poniedziałek, 11 września 2017

ULUBIEŃCY SIERPNIA.


  I polecie...nie to nie błąd z mojej strony mamy polecie- czyli uzupełniająca pora roku na styku lata i jesieni. Choć czy w tym roku było to lato? Ja będę narzekała bo nad morzem lata nie było, ciągle padało, temperatury sięgały co najwyżej 25 stopni(były dwa dni gdzie temperatura przewyższyła 27 kresek)choć z reguły było ok. 20. Deszcz, wiatr i deszcz, wiatr.



Mieszkam jakieś 20 km od morza i powiem Wam, że na plaży byłam raz i to w godzinach wręcz nocnych. Jest mi niezwykle przykro, że lato już do nas nie zawita bo pomimo, iż fanką wysokich temperatur nie jestem, to brakowało mi tego podczas tych "wakacji".

Ale tu nie o pogodzie przecież ja piszę z reguły w ulubieńcach a o miłych rzeczach czyli z reguły o produktach które lubię, których stosowanie przynosi mi przyjemność i radość.

Z góry muszę zaznaczyć, że będą tutaj aż trzy produkty przeznaczone do "dodawania nam koloru" czyli kosmetyki samoopalające. Wszystkie trzy są genialne i musicie, musicie ich wypróbować. Pojawi się również jeden kosmetyk kolorowy(istne cudeńko, najlepszy korektor jaki dane mi było używać) oraz mgiełka którą wykańczam makijaż mineralny(ja stosuje w ten sposób owy produkt, bo ma wiele zastosowań).




 Zacznę jednak od kolorówki bo ten kosmetyk jest wart zaszczytnego, pierwszego miejsca w tych ulubieńcach. Mowa oczywiście o korektorze duet perfecting concealer marki Hynt Beauty.
Nie poznałam jeszcze, naturalnego korektora który tak świetnie by krył przy tak delikatnej formule, bo jest bardzo delikatny. No i jeszcze co najważniejsze nie ma w składzie oleju kokosowego. HURA!! Mogę śmiało powiedzieć, że krycie tego korektora jest pełne i z tego co słyszałam jest porównywalny do korektora od Kevyn'a Aucoin o nazwie the sensual skin enhancer(nigdy go nie miałam, ale wiem, że również ma świetne krycie). Tyle słów przychodzi mi na myśl tego korektora, że nie mogę ich uzbierać w sensowne zdania. Jest zarówno dobry jako korektor punktowy jaki i pod oczy, jego formuła nie zastyga na kamień, nie ciastkuje się(bardzo lubię go w duecie z mineralnym podkładem). Utrzymuje się cały dzień jedyny jego minus dla osób które nie lubią brudzić sobie rąk to niestety ale najlepiej wygląda aplikowany po prostu palcem, gdyż wtedy stapia się ze skórą i wygląda jak lepsza jej wersja. Jego konsystencja jest kremowa, w żaden sposób nie zbita, bardzo łatwo go wydostać z opakowania.  Korektor ma pojemności 6g (zamknięty w malutkim słoizku) i jego bardzo napigmentowana formuła pozwala na użycie niewielkiej ilości produktu, to są wręcz niewidzialne kropeczki na pokrycie okolic pod oczami oraz przebarwień czy wyprysków. Dodatkowo tego kosmetyku możemy używać zarówno jako korektor ale i podkład czy z dodatkiem odrobiny ulubionego kremu jako lekki krem koloryzujący a nawet w ciemniejszym odcieniu jako produkt do konturowania. Jego konsystencja jest zupełnie inna aniżeli korektora od RMS Beauty, ani trochę nie jest tłusta, zastyga na twarzy i w moim odczuciu jest lekko pudrowa po zastygnięciu. Produkt jest genialny, starczy mi na wieki tak więc poszukiwanie idealnego korektora z pięknym składem uważam za zakończone.

Skład:Caprylic/Capric Triglyceride, Tri-Isostearlyl Citrate, Acacia Decurrens/Jojoba/Sunflower seed wax, Hydrogenated Jojoba Oil, Ricinus Communis (Castor) seed oil, , Stearalkonium Hectorite, Propylene Carbonate, Tocopherol, Tocopheryl Acetate (Vitamin E-natural preservative), Oleic Acid, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf extract, Persea Gratissima (Avocado) oil, Boron Nitride, Theobroma Grandiflorum (Cupuacu) Seed butter.

Cena to ok. 86 złotych za 6 g produktu(kupiłam go w kanadyjskim sklepie on-line)



 Kolejnym produktem jest mgiełka marki Caudalie Beauty Elixir nad którego zakupem zastanawiałam się już rok czasu. Głownie kupiłam go aby wykańczać swój makijaż mineralny(wtedy podkład szybciej stapia się ze skórą i wygląda bardziej naturalnie), zawsze robiłam to wodą różaną ale powiedziałam a raz kozi śmierć. Poza tym tyle osób poleca ten eliksir, że musiałam go w końcu kupić. I się nie zawiodłam, bo w mojej opinie nie ma lepszego produktu wykańczającego makijaż. Nie stosuje go jako mgiełka nawilżająca czy jako tonik po umyciu twarzy, bo do tego wole jednak zaufaną wodę różaną a poza tym szkoda mi tego produktu :)

