. Tonik pachniał perfumami ale zupełnie mi to nie przeszkadzało-był do przeżycia. Ważna kwestia jest taka, że te kosmetyki nie są testowane na zwierzętach i jak nienaturalność kosmetyków mogę wybaczać to nigdy już nie użyje kosmetyku testowanego na zwierzętach. W Tkmaxxie kosztuje alo 19.99 albo 29.99-już nie pamiętam ale jest wart zainteresowania. Jak najbardziej oczywiście daje 10/10!!!!



wtorek, 11 września 2018

TATA HARPER PURIFYING CLEANSER


 Dawno nie przychodziłam do Was z recenzją szczegółową produktu. Łatwiej mi jakoś było opisywać kosmetyki w denku bo wiecie najlepiej jest zużyć produkt do końca i wydać o nim opinie. Tak jest właśnie w przypadku preparatu oczyszczającego marki Tata Harper który wykończyłam do końca i brakuje mi go-a to już wiele oznacza.




Mimo iż to produkt do drugiego oczyszczania nie jest typowym żelem/pianką do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni podczas mycia po zmyciu pierwszej warstwy makijażu. Purifying Cleanser nie pieni się, w sposób agresywny nie zdziera brudu, resztek makijażu i sebum, nie pozbawia nas naszej naturalnej warstwy ochronnej.

Moja przygoda z marką Tata Harper jest różna...jedne kosmetyki kocham a inne nienawidzę, uwielbiałam olejek do demakijażu-mimo iż był numerem jeden teraz coś innego wskoczyło na jego miejsca-maseczkę rozświetlającą za to znienawidziłam esencje/tonik marki oraz preparat oczyszczający regenerating cleanser który nawet podrażniał moją skórę ciała-bo ostatecznie wykończyłam go jako peeling do ciała.

Nie wszystkie kosmetyki są warte zawrotnych cen które z roku na rok idą coraz bardziej w górę, pierwszy kosmetyk tej marki zakupiłam trzy lata temu i już poszedł o 30 złotych do góry jak przeglądałam go ostatnio.
Oczywiście cała otoczka czyli opakowanie które są przepiękne-ciężkie, zielone, porządne szkło i cudowne pompki które nigdy się nie zacinają i dawkują idealną porcję produkt. Tych opakowań aż żal wyrzucać-ale ich nie zbieram bo nie należę do takich osób. Ale również to zawarte jest w wysokiej cenie produktu bo jego koszt to 306 złotych za 125 ml i już muszę ponarzekać bo produkt jest niewydajny. Podczas codziennego demakijażu(oprócz niedzieli bo gdy nie noszę makijażu nie robię demakijażu i nie oczyszczam preparatami oczyszczającymi skóry)preparat starczył mi na niecałe dwa miesiące. A to naprawdę niewiele ale wybaczam mu to bo to zupełnie inny rodzaj tego typu produktu.

Produkt przed dodaniem wody



W formie jest kremowo-żelowo-olejkowy-ciężko mi zawsze opisać konsystencję produktów marki Tata
Harper bo z reguły są innowacyjne, nowe, w kontakcie z wodą emulguje i tworzy się biała emulsja którą łatwo zmyć, trzeba uważać jednak na oczy podczas zmywania po je podrażnia. Oczywiście mocno i intensywnie pachnie jak większość jej kosmetyków.

I po dodaniu wody



Produkt nie jest typowo przeznaczony do skóry wrażliwej i suchej ale nie zrobił mi krzywdy a wręcz moja skóra go pokochała. Mojej skórze muszę pomagać jeśli chodzi o złuszczanie, nie chce codziennie traktować jej mocnymi peelingami mechanicznymi a codzienne nakładanie tych enzymatycznych jest czasochłonne i nie zawsze mam na to czas-poza tym to niebezpieczne bo w końcu mogą mnie podrażnić. Dlatego też uwielbiam kosmetyki wielofunkcyjne czyli serum rozświetlająco-nawilżające z dodatkiem kwasów AHA I BHA które robi wiele rzeczy na raz a skóra każdego dnia wygląda coraz lepiej...ten produkt również posiada enzymy z owoców które w sposób delikatny złuszczają martwy naskórek nie podrażniając przy tym i nie wysuszając skóry podczas każdego mycia.
Producent zapewnia nas, że nasze pory podczas mycia będą oczyszczone i tak jest ale nie od razu po umyciu a po regularnym stosowaniu tego preparatu. Naturalne cukry i wyciąg z brokułu łączą się by stymulować i wzmacniać matowa skórę, preparat odżywia i nawilża.