Owa woda jest zainspirowana eliksirem młodości nie Izabeli Węgierskiej a Elżbiety która żyła w latach 1305-1381 i  była królową Węgier i to jest produkt który odejmuje nam lat. Eliksir wygładza nasze rysy twarzy, nie wiem jak to robi ale zwęża pory, sprawia, że skóra wygląda na nieskazitelną, nawilżoną(produkt również to robi) i dodaje nam blasku który ja tak uwielbiam. Rano wyglądam na wypoczętą, odświeżoną i po prostu piękniejszą nawet jeśli się nie wyspałam. Nie wiem czy to jej zasługa ale ostatnio otrzymuje więcej komplementów :D I bardzo lubię jej zapach, bardzo mentolowo-ziołowy jeśli jesteście wrażliwcami czy też nie lubicie "naturalnych" zapachów darujcie sobie,choć intensywny zapach po chwili znika. Wiem, że niektórych owy produkt zapycha(czytałam opinie innych osób) ja jednak tego nie zauważyłam a mam w tym aspekcie bardzo wrażliwą skórę. Eliksiru używam każdego dnia, o poranku po wykonaniu makijażu i skórę mam gładziutką niczym pupcia niemowlaka, nie ma żadnych nawet podskórnych grudek. Atomizer w tym produkcie jest również strzałem w dziesiątkę gdyż aplikuje delikatną mgiełkę(potrzebuje trzech psiknięć na pokrycie całej twarzy), która nie pryszcze mnie w oczy, albo nie rozchlapuje się na boki.

Skład: Water, Alcohol*, Citrus Aurantium Amara (Bitter Orange) Flower Water*, Parfum (Fragrance)*, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil*, Potassium Alum, Glycerin*, Mentha Piperita (Peppermint) Oil*, Styrax Tonkinensis Resin Extract*, Commiphora Myrrha Resin Extract*, Melissa Officinalis (Balm Mint) Leaf Oil*, Rosa Damascena Flower Oil*, Vitis Vinifera (Grape) Fruit Extract*, Tocopherol*, Citral*, Limonene*, Linalool*, Citronellol*, Geraniol*, Farnesol*, Benzyl Benzoate*, Eugenol*. *Plant Origin.

Cena: ok. 124 złote za 100 ml produktu




Teraz pora na kosmetyki lata, czyli samoopalacze.

Po pierwsze kosmetyk marki Eco by Sonya Face Tan Water który jest nie tylko kosmetykiem który ma za zadanie zabarwić naszą skórę ale i również świetnym kosmetykiem pielęgnującym. Wacikiem aplikuje niewielką ilość produktu na twarz, szyję, ramiona oraz dekolt i po 4-8 godzin zmywam owy produkt i na drugi dzień cieszę się piękną, naturalną opalenizną która wchodzi w złote tony, nie ma tutaj ani trochę pomarańczy. W składzie na pierwszym miejscu mamy sok z aloesu co czuć pod palcami gdyż produkt jest w konsystencji mętny, trochę jak esencja. Jego właściwości jako tonik są cudowne i z przyjemnością właśnie w ten sposób go używam. Rozjaśnia skórę, pomaga mi w walce z przebarwieniami, wygładza strukturę skóry oraz pomaga w walce z niespodziankami na twarzy. Gdyby marka stworzyła czysty tonik na bazie tej wody samoopalającej to kupowałabym...Tonik jest niezwykle wydajny i sadzę, że za rok na wakacje zakupie go ponownie. 

Skład: Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice* Glycerin*, Dihydroxyacetone**, Lecithin*, Fusel Wheat Bran/Straw Glycosides**, Polyglyceryl-5 Oleate**, Sodium Cocoyl Glutamate**, Glyceryl, Caprylate**, Coco Caprylate**, Sodium Hyaluronate**, Dehydroxanthan Gum**

Cena to ok 142 złotych za 100ml produktu.



Mokosh to polska marka(która swą nazwę zawdzięcza tak nawiasem mówiąc od słowiańskiej bogini płodności) która jakoś nigdy mnie nie ciekawiła jakoś o wiele bardziej wole Ministerstwo Dobrego Mydła-wiem to okrutne ale ja zawsze jestem szczera. Na ten balsam wpadałam zupełnie przypadkiem podczas zakupu pasty do zębów w jednym ze sklepów internetowych. Wrzuciłam do koszyka i gdy owy balsam do mnie dotarł, zakochałam się. To idealny balsam który pielęgnuje skórę oraz w nienachalny sposób "barwi naszą skórę". Przepięknie pachnie, w moim odczuciu bardzo jesiennie-dokładnie jest to pomarańcza z cynamonem. Sam balsam jest w kolorze lekko żółty, niestety źle zmyty z paznokci barwi je, jak i również skórki naokoło ich. Musi być również równo zaaplikowany, bo już po pierwszej aplikacji  widać różnicę w kolorycie skóry. Balsam również sam w sobie bardzo dobrze nawilża skórę, staje się ona wygładzona i nawet gdy zaaplikuje balsam po depilacji nóg, nie czuje podrażnienia a wręcz przeciwnie ukojenie. Skóra po aplikacji owego balsamu wygląda dokładnie tak samo jak po zażyciu kąpieli słonecznej.
To naprawdę świetny produkt. Wiem, że będzie ze mną przez cały rok, bo mam zamiar kupić i kolejne opakowanie gdy wykończę te. 


Skład:  Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Decyl Cocoate, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Cetearyl Alcohol, Dihydroxyacetone, Sorbitol, Glycerin, Glyceryl Stearate SE, Rhus Verniciflua Peel Cera, Trehalose, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Adansonia Digitata (Baobab) Seed Oil, Cetearyl Glucoside, Benzyl Alcohol, Vitex Agnus Castus (Chasteberry) Extract, Acetyl Tyrosine, Stearic Acid, Daucus Carota Sativa (Carrot Tissue) Oil, Citrus Aurantium Amara (Bitter Orange) Flower Extract, Xanthan Gum, Tocopherol, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Dehydroacetic Acid, Parfum, Benzyl Alcohol, Cinnamal, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Limonene, Linalol 

Cena: 79 złotych za 180ml

Ostatnim już produktem jest coś czego za często nie używałam ale już po pierwszej aplikacji pokochałam ten produkt. Mowa tutaj o Body Blur od Vita Liberata, po niemiłej historii z produktem marki Prtty Peaushun powiedziałam sobie, że koniec z takimi produktami.


Mam kompleks nóg, to chyba mój jedyny kompleks i nie chodzi tutaj o to, że są krzywe, brzydkie i tak dalej ale o to, że po depilacji moje nogi są niezwykle podrażnione i posiadają takie malutkie krostki które wizualnie mi przeszkadzają. Wiem już, że jest to spowodowane depilacją(dziś w końcu idę na depilację laserową) ale przez to właśnie, nie za często chodzę w spodenkach oraz spódnicach. Ten produkt właśnie wtedy przyszedł mi z pomocą, bo działa niczym podkład do ciała. Świetnie kryje, dobrze roztarty daje naturalny efekt(nie polecam tego odcienia osobą z bardzo jasną karnacją)lekkiego rozświetlenia oraz efekt naturalnie opalonej skóry. Produkt tuszuje wszystko od żyłek po siniaki aż do blizn. Produkt trzeba nakładać na nawilżoną wcześniej skórę, produkt mimo iż przetrwał wysokie temperatury nie dał sobie rady z deszczem i spłyną. Zastyga na ciele, jednakże najbezpieczniej jest ubrać ubrania dopiero po jakiś 10 minutach po aplikacji. Polecam gorąco Wam owy produkt szczególnie jeśli Wasze nogi nie są tak idealne jak moje, na resztę ciała go nie aplikuje bo jakoś mi go szkoda.


Skład: Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Water, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Phenyl Trimethicone, Isohexadecane, Panthenol, Disodium EDTA, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter (Beurre), Tocopheryl Acetate, Phenoxyet.

Cena: 179 złotych za 100 ml

Oto już wszyscy moi ulubieńcy poprzedniego miesiąca. Znacie któryś z przedstawionych przeze mnie kosmetyków? Jacy byli Wasi ulubieńcy?



piątek, 1 września 2017

ZDENKOWANI.



 Przychodzę z nową serią postów, nad którą już zastanawiałam się od dawna. Mowa tutaj oczywiście o tak zwanym "projekcie denko" u mnie nazywać się to będzie "zdenkowani" ale szczerze Wam powiem, że nie wiem w jakim odstępie czasowym będą pojawiały się nowe posty na ten temat. Mimo iż torturuje tak naprawdę każde produkty to jakoś ciężko jest mi wykończyć, maseczki stosuje nawet cztery razy w tygodniu a niektóre są ze mną już po 8 miesięcy, co mnie cieszy bo z niektórymi produktami nie chce się rozstawać ale mnie martwi bo w tym przypadku nie mogę zakupić chociażby piątej maseczki :D

Uważam, że post o zużytych produktach jest równie ciekawy co ten o ulubieńcach danego miesiąca, a może i nawet lepszy bo to właśnie w nich będę również przedstawiała buble..nie chce pisać oddzielnych postów na ten temat bo buble zdarzają się u mnie rzadko i nie warto pisać całego posta o np. jednym produkcie ale zdarzają się nie będę ukrywała.


Post o bublach będzie krótki(to zależne od ilości pustych opakowań) i zwięzły. Każdy produkt będę oceniała od 1 do 10, pisała o jego wadach i zaletach.

Tak więc do dzieła.

W tym denku znajduje się 10 pełnowymiarowych produktów oraz cztery próbki.



Zacznę od pielęgnacji włosów i od szamponu marki Organic Surge Moisture Boost Shampoo, który sprawdził się u mnie ale dopiero gdy dodawałam do niego odrobinę szamponu od Jan Barba. W moim odczuciu szampon nie wystarczająco domywał włosy, pomimo iż dobrze się pienił a włosy po nim były oklapnięte u nasady,mimo iż to szampon nawilżający to nie czułam by były wystarczająco nawilżone. Moje włosy są przetłuszczające się u nasady ale suche na końcach i szampon sobie z tym nie dawał rady(wiem, wiem szampon ma dobrze oczyszczać ale on nawet tego nie robił). Włosy nie były ani jedwabiste, ani wygładzone, ani nawilżone. Szampon kupiłam w Tkmaxxie za 19.99 zł ale w sklepach internetowych kosztuje on ok. 50 złotych i szczerze, nigdy bym za niego tyle nie dała.
U mnie się nie sprawdził, ale nie był tak straszny ocena więc to 3/10.

Kolejnym kosmetykiem do włosów jest pianka marki Alverde z kwiatem lotosu jego koszt w sklepach internetowych to ok. 23 złote. Przyznaję się wyrzucam prawie całe opakowanie bo jej nie używam, użyłam ją parę razy ale ja jakoś nie potrafię odnosić się z takimi specyfikami.Gdy źle go rozprowadzę włosy z jednej strony są piękne, puszyste i odbite od nasady zaś z drugiej posklejane i oklapnięte. Zawsze miałam dwie lewe ręce do lakierów, pianek i żeli do włosów....jakoś ich nigdy nie potrzebuje. Pianka przepięknie pachnie, pianka jest bardzo zbita, puszysta i łatwo ją rozprowadzić na włosach.
Tylko i włącznie z mojej winy daje jej 5/10 bo jakoś nie potrafię obchodzić się z takimi produktami.