Używanie: preparat aplikujemy na suchą skórę i delikatnie masujemy, to ważne by unikać kontaktu z oczami. Dokładnie płuczemy wodą i jeśli poczujesz uczucie mrowienia na skórze to nie reakcja alergiczna a działanie imbiru i enzymów które są w składzie

skład: Caprylic/Capric Triglyceride, Helianthus annuus (Sunflower) Seed Oil, Capric/Caprylic/Triglycerides, Water, Glycerine, Propanediol, Glyceryl undecylenate, Aroma, Sucrose Stearate, Decyl Glucoside, Oryza sativa (Rice) Extract, Glyceryl Caprylate, Lactobacillus/Punica granatum Fruit Ferment Extract, Papain, Curcuma Zedoaria Root Oil, Magnesium Aluminum Silicate, Sucrose Palmitate, Zingiber Officinale Root Oil, Salix alba (Willow) Bark Extract, Eugenia Caryophyllus Flower Oil, Sucrose Laurate, Abies PectinateLeaf Oil, Foeniculum Vulgare Oil, Aloe Barbadensis Leaf Extracts, Kaolin, Bioflavanoids, Leuconostoc ferment filtrate, Montmorillonite, Mica, Brassica Oleracea Italica (Broccoli) Extract, Superoxide Dismutase, Soybean Peroxidase, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Linalool, Limonene.

Stosowanie tego produkt sprawiało mi radość, oczyszczało moją skórę dobrze, nie podrażniało jej, uwielbiałam jego zapach ale przez to, że to produkt drogi i niewydajny a przy tym są też lepsze produkty na rynku-bo to tylko preparat do oczyszczenia, "siedzi" on na naszej skórze przez parę sekund" nigdy do niego nie powrócę. Jeśli jednak Wy macie "luźne" 300 złotych i nie wiecie co z nimi zrobić zachęcam Was do zakupu.


poniedziałek, 20 sierpnia 2018

ZDENKOWANI.



Kolejny miesiąc, kolejni zdenkowani. Bez niepotrzebnego przedłużania zaczynam od.....

Ciała




Skin Food od Weledy to produkt który chyba już zawsze będzie ze mną. W okresie jesienno-zimowym stosuje go jako krem do rąk i stóp-bardziej stosuje go jako maseczkę całonocną na te partie ciała bo należy do bardzo tłustych, odżywczych kremów. Uwielbiam w nim wszystko od zapachu, po konsystencję nawet tą tłustość, fakt, że jest bardzo wydajny i naprawdę działa. Czasami też stosuje go wiosną całkowicie jednak odpada latem, bo nie potrzebuje aż takiego nawilżenia jeśli chodzi o stopy i dłonie w tym okresie. Nie stosuje go do pielęgnacji twarzy gdyż nie lubię kremów stosować do tej jakże wrażliwej skóry-boje się, że mógłby mnie zapchać. To nie jest moje pierwsze opakowanie tego kosmetyku i na pewno nie ostatnie.
Ocena 10/10 a cena to ok. 30 zł za 30ml(w zależności w jakim sklepie kupicie)

Krem do rąk obowiązkowo musi być zawsze ze mną. Przy moim łóżku-może być też krem do stóp który stosuje również do rąk, w mojej torebce i ten z torebki często ląduje u mnie w pracy. Bardzo często myje dłonie w ciągu dnia i to nie ze względu na pewną przypadłość ale mam brudną prace po prostu. Woda u mnie jest tragiczna przez to bardzo szybko można przesuszyć sobie dłonie, kremuje dłonie do trzech-czterech razy dziennie i uwierzcie mimo iż przetestowałam już pare kremów do rąk tylko jeden nadawał się do czegokolwiek ale kosztuje aż 76 złotych, a ja nie mam wydawać tyle na krem do rąk :D Ten od Purite nazywający się hand&foot był całkiem, całkiem ale nie na tyle bym do niego powróciła-na pewno był o niebo lepszy od tego z marki Phenome. W miarę szybko się wchłaniał, nie pozostawiał tłustej warstwy, dobrze nawilżał, nie przesuszał-to nie takie oczywiste w kremach do rąk-ale nie zrobił na mnie efektu WOW. Ja posiadałam krem o zapachu miętowym-był uzależniający.
Ocena 6/10, cena: 47zł/50g


Włosy




W tej kwestii porażka pogania porażkę. Jak wiecie lub nie fanką wielką pielęgnowania włosów nie jestem. Dla mnie ich umycie jest koszmarem i uwierzcie robię to w ostateczności a najlepiej w ogóle bym tego nie robiła. Włosy są długie a do tego są "puszyste", zawsze wstaje z lwią grzywą której nie znoszę czesać ale mimo wszystko uwielbiam swoje włosy. Ja wiem wszystko się ze sobą przeczy ale takie są kobiety. Nie myślę w ogóle o obcięciu swoich długich włosów bo dla mnie są synonimem kobiecości i wiem, że gdybym ścięła chociażby 10 cm nie czułabym się tak dobrze w swojej skórze jak teraz się czuje. Jestem od dwóch lat wierna szamponowi marki Rahua-ten dodający objętości to mój ideał-i sprawdza się u mnie genialnie ale zawsze gdy wykańczam szampon, zamiast brać to co się u mnie sprawdza szukam czegoś nowego(znalazłam fajne tanie szampony o których wspomnę w kolejnym poście o nazwie w którym przedstawię parę kosmetyków do 100 złotych). Takie są kobiety, jesteśmy po prostu odkrywcami ale często jednak chyba tego żałujemy.

Jak o szamponie Rahua dodającym objętości nie będę się rozwodzić bo już tyle o nim pisałam tak opowiem trochę o totalnym bublu w moim odczuciu marki Onira. Od szamponu nie oczekuje zbyt wiele, ma delikatnie myć i pielęgnować moje włosy na tyle bardzo bym nie musiała stosować odżywek, masek itp. Szampon Rahua właśnie taki jest, gdy chce by mocniej czyścił moją skórę głowy dodaję odrobinę sody i mam idealny szampon oczyszczający. Skuszona nową marką postanowiłam przetestować szampon-w ofercie niestety nie ma takiego który dodaje objętości-, że moje włosy przechodziły w tamtym czasie mały kryzys postawiłam na szampon Le naturel czyli łagodny szampon. Miał on oczyszczać, regenerować i rewitalizować..nawet nie potrafił dobrze umyć moich włosów. Przez bardzo rzadką konsystencję traciłam mnóstwo produktu bo uciekał mi między palcami, poza tym potrzebowałam jego ogromną ilość ażeby umyć moje długie włosy. Poza tym po umyciu włosy nie dość, że nie były dobrze umyte to jeszcze były takie oklapnięte i tępe..pozbawione życia. Bardzo szybko się przetłuszczały, jeszcze szybciej niż normalnie. Gdybym miała go stosować średnio 2-3 razy w tygodniu na podwójne mycia ledwo starczyłby mi na miesiąc, tak mieszałam go z Rahua byleby go wykończyć. Męczyłam się z nim potwornie i cieszę się, że nie zakupiłam jeszcze od nich odżywki co miałam w planach. Totalny bubel..Ocena oczywiście, że 0/10 a cena to 155zł /200ml- za Rahua jestem w stanie zapłacić taką kwotę ale za ten bubel nie dałabym już ani złotówki.

Kolejny szampon zakupiłam kuszona tą marką z każdej strony mowa o Biofficinie Toscanie i szamponie dodającym objętości. Mówię sobie a spróbuje co tam szkodzi, bardzo ciągnęło mnie do niego ponieważ to nie jest taki zwykły szampon a koncentrat który rozrabiamy z ulubionym hydrolatem jak i również z wodą. Bardzo fajny, unikalny produkt pomyślałam, no ale u mnie się niestety nie sprawdził. Potrzebowałam go dużo ażeby umyć moje włosy, pienił się bardzo delikatnie i co najważniejsze nie dodawał mi objętości a gdy kupuje szampon z takim przeznaczeniem mam nadzieje, że będzie działał. Przesuszył mi strasznie włosy i wyglądały niczym siano, po umyciu nim włosów strasznie swędziała mnie skóra głowy i cóż odstawiłam go po jakimś niecałym miesiącu stosowania. Jako że jest koncentratem, bardzo wodnisty w swojej konsystencji nie jest przez to jakoś znacznie wydajny. Poza tym wcale nie wychodzi tak tanio, zakup specjalistycznej buteleczki, hydrolatu oraz szamponu to koszt ok. to koszt ok 80 złotych które owszem dzielimy na pół, ale to dużo zachodu z odmierzaniem wlewaniem...a ten szampon nie jest tego wart. Za pomysł dam 2/10...u mnie się nie sprawdził ale może być inaczej u Was. Proszę nie szykanujcie mnie za to :)