Ostatnim już kosmetykiem do pielęgnacji włosów jest sól morska marki John Masters Organics, jak możecie się spodziewać i tego produktu nie polubiłam. Uwielbiam taki misz masz na głowie, nigdy nie chodzę w ulizanych włosach, bo z reguły mam, że tak powiem lwią grzywę i najbardziej lubię siebie w takiej wersji, sól morska ma dać nam efekt włosów niczym dziewczyna surfera i u mnie tego nie robi. Włosy stają się sztywne, jakimś dziwnym cudem prostują się(a mam z natury falowane włosy) i tracą na objętości. Nawet ugniatanie tych włosów nie pomaga, cóż i z tego rodzaju kosmetyku rezygnuje.
Napiszcie proszę czy u Was sól morska się sprawdza :) Ocena produktu w moim odczuciu 2/10.


Kolejno jest pielęgnacja i tu produkt marki Pat&Rub, pierwszy i sądzę, że ostatni bo jakoś nie przekonuje mnie owa marka. Tym produktem jest żel pod prysznic z linii kokosowej,pachnie kokosem to pewne ale potrzebuje go dosyć sporo ażeby umyć całe ciało i w ten oto sposób jest niewydajny, dodatkowo nie czułam żadnego nawilżenia ani wygładzenia skóry. Zapach jest cudowny, koi zmysły ale moja skóra po wyjściu spod prysznica jest ściągnięta i prosi wręcz o balsam/olejek.

Kosmetyk przeciętny w moim odczuciu nie wart 45 złotych, za delikatny, nie myje za dobrze ale ma przepiękny zapach za to daje 4/10.

Nie opalam się, nie spędzam nawet dużo czasu na podwórku, bo większość dnia spędzam w pracy i wracam do domu późno toteż w tym roku nawet nie złapałam odrobiny opalenizny, zawsze wtedy przychodzą mi z pomocą balsamy brązujące oraz samoopalacze. Zawsze mówiłam, że to zgroza i coś strasznego ale gdy w końcu znalazłam idealny samoopalacz jest inaczej. Marka Eco Tan Winter Skin uważam, że jest idealnym samoopalaczem dla osób o jasnej karnacji, opalenizna jest równomierna, delikatnie złocista, ciało po zastosowaniu samoopalacza jest nawilżone i gładkie a sam produkt nie pachnie spaloną skórą a delikatnie różą. Cena to ok. 160 złotych.
Cudowny skład i działanie 9/10, na pewno wrócę do tego produktu.

Teraz pare słów o produkcie który używałam zarówno do twarzy jak i do ciała....mowa tutaj o toniku/esencji marki Whamisa wersja Rich i ta wersja była za bogata jak dla mnie. Mam cerę suchą i moja pielęgnacja nie opiera się jedynie na demakijażu i jednym kremie, niekiedy mieszam serum, dwa oleje i dodaje jeszcze odrobinę kremu, moja skóra uwielbia takie mieszanki ale ten tonik był za ciężki w moim odczuciu. Świetnie nawilżał, ale na bardzo długo pozostawiał skórę lepiącą się, bo w moim odczuciu nie jest to tonik a esencja, konsystencja jest lekko żelowa. Tonik sam w sobie jest cudowny, wyrównuje koloryt skóry, redukuje blizny po wypryskach, nawilża, pomaga w gojeniu się wyprysków, nawet zauważyłam, że mniejsza widoczność porów. Jest bardzo wydajny i gdy zostało mi pół butelki a na twarz nie chciałam już go stosować, zaczęłam nakładać go na ramiona, plecy oraz nogi szczególnie po depilacji. Na ramionach oraz plecach borykam się z wypryskami i ten tonik pomógł mi w zlikwidowaniu ich, zaś po depilacji nóg pomógł mi w zmniejszeniu podrażnienia i ukojeniu skóry. Moje nogi były niezwykle nawilżone oraz wygładzone, i nie było widać podrażnienia. Cena: 149 zł.
 Zakupie ponownie owy tonik ale w wersji oryginalnej i polecam go toteż daje 10/10.

Woda termalna to coś co zawsze jest ze mną w ciepłych miesiącach, od paru lat stawiam na wodę Uriage bo: nie trzeba jej osuszać, jest dostępna w różnych pojemnościach przez co najmniejsze opakowanie mam zawsze ze sobą, zaś największe stoi w moim pokoju a co najważniejsze marka Uriage nie testuje swych produktów na zwierzętach. Dodaje ją do maseczek z glinki, aplikuje ją na podkład mineralny lub po prostu odświeżam i nawilżam twarz w ciągu dnia. Cena od 10 do 45 złotych w zależności od pojemności.
Ocena to 10/10.

Antipodes to taka marka do której lubię wracać, w pamięć szczególnie zapadła mi maseczka z miodem manuka oraz ich serum na noc Joyus-cudowne kosmetyki, ten krem pod oczy jest równie cudowny. Manuka Honey Skin-Brightening Eye Cream to cudowny kosmetyk, odpowiadało mi w nim wszystko od konsystencji, po działanie i zapach. W małym słoiczku z ciemnego szkła mamy az 30 ml czyli dwa razy więcej niż standardowo. Krem robi dokładnie to co ma robić, rozjaśnia strefe pod oczami sprawia, że jest ona nawilżona, rozjaśniona oraz wygładzona, taka sprężysta. Krem w żaden sposób nie podrażnił mnie, słoiczek z kremem kupiłam w marcu a wykończyłam go dopiero dwa dni temu, przy codziennym używaniu rano jak i wieczorem(nie żałowałam go sobie). Używałam go tyle ile jest on ważny, czyli 6 miesięcy.  Krem owszem kosztuje ok. 190 złotych jednakże mamy naprawdę dużo, świetnego produktu w tej cenie.
Muszę dać 10/10 bo to naprawdę świetny produkt, który polecam Wam z ręką na sercu.