Na sam koniec tego działu kosmetyk który początkowo uwielbiałam ale pod koniec coraz bardziej nienawidziłam aż ostatecznie nie zużyłam go do końca. Mowa o preparacie zakwaszającym do włosów marki Purite. To nic innego jak ocet jabłkowy z paroma ziołami takimi jak pokrzywa, szałwia, lawenda, rumianek, nagietek i parę olejków eterycznych. Uwielbiam ocet jabłkowy wykorzystywać w pielęgnacji, gdy niegdyś myłam włosy sodą był właśnie środkiem zakwaszającym włosy, niekiedy stosuje go jako tonik do twarzy czy też moich problematycznych ramion i pleców i jak zrobienie takiego preparatu to chwila i kosztuje grosze tak chciałam przetestować taki gotowiec. Ja uwielbiam zapach octu jabłkowego, jestem jego wielką fanką ale w tym preparacie czuć go minimalnie bo jest zabity ziołami i olejkami eterycznymi, tak więc jeśli nie stosujecie octu przez zapach to produkt dla Was. Włosy po jego zastosowaniu są przyznaje bardziej sypkie, lśniące i lepiej się rozczesują ale ja nie zauważam żądnych innych plusów po stosowaniu octu. Na pewno nie minimalizuje u mnie procesów przetłuszczania się włosów, nie zatrzymuje wypadania...jest na pewno fajny jeśli jak ja nie możecie wypłukać do końca szamponu. Zbyt częste jednak jego stosowanie przesuszyło mój skalp jak i również włosy, zrobiłam sobie wielką krzywdę aplikując go na skórę głowy i  jeszcze wmasowując jak zaleca producent. Ocet jabłkowy jest dobry ale nie za często, nie wcierać w skórę głowy i raczej stosować jako płukanka a nie w formie rozpylacza.
Ocena 5/10 cena 47 zł za 100 ml-taniej Was wyjdzie gdy zrobicie taki preparat sami w domu.

Twarz



Moja ulubiona partia na ciele, to na niej głównie skupiam swoją uwagę, ale nie zaniedbuje też również innych partii na swym ciele które są równie ważne.Wy również o tym pamiętajcie, bo twarz twarzą ale o wiele szybciej wiek widać po szyi chociażby :D

Mam czasami takie skoki, że chciałabym przetestować w danej chwili wszystkie kosmetyki od jednej marki miałam tak z Alkemie-chyba nigdy nie spiszę recenzji ich kosmetyków, mam tak z May Lindstrom ale tych parę kosmetyków kosztuje mała fortunę, miałam tak z marką Omorovicza ale minęło mi po zakupie paru próbek. Miałam tak również z jak bardzo popularną ostatnio marką Leahlani którą nazywałam tańszą wersją Mahalo-nazywałam bo na ten "przydomek" nie zasługuje. Markę Mahalo bardzo intensywnie testowałam w tamtym roku i uwielbiałam te kosmetyki za zapachy, działanie ale niekoniecznie za cenę, tęsknie za nimi nie ukrywam ale nie chce ponownie wydawać takich kwot na te kosmetyki bo wole w zamian za to wypróbować coś nowego chociażby od May Lindstrom...tak, tak szykuje się do obrabowania banku i to już niedługo tak więc bądźcie cierpliwe. Wracając do Leahlani gdy tylko opublikowałam na Instagramie zdjęcie i opis, że ich po prostu nie polubiłam zostałam bardzo zaszczuta. Ja wiedziałam co kupuje ale nie sądziłam, że będą to po prostu przeciętne kosmetyki z mocnymi zapachami a do tego wcale nie tak tanie. Nie boję się powiedzieć, że coś jest po prostu bublem.

Na pierwszy rzut niech pójdzie balsam o nazwie bless beauty balm by Leahlani. Opakowania teraz niewątpliwie marka wymieniła na plus, są po prostu ładniejsze, nie takie pstrokate. Od kiedy rok temu kupiłam rare indygo od Mahalo całkowicie przepadłam jeśli chodzi o "balsamy" do twarzy-wiecie o te takie zbite,bogate, olejowo-masłowe produkty do pielęgnacji twarzy które są multifunkcyjne.W okresie zimowym jeśli jesteście posiadaczkami skóry suchej, wrażliwej nie ma niczego lepszego, od takich balsamów. Zapach ani trochę mi się nie podobał mocny i bardzo ale to bardzo kwiatowo ale najbardziej czułam tam neroli a ja nie przepadam za tym zapachem. Skład jest niezwykle czysty i tutaj nie ma co się przyczepić, znajdziemy w nim olej arganowy, masło shea, masło kakaowe, olej marakuja, olej moringa, marula itd. Produkty tego typu są niezwykle wydajne i odrobina wystarczy ażeby pokryć całą twarz i szyje...jako że są multifunkcyjne mogą być zarówno produktem do nawilżania twarzy, okolicy pod oczami, balsamem do ust, "nawilżaczem" ciała, problematycznych miejsc takich jak kolana, łokcie, stopy dłonie...ten produkt nawilżał ale nie robił nic więcej. Nie poprawił struktury mojej skóry, nie neutralizował moich zaczerwienień, nie pomagał w gojeniu sie wyprysków, skóra ani trochę nie była niczym kaszmir jak to opisuje producent. Rare Indigo działało naprawdę na szerokim polu a ten był niezwykle przeciętny i bardzo długo się wchłaniał w skórę, wstając rano wciąż czułam go na twarzy tak więc tylko sprawdzał się do wieczornej pielęgnacji...w końcu zapach tak bardzo doprowadzał mnie do szału i zużyłam go do demakijażu twarzy, dobrze w tej kwestii się sprawdził bo jest niezwykle tłusty. Nie było to ani trochę "błogosławieństwo"  dla mojej skóry. Ocena 3/10 a cena to ok. 250 złotych(ja kupowałam go na cult beauty jak i inne kosmetyki tej marki które przedstawię poniżej).

Kolejnym kosmetykiem tej marki który wykończyłam do innych celu aniżeli był jest Aloha Ambrosia serum olejkowe. Totalny bubel, znowu mocny zapach, bardzo mocny i jak jaśmin uwielbiam-bo tak pachnie ten olej-to było dla mnie nie do wytrzymania.Te zapachy po prostu dla mnie są za słodkie i za mocne. No powiedzcie kto lubi zapachy które aż drapią w nos...dobrze przeżyłabym te zapachy gdyby działanie było tego warte jak było w przypadku kosmetyków Mahalo ale dla mnie to był przeciętny olej-zużyłam go do pielęgnacji ciała i tam sprawdził się dobrze, a nawet rewelacyjnie. Ja wiem narzekam ale przetestowałam już multum kosmetyków, wiem czego oczekuje od danego kosmetyku, jestem świadomym konsumentem i wiem za co płacę po prostu. Olejek ten kupiłam jako zastępstwo serum Kypris Antoxidant Dew-mój ogromny ulubieniec, ostatecznie do niego i tak powróciłam-Aloha Elixir jak nazwa wskazuje jest produktem idealnym do porannej pielęgnacji, delikatna formuła, antyoksydacyjne właściwości i nawilżenie, oczywiście, że nawilżenie. Dla mnie był zbyt delikatny...konsystencja suchego olejku-porównanie do Nuxe, olejek a jednak suchy-dla mnie wysuszał moją skórę zamiast ją nawilżać. Podkłady, kremy BB wyglądały na nim tragicznie..skóra była pozbawiona blasku a wręcz przesuszona. Nie było łagodzenia skóry dzięki aloesowi, nie było redukcji stanów zapalnych, nie było nawilżenia dzięki olejkowi jojoba..a świecąca to już na pewno nie była. Skóra jednak na ramionach, dekolcie i szyi już tak a więc może to po prostu wina mojej skóry twarzy, że olejek się nie sprawdził..cóż. Ocena 2/10-za to dobre działanie na ciało, a cena to ok. 265 zł.