Teraz filtr przeciwsłoneczny którego także nie wykończyłam, bo termin ważności minął a ja w tym roku na plaży nie byłam, jak wspominałam wcześniej nie wychodziłam za dużo toteż muszę się go pozbyć. Filtr marki John Masters Organics posiada SPF30 co uważam za wystarczające, gdy po prostu biegamy tak tylko po mieście, ja jednak stawiam na podkłady które mają już w sobie filtry a pod nie bardzo często nakładam olejki które też mają filtr. Ten filtr delikatnie bieli, znika jednak ten efekt po chwili. świetnie nawilża i daje wykończenie "glow" czyli takie jakie lubie. Jest bezzapachowy co również jest plusem.  W żaden sposób nie jest suchy, zbity...nic z tych rzeczy więc jeśli lubicie matowe wykończenia to nie jest dla Was, nie zauważyłam by mnie zapychał czy robił mi jakieś kuku, a wręcz pielęgnował moją skórę. Jego minusem jest fakt, że może się wyświecać w ciągu dnia a podkład może się ważyć i wyglądać bardzo, ale to bardzo tłusto....mi to nie przeszkadzało bo często chodziłam bez podkładu ale powinnyście to wziąć pod uwagę. Na wakacje ideał, dodatkowo świetne opakowanie na wakacje-miękka tubka. Cena to ok. 140 zł.
Świetny skład, pielęgnacyjne właściwości oraz ochrona jednak wygrywają i krem dostaje 9/10.

Ostatnim produktem z tych pełnowymiarowych jest jedyny produkt do makijażu, który był ze mną z półtorej roku i był moim pierwszym kosmetykiem naturalnym do makijażu, tak to od niego zaczeła się moja przygoda. Mowa tutaj o Un Cover-Up od RMS Beauty w kolorze 11 z którym miałam wiele przygód ale ostatecznie bardzo go lubiłam. Jest to podkład mineralny, zamknięty w malutkim słoiczku o gramaturze 5,67g-to tylko wydaje się mało, bo jest bardzo wydajny. Jako podkład nie sprawdził się bo posiada w składzie olej kokosowy który nie współgra z moją cerą, ale jako korektor pod oczy....cudo. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej na jego temat to zapraszam tutaj gdzie poświęcam mu cały post.
Cena to 175 złotych a jego ocena to 9/10 tylko i wyłącznie dlatego, że w składzie posiada olej kokosowy, tak lubię w nim wszystko.

Czas na próbeczki czyli całkowite mini recenzję po pierwsze Kypris Deep Forest Clay-pachnie lasem, jest w moim odczuciu za silna, szybko zastyga ale świetnie radzi sobie z wypryskami, tak więc nakładałam ją punktowo, nie nadaje się do cer suchych. Ocena 3/10, i nie kupiłabym pełnowymiarowego opakowania bo cena to ok. 400 złotych a uważam, że za glinkę to jednak za dużo.

Kolejny jest podkład marki 14e cosmetics który już do mnie "płynie", powiem tylko tyle to istne cudo pod względem tego jak wygląda na skórze oraz składu, więcej na pewno powiem gdy już podkład będzie u mnie i będę go aplikowała trochę więcej niż pare razy. Tu z oceną się wstrzymam. Jego cena to ok. 170 złotych.

Kolejna próbka to kosmetyk za kosmiczne pieniądze których na pewno bym nie wydała na kosmetyk, mowa o Illumina Decongesting Radiance Concentrate marki Moss-nie znałam wcześniej marki, próbkę dostałam od sklepu Alyaka podczas zakupów. Jego cena to ok. 630 złotych za 30 ml a próbka była zbyt mała abym mogła coś na jego temat powiedzieć, dziwna formuła lepka ale bardzo lekka przy czym nawilżająca to na pewno, skóra po jego aplikacji była pulchniejsza ale nie uważam by ten produkt był wart tej ceny. Na pewno produkt przepięknie pachnie a po jego aplikacji skóra jest lekko pomarańczowa co z czasem się utlenia, dodatkowo daje przepiękny blask oraz wyrównanie kolorytu. Produkt ładny ale nie dałabym za niego tyle pieniędzy. 
Ocena 5/10.









sobota, 19 sierpnia 2017

KOSMETYKI DO 100 ZŁOTYCH WARTE ZAINTERESOWANIA.



 Dzisiaj przychodzę do Was z kolejną częścia serii "kosmetyki do...warte zainteresowania". Dziś kolejny post o kosmetykach do 100 złotych którymi moim zdaniem warto się zainteresować. Każdy przedstawiany tutaj kosmetyk testowałam na własnej skórze i polecam je z ręką na sercu, jednak pamiętajcie jeśli coś mi się sprawdziło nie koniecznie musi Wam. Każda z nas ma inne potrzeby jak i inną skórę, paznokcie czy włosy.





Dziś tak samo jak i w lutowym poście przedstawię Wam pięć produktów które lubię, mam lub miałam w mojej kolekcji i ich używanie sprawiało lub wciąż sprawia mi przyjemność.
Będą to dwa produkty do pielęgnacji twarzy, dwa do paznokci oraz jeden kosmetyk kolorowy.