Ostatnim produktem tej marki jest maseczka Meli Glow-wiecie, że jeśli w nazwie jest słowo "glow" to dana rzecz musi być moja, nie było inaczej również teraz. Uwielbiam działanie miodu na skórę, nic tak w jednej chwili nie oczyszcza, rozświetla, nawilża i wygładza struktury jak miód i wcale nie musi to być ten Manuka-który ja osobiście ubóstwiam, może być standardowy, najzwyklejszy miód-musi być jednak prawdziwy  a nie jego jakaś pochodna-bo są sztuczne miody, wyobrażacie sobie? Ten produkt pachniał nieziemsko i tutaj nie mam do czego się przyczepić, w konsystencji to miód do którego przyklejało się wszystko od włosów po inne rzeczy które napatoczyły się na drodze-ale to również mi nie przeszkadzało...ale w mojej opinii sam miód robił o wiele lepsze rzeczy aniżeli ta maseczka-a miód jest o wiele tańszy. Po zmyciu maseczki moja skóra często była zaczerwieniona, lekko podrażniona i wcale nie tak pełna blasku jak być powinna. Delikatne przebarwienia nie były rozjaśnione a skóra sama  w sobie nie była nawilżona. Skóra czuła się dokładnie tak samo jakbym tej maseczki w ogóle nie nałożyła. W składzie maska ma miód hawajski, różaną glinkę, owoc z róży, owoc truskawkowy-tak maseczka pachnie przepięknie truskawkami,olej arganowy, z rokitnika, z pestek moreli, awokado, kwas hialuronowy i witaminę C oraz E..skład ciekawy ale czy wart aż 260 złotych? Moim zdaniem nie. Maseczka różana marki Mahalo świetnie nawilżała moją skórę a to było takie meh...ta maseczka nie jest na tyle wspaniała by jej nie odtworzyć w domu, maseczka May Lindstrom Honey Mud może również nie czyniła cudów ale była na tyle przyjemnym kosmetykiem jeśli chodzi o konsystencję, to w jaki sposób się zmywała i ten zapach, że zakupiłabym ponownie. Tego kosmetyku nie..wiem jak zmywa się miód tutaj jednak zmycie tej maseczki było ciężkie podwójnie...bez zwilżonej ściereczki było ciężko bo maseczka zastygała. Ocena 5/10 bo to nie był zły produkt, zapach był zniewalający ale ja chyba od niej oczekiwałam więcej niż mogła mi dać.

To był genialny produkt, bardzo dobry...jeśli tylko jesteście fankami zapachów brudnych, ziemistych, błotnych...po prostu zapachów Ziemi jak ja. Marka Jan Barba coraz bardziej, oczywiście pozytywnie ma zaskakuje bo w swojej ofercie mają coraz genialniejsze produkty. Do tego te przepiękne ciężkie, czarne, szklane opakowania-trochę taka polska "May Lindstrom".Uwielbiałam tonik, uwielbiam serum pod oczu-SOU, szampon który niestety został wycofany  i pokochałam peeling enzymatyczny z marokańską glinką. Początkowo nie sprawdzał się u mnie, mówiłam sobie-co za bubel-ale nie przeczytałam, że przed użyciem trzeba go po prostu wymieszać-głupia ja. A to bardzo ważne, bo inaczej peeling po prostu nie zadziała. To glinka, po prostu rozrobiona glinka która wygląda jak błoto, pachnie jak błoto i na twarzy wygląda jak błoto. Ja nakładałam grubą warstwę na twarz i pozostawiałam na 3-5 minut, działanie peelingu czuć bardzo szybko. Produkt jest bardzo świeży toteż należy go najlepiej trzymać w lodówce i bardzo szybko zużyć. Ale pomówmy o samym działaniu..uwielbiam bromelaninę w peelingach, nic tak cudownie i delikatnie nie złuszcza martwego naskórka jak właśnie ekstrakt z ananasa. Peeling ten świetnie złuszcza le i łagodzi jak i pomagał mi "zniszczyć" malutkie wypryski. Marokańska glinka która została użyta jako baza to jedyna glinka która nie wysusza skóry a więc dobrze sprawdziła się przy mojej suchej i wrażliwej skórze.Nie spływa z twarzy dzięki zbitej konsystencji...no i ta cena 49 zł za 50ml. Ocena oczywiście, że 10/10...cudo.

Poszukiwanie "idealnych" rzeczy nigdy nie jest łatwe, zawsze jest coś..ja tak miałam z poszukiwaniem idealnego balsamu do ust, ale w końcu go znalazłam i wcale nie tak daleko. Oczywiście, że w ofercie marki Fridge, mowa o 4.5 orange lips . Zniechęcona po balsamie 1.5 lips cream nie chciałam już testować drugiego tej marki, bo wierzyłam, że jest równie zły. Myliłam się bo to najlepszy balsam do ust jaki używałam-aktualnie używam już drugie opakowanie a wręcz już je wykańczam. Niestety jak to jest w przypadku marki Fridge produkt jest tak świeży, że trzeba zużyć go w przeciągu trzech miesięcy, co graniczy z cudem pomimo iż używam go dwa a czasami cztery razy dziennie, jak i również stosuje go na moje skórki od paznokci. Głęboko nawilża i regeneruje najbardziej nawet spierzchnięte usta, usta po aplikacji wyglądają niezwykle soczyście i zdrowo. W składzie znajdziemy olej słonecznikowy, olej makadamia, masło shea, wosk pszczeli...taki prosty skład a takie dobre działanie. Cena to 59 złotych za 6g, ocena oczywiście, że 10/10!!!

Kolejnej pomadce/balsamowi ochronnemu jestem wierna od lat ale nie używam go do ust a do....brwi i rzęs. Mowa o rozsławionym balsamie rumiankowym do ust marki Alterra-ile to ja opakowań tego kosmetyku zużyłam. Nie wiem jak działa na usta, nie próbowałam ale z moimi brwiami i rzęsami działa cuda...ja z natury posiadam ciemne, gęste brwi i tak samo mam z rzęsami-tak, tak są one czarne ale dbam o nie notorycznie by były w jeszcze lepszej kondycji. Nie maluje rzęs, nie wypełniam sobie brwi toteż aby twarz miała wyraz dbam o brwi i rzęsy o wiele bardziej aniżeli inne kobiety. Zawsze brwi i rzęsy muszą być wyczesane właśnie tą pomadką...dzięki niej brwi jak i rzęsy rosną mi bardzo długie, rzadziej wypadają i są jeszcze bardziej grube...jak wyrywam brwi są to naprawdę niekiedy "potworne" włoski. To wszystko zawdzięczamy olejkowi rycynowemu który jest zawarty w składzie pomadki-olejek rycynowy nakładam od czasu do czasu ale pomadka jest po prostu łatwiejsza to aplikacji no i nie jest taka tłusta. Swoje brwi również utrwalam tą pomadką, wywijam nią również rzęsy, często kupuje je w promocji ale w cenie regularnej kosztuje 4.99 zł. Ta cena jest świetna za świetny produkt który zawsze mam w zapasie..zawsze. Oby jej nigdy nie wycofali, albo nie zmienili formuły. Oczywiście, że daje 11/10-uwielbiam ten produkt i jeśli macie problem z brwiami i rzęsami nie kupujcie kolejnej "cudotwórczej odżywki" ze strasznym składem a spróbujcie może z tą pomadką? W końcu jak nie zużyjecie jej do brwi i rzęs wykończycie ją do ust.

Teraz jeden produkt do makijażu i mam do niego mieszane uczucia. Mowa o szmince marki Ilia o nazwie Funnel of Love-kolor inspirowany Brigitte Bardot i jak szminek nude w tonacji różowej nienawidzę tak bliższe memu sercu są te w tonacji brzoskwiniowej. Bardziej do mnie pasują, lepiej się w nich czuje...kolor jest przepiękny, to mój idealny odcień nude ale formuła jest straszna a wręcz okropna. Mam w ogóle problem z tymi naturalnymi szminkami bo nie polubiłam ani tych od Ili ani tych od Kjaer Weis-te to już w ogóle totalny bubel. Szminki marki Ilia nie należą do trwałych, wylewają się poza kontur, są takie mokre i przemieszczają się na ustach...brzydko się zjadają, wchodzą we wszelkie załamania ust a dodatkowo przesuszają je, nieatrakcyjnie pachną i bardzo szybko się po prostu psują. Wydziela sie na szmince pewnego rodzaju olej i po otwarciu opakowania widać takie niewielkie kropelki, szminka również zmienia delikatnie kolor. Kolor jest przepiękny ale szminka nie jest warta zakupu, w ogóle moim zdaniem kosmetyki marki Ilia nie są takie WOW tak samo jak z kosmetykami marki Kjaer Weis-ja osobiście lubię jedynie ich cienie do powiek. Ocena to 4/5 za piękny kolor i ładne, estetyczne opakowanie. Nie jestem wielką fanką szminek, pomadek, błyszczyków ale teraz poszukuje nowej szminki nude i zastanawiam się nad Charlotte Tilbury(tak wiem one nie są naturalne)-znacie, polecacie??