 Zacznę od mojego ulubionego działu czyli pielęgnacji twarzy i tutaj na pierwszy ogień idzie woda różana 3.2 rose water od marki Fridge. Zawsze stawiałam na hydrolat marki Ministerstwo Dobrego Mydła ale raz pomyślałam "lubię markę Fridge tak więc wypróbuje i ich wodę" i to był strzał w dziesiątkę. Woda po pierwsze jest niezwykle wydajna(używam ją wiele razy w ciągu dnia a pomimo iż kupiłam ją 2,5 miesiąca temu jeszcze troszkę mi zostało), przepięknie pachnie różami, uspokaja moją z reguły zaróżowioną skórę i cudownie nawilża jak i tonizuje. Wodę różaną używam od wielu lat, uwielbiam zastosowanie róży w kosmetykach gdyż ma działanie przeciwstarzeniowe, rozjaśniające, nawilżające...och co tu się rozpisywać. Produkty Fridge również uwielbiam za przepiękne opakowania i w tym przypadku nie jest inaczej. Białe, szklane, minimalistyczne...cudo. Produkt jest również świetny do ściągania pudrowości z makijażu(spryskuje nim twarz po aplikacji podkładu mineralnego). Wiem, że to nie moje ostatnie opakowanie owej wody.
Cena: 87zł za 100g.


Kolejne będzie serum LIQ CC LIQPHARM Serum Rich bogate serum rozświetlające  o którym rozpisałam się już w ulubieńcach czerwca(link tutaj) i wciąż podtrzymuje, że jest cudowne. Och przecudowne, znalazłam moją idealną witaminę C...dosyć tanią, łatwo dostępną i działającą tak jak powinna. Więcej na jej temat dowiecie się w ulubieńcach.
Cena to ok. 62 złote za 30ml.


Kolejne dwa produkty będą przeznaczone do paznokci i powiem Wam szczerze, że ja nie mam jakoś fioła na punkcie paznokci. Obcinam je, czasami spiłuje, ale najważniejsze jest by płytka była wypielęgnowana jak i skórki(w mojej pracy o to trudno). Sięgam wtedy po produkt od NCLA So Rich czyli nic innego jak pielęgnacyjny olejek do skórek który je zmiękcza, regeneruje oraz nawilża skórki ale również i paznokcie. Opakowanie jest niezwykle praktyczne gdyż posiada małą pipetkę która zapewnia wygodną aplikację produktu. Olejek w składzie ma same naturalne składniki. Ja posiadam olejek jeszcze z jesiennej kolekcji o zapachu pumpkin spice(dyniowo-korzenny aromat) ale w najnowszej kolekcji dostaniecie taki zapach jak: Mermaid Tears(zapach wiciokrzewu oraz bryzy morskiej)W ofercie również Dark Almond(migdałowy aromat), Rose Petals(zapach płatków róży)ale również znajdziecie bezzapachowy So rich.

Cena: 67zł za 15ml produktu.


Drugim produktem z przeznaczeniem do paznokci jest zmywacz. Tak wiem, zmywacze kupujemy te z z dodatkiem acetonu które niekiedy wcale tak dobrze nie zmywają lakieru i potrzeba do tego wacików. Marka NCLA w swojej ofercie posiada Take it off zmywacz sojowy w chusteczkach. Pomimo iż w jednym opakowaniu jest jedynie 10 chusteczek, to chusteczki są tak nasączone owym zmywaczem, że już jedną zmyjemy lakier na 10 paznokciach. Wystarczy już pare sekund ażeby zmyć całkowicie lakier. Jego cena nie należy do najniższych ale mieści się w rankingu.

Cena 70 złotych za 10 chusteczek

Ostatnim kosmetykiem a raczej kosmetykami są pojedyncze cienie marki Kjaer Weis i tutaj trochę oszukałam gdyż mówię tutaj jedynie o wkładach tej marki. Cienie w etui to koszt ok. 154 złotych, a powiem Wam szczerze, że bardziej funkcjonale jest zakupienie palety magnetycznej i przechowywanie w niej cieni(ja posiadam paletę marki z pallete). W swojej kolekcji posiadam sześć odcieni z 12 i na pewno nie zakupie wszystkich z oferty marki ale mam w planach zakup jeszcze dwóch.Dlaczego polecam właśnie te cienie? Nie podrażniają powieki(zwykłe cienie właśnie to robiły z moimi wrażliwymi powiekami ale i oczami), pigmentacją nie odbiegają od cieni marek konwencjonalnych, utrzymują się na powiece cały dzień bez bazy, mają piękne, nasycone kolory,nie osypują się tak bardzo. W składzie aż 70% surowych materiałów jest organicznych. Cena to ok. 96 złotych za 1.2g Niektóre cienie posiadam już półtorej roku i nie ma nazbyt wielu ubytków przy codziennym użytkowaniu-jestem wielką fanką cieni.



SPIS KOLORÓW CIENI:
*angelic: jasny róż, bardzo delikatny. !
*cloud nine: jasny szampański kolor z perłowym wykończeniem, idealny do rozświetlania kącika oka, dobry jako kolor bazowy. !
*charmed: uniwersalny beżowo-karmelowy cień który pasuje każdym odcieniom skóry. !
*grace: ciemnoszary, delikatny kolor mocha z matowym wykończeniem.
*magnetic: kolor złoty, który posiada subtelne perłowe wykończenie.
*wisdom: metaliczny mix szarości, brązu i fioletu. !
*earthy calm: matowy, ciepły brąz !
*transcend: przepiękny kolor miedzi z lekkim metalicznym wykończeniem, nie jest opalizujący a bardziej czerwonawo-brązowy. !
*onyx: prawie czarny
 *green depth: prawdziwy zielony kolor z plamkami złocistego złota.
*pretty purple: matowy śliwkowy kolor.
*blue wonder: idealny błękitny mat.
(!-kolory które posiadam)










wtorek, 8 sierpnia 2017

ULUBIEŃCY LIPCA.



Lipiec był miesiącem niewątpliwie odkrywczym dla mnie gdyż to właśnie w tym miesiącu poznałam naprawdę sporo cudownych kosmetyków i trochę więcej niż zawsze ich zakupiłam. Moja cera już dawno nie była w tak świetnej kondycji ale jednak nie rezygnuje z pielęgnacji, a wręcz przeciwnie aby utrzymać ten stan jeszcze bardziej o nią dbam pomimo iż ostatnio czasu mam coraz mniej chwil dla siebie.

Poprzedni miesiąc u mnie na Pomorzu nie był nazbyt gorący, ciągle padał deszcz, wiał wiatr a temperatura wahała się między 17 a 23 stopnie. Nie za ciekawie, jednakże to właśnie lato o dziwo najbardziej sprzyja kondycji mojej skóry jak i również włosów. Ale to, że moje włosy ostatni przechodzą odrodzenie to zasługa również pierwszego produktu z moich ulubieńców.




Mleczko do włosów z różą i morelą marki John Masters Organic wręcz nadużywam tak bardzo polubiłam ten produkt. Początkowo chciałam zakupić balsam wykończeniowy marki Rahua ale postawiłam na owe mleczko, gdyż  jest w wygodnej tubie i mogę go mieć zawsze przy sobie. Po pierwsze muszę przyznać, że ten produkt pachnie obłędnie, delikatnie aczkolwiek czuć w nim taką mleczną różę i morelę. Zapach utrzymuje się na włosach ale jest bardzo delikatny i mi w żaden sposób nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie uważam to za atut. W ogóle muszę nadmienić, że produkty do włosów są najlepszymi na rynku i jeszcze nie rozczarował mnie żaden produkt właśnie tej marki, a miałam ich sporo. Mleczko samo w sobie jest niezwykle lekkie i nietłuste przez co nie musimy spłukiwać produktu po jego aplikacji. Możemy używać go na wilgotne ale i suche włosy i ja używam go cały czas, a jak pięknie działa gdy moje włosy są napuszone. Naprawdę nie pamiętam kiedy moje końcówki włosów były tak "scalone", gładkie i miękkie, kiedy włosy tak pięknie same od siebie się układały. Produkt cudownie nawilża włosy, regeneruje te zniszczone i dzięki niemu włosy się nie elektryzują.

Tutaj przedstawiam skład:  Aqua (water), aloe barbadensis leaf juice*, glycerin, behentrimonium methosulfate, cetearyl alcohol, capric caprylic triglycerides, helianthus annuus (sunflower) seed oil*, panthenol, aniba rosaeodora (rosewood) wood oil, pelargonium graveolens (rose geranium) oil, citrus aurantium dulcis (orange) peel oil, prunus armeniaca (apricot) kernel oil, moringa pterygosperma seed extract, mongongo oil (schinziophyton rautanenii kernel oil), linum usitatissmum (linseed) seed oil*, borago officinalis (borage) seed oil*, rosa rubginosa (rose hip) seed oil, theobroma grandiflorum (cupuacu) seed butter, butyrospermum parkii (shea butter), rosa damascena (rose) flower distillate, chamomilla recutita (matricaria) flower extract*, calendula officinalis flower extract *, camellia sinensis leaf extract (green tea extract)*, rosmarinus officinalis (rosemary) leaf extract*, urtica dioica (nettle) extract*, sodium pca, soy protein, sodium benzoate, potassium sorbate.

Olejek z kwiatu róży ma zmiękczać i nawilżać włosy(to robi), olejek morelowy zapobiega przesuszaniu włosa(również to robi), olejek z nasion dzikiej róży-wygładza łuskę włosa i dodatkowo nawilża, ekstrakt z nasion moringa chroni przed zanieczyszczeniami i wzmacnia włosy(również to robi).

Mogę śmiało powiedzieć, że jestem zakochana w tym produkcie po uszy, a muszę Wam się przyznać, że nie przykładam większej wagi do pielęgnacji włosów,to istne cudo które musicie wypróbować na swoich włosach.

Cena: 133zł/118ml



Kolejnym produktem jest nowość od naszej rodzimej marki Fridge o cudownej nazwie 3.3 good morning face! czyli żel do mycia twarzy który zapragnęłam mieć od razu gdy jego zdjęcie pojawiło się na isntagramie marki. Ubóstwiam kosmetyki tej marki, wszystkie mi się sprawdziły. Uwielbiam ich suchą szczotkę, woda różana jest najlepszą jaką dane mi było używać(szkoda, że się skończyła) a krem 1.4 eye "wymiata" i wykończyłam już sześć słoiczków tego cuda.
Pomimo iż marka jest z wyższej półki to owy żel ma bardziej przyziemną cenę i mówię Wam jest niezwykły(oczywiście jak każdy produkt marki). Ubóstwiam jego zapach i powiem Wam, że dzięki niemu dłużej oczyszczam twarz, w moim odczuciu pachnie niczym herbata z miętą i pomarańczą, bardzo pobudzająco i oczywiście naturalnie(posiada w sobie olejki eteryczne miętowy i pomarańczowy właśnie). Żel oparty jest na dwóch ekstraktach z zielonej herbaty oraz z żeńszenia. Ten pierwszy ma za zadanie z tonizować naszą twarz hamując rozwój stanów zapalnych oraz regenerować zaś drugi poprawić ukrwienie skóry i wpływać korzystnie na odnowę skóry. Produkt jest owszem delikatnie ale cudownie oczyszcza skórę(przy użyciu foreo luny moja skóra już dawno nie była tak oczyszczona)ale nie jest to zdarcie wręcz naskórka czy efekt piszczącej skóry. Jest delikatny ale skuteczny.

Króciutki skład: Water (Aqua), Panax Ginseng Root Extract, Camellia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract, Decyl Glucoside, Glycerin, D-Panthenol, Cyamopsis Tetragonoloba (Guar) Gum, Sodium Lauroyl
Lactylate, Citrus Reticulata Peel Oil, Lactic Acid, Mentha Piperita (Peppermint) Leaf Oil, Limonene, Linalool, Geraniol, Eugenol.

Czy polecam? Oczywiście, produkt rodzimej, cudownej marki dodatkowo naturalny, ważny w tym przypadku 6 miesięcy, wegański, nietestowany na zwierzętach...och można by wymieniać. Bardzo wydajny produkt i dobrze się pieni mimo wszystko-jeśli to dla kogoś ważne.

Cena: 79zł/149g


Czas na maseczkę, och jestem wielką fanką właśnie tego kroku w pielęgnacji twarzy(włosów już niekoniecznie). Masek mogłabym mieć zawsze najwięcej i nigdy nie jest ich za dużo(ale pytanie kto to wszystko wykończy). Marka REN powiem Wam szczerze nie była mi wcześniej znana, próbkę tej maseczki dostałam do jakiś zakupów i przepadłam. Uwielbiam kwasy czy to w tonikach, czy w serach, peelingi z kwasem czy właśnie maseczki. Glycolactic radiance renewal to nic innego jak właśnie intensywna maska peelingująca która oparta jest na bioaktywnych składnikach, zawiera w sobie cały kompleks kwasów owocowych takich jak mlekowy, jabłkowy, cytrynowy, glikolowym oraz papainę. Świetnie złuszcza, bardzo skutecznie ale przy tym jest niezwykle łagodna a skóra po jej zmyciu w żaden sposób nie jest podrażniona czy zaczerwieniona a ja mam skórę wrażliwą. Maseczka odświeża cerę, poprawia jędrność skóry oraz dodaje jej pięknego blasku, wygładza również jej strukturę a dodatkowo złuszczamy martwy naskórek. Maseczkę aplikujemy na oczyszczoną skórę twarzy ale można i na szyję i zdaniem producenta pozostawiamy na 10 minut, powiem Wam, że najdłużej pozostawiłam ją na 30 minut i oprócz rozgrzania na twarzy nic złego się nie stało. Maseczka w konsystencji jest niczym miód, bardzo lepka ale mi to nie przeszkadza dodatkowym atutem jest jej przepiękny, cytrusowy zapach.

Skład: Polysorbate 60 (Source Rape Seed Oil), Glycerin (Source Coconut Oil), Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Water, Lecithin (Source Soybean), Lactic Acid (Source Wheat), Ribes Nigrum (Black Currant) Seed Extract, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Passiflora Quadrangularis Fruit Extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) Fruit Extract, Ananas Sativus (Pineapple) Fruit Extract, Vitis Vinifera (Grape) Fruit Extract, Alcohol denat. (Source Grape), Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Seed Oil, Xanthan Gum (Source Corn), Maltodextrin, Carica Papaya (Papaya) Fruit Extract, Parfum (100% Natural Fragrance), Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Oil, Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil, Citrus Tangerina (Tangerine) Peel Oil, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Oil, Limonene, Linalool, Citral, Phenoxyethanol (Source Aromatic Ether), Sodium HydroxymethylGlycinate (Source Amino Acid), Hippophae Rhamnoides (Seabuckthorn) Berry Oil, , Tocopherol (Vitamin E).

Cena: ok. 165 zł/50ml !!(ja kupowałam na stronie naturisimo)


Ostatni produkt jest ze mną już rok, jak nie dłużej i powiem szczerze, że na początku bardzo go nie lubiłam i zastanawiałam się po co go kupiłam. Jestem wielką fanką rozświetlenia, blasku na skórze, tafli...wszystkie kosmetyki jakie kupuje to właśnie z tym zamysłem. Ale właśnie jestem fanką tafli a nie brokatu, drobinek. Jestem wielką fanką rozświetlacza marki RMS Beauty Living Luminizer który mam już półtorej roku a denka nie widać, ale teraz gdy jest ciepło chce więcej blasku i właśnie wtedy sięgnęłam po znienawidzony cień od marki RMS Beauty o nazwie Lunar który w roli rozświetlacza jest cudowny. Owy kolor to cudowny odcień szampana, który daje warstwę pięknego połyskującego wykończeni lekko odbijając światło. Nie posiada w sobie drobinek, to istna tafla i przyznam, że jest lepszy aniżeli Living Luminizer, dobrze zaaplikowany wygląda cudownie. Jestem wielką fanką formuły owych cieni ale niekoniecznie tego koloru na powiece. Dodatkowo uważam, że rozświetlacze w kremie wyglądają bardziej naturalnie aniżeli te "sypkie" i bronzer jak i również cienie uwielbiam w kremie.  Produkt jest niezwykle wydajny i starcza na bardzo, bardzo długo i już niewielka ilość daje zadowalający efekt. 

Skład: *Cocos Nucifera (Coconut) Oil,*Cera Alba (Beeswax), *Simmondsia Chinesis (Jojoba) Seed Oil, *Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Tocopherol(non-GMO), *Rosmarinus officinalis (Rosemary) Extract, and may contain: [+/- Titanium Dioxide CI 77891, Iron Oxides CI 77491, CI 77492, CI 77499,  Mica CI 77019

Polecam Wam w ogóle kosmetyki marki RMS Beauty jeśli rozpoczynacie swoją przygodę z naturalnymi kosmetykami one są dobre na początek.
Cena: 135zł/ 4,25g

I to już wszyscy ulubieńcy, coś czuje, że ulubieńców sierpnia bedzie jeszcze więcej. Mam nadzieje, że ulubieńcy Wam się podobali i podzielcie się ze mną co Wam przypadło do gustu w lipcu